Kto śpiewa, nie grzeszy, ale...

W ramach zwalczania „rewizjonizmu” karani byli nawet podpici mężczyźni, którzy w autobusie lub ludowej gospodzie zaintonowali niemieckie piosenki

Kilkunastu zatrudnionych w przedsiębiorstwie „Konsbet” w Strzybnicy wybrało się 24 września 1961 roku do Żędowic na pogrzeb Engelberta W., byłego pracownika zakładu. Podróżowali autokarem „San” służącym na co dzień do przewozu robotników. Po nabożeństwie pogrzebowym w kościele i odprowadzeniu trumny ze zwłokami na miejscowy cmentarz 13 żałobników wybrało się do lokalnej gospody na tradycyjną stypę. Po zajęciu miejsc za stołem grupa wspólnie zamówiła dwa litry wódki i skrzynkę oranżady. Po opróżnieniu butelek każdy z gości pił już alkohol kupiony indywidualnie w barze. Po dwóch godzinach zakrapianej trunkami stypy nieźle już „podchmielone towarzystwo” wyszło z karczmy do pracowniczego autobusu.

Gdy z wycieczki powracamy

Podczas podróży autokarem żałobnicy nadal raczyli się wódką – jak zeznał kierowca Jan J. – i szybko zapomnieli, że wracali z pogrzebu. W przewozie zapanował piknikowy nastrój. Pasażerowie zaczęli się zachowywać, jakby wracali z zakładowej wycieczki. Rozległy się chóralne śpiewy. Początkowo pasażerowie zawodzili polskie piosenki, później śląskie, między innymi powstańczą melodię „Do bytomskich strzelców”. „ Po pewnym czasie usłyszałem z głębi autobusu piosenkę w języku niemieckim o treści „In der Heimat” – zeznał szofer, ale nie potrafił powiedzieć, kto śpiewał, bo nie znal pasażerów i zajęty był prowadzeniem autokaru.

W podobnym tonie o pijatyce w autobusie opowiadał Henryk K., który był tragarzem na pogrzebie. Jak przyznał, śpiewy słyszał, ale bardziej zajęty był umawianiem się z jedną z pasażerek na randkę w kawiarni w Strzybnicy, niż przyglądaniu się śpiewającym. Zresztą większości podróżujących nie znał, a część wysiadła w Tworogu i Brynku. Sam tragarz po wyjściu z autokaru odprowadził do domu jednego z kolegów, całkiem nieprzytomnego od nadmiaru wypitego alkoholu.

Jednak znaleźli się wśród pasażerów oburzeni niemieckimi śpiewami. To dzięki ich zeznaniom oficer operacyjny Edward Świątkowski z tarnogórskiej Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej skierował 16 października 1961 roku wniosek do Kolegium Administracyjnego przy Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Tarnowskich Górach o ukaranie grzywną trzech mężczyzn za śpiewanie hitlerowskich piosenek, co było wykroczeniem w świetle 18. Rozporządzenia Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 11 grudnia 1932 roku. Wszyscy obwinieni byli pracownikami „Konsbetu”. Jerzy Z. mieszkał w Potępie, Antoni I. w Kotach jedynie Reinhold G. był mieszkańcem Strzybnicy.

Nam śpiewać nie zakazano

Do podobnej sytuacji doszło także 24 września 1961 roku w restauracji w Strzybnicy. Po nabożeństwie niedzielnym w kościele w Rybnej zamieszkały w tej miejscowości 52-letni Józef Z. maszynista z kopalni „Bytom”, wszedł do gospody, gdzie przy stoliku siedział już jego 54-letni brat Karol, mistrz modelarski w Strzybnickich Zakładach Budowy i Montażu Urządzeń Hutniczych. Bracia postanowili uczcić tak nieoczekiwane spotkanie i zamówili po kuflu piwa. Kiedy moczyli usta w chmielowej pianie, dosiadł się do nich o wiele młodszy 22-letni Alfred Cz. z Rybnej, tokarz zatrudniony w Przedsiębiorstwie Budowy Szybów w Dąbrówce Wielkiej. Po wypiciu piwa cała trójka zapragnęła uraczyć się czymś mocniejszym. „Złożyliśmy się na ćwiartkę wódki” – zeznał Alfred Cz. Szybko opróżnili butelkę, ale nadal nie ugasili dostatecznie pragnienia. „Brat mnie nabrał na ćwiartkę i postawiłem i tak my się przegadywali” – opowiadał później na komendzie milicji Józef Z. Trudno ustalić, który z nich mocno już pijany zaczął pierwszy głośno śpiewać. Najprawdopodobniej był to najstarszy Karol Z, który w latach 1943-1945 jako Górnoślązak wcielony był do Wehrmachtu, bo zaintonował żołnierską piosenkę w języku niemieckim. Wtórowali mu dwaj kompani od kieliszka. Jak zeznał jeden ze świadków, „na czele z nimi śpiewał na cały głos Karol Z. i był bardzo wzruszony”. Reszta gości gospody ludowej w Strzybnicy obojętnie przyglądała się śpiewającym, „którzy jeszcze nie zapomnieli piosenek wermachtowskich”. Nie zareagowali nawet polscy żołnierze siedzący przy barze. Dopiero po przyjściu do restauracji sekretarza komitetu osiedlowego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Strzybnicy Józefa P. ucichły gromadne niemieckie śpiewy. Mimo to sekretarz zawiadomił o całym zajściu milicję.

Notatka służbowa spisana na podstawie „informacji otrzymanej w ramach obywatelskiej pomocy” dotarła następnego dnia do oficera operacyjnego Edwarda Świątkowskiego. Milicjanci szybko przesłuchali świadków i winowajców. Józef Z. wyjaśniał na komendzie, że był pijany i nie zapamiętał, co się działo, ani kto złapał go za kark. Identycznie tłumaczył się Alfred Cz.: „usnąłem przy stole i nie wiem, co się dalej działo”. Najostrzej potraktowany został Karol Z. przymknięty w areszcie na 48 godzin. Wniosek o ukaranie grzywną podpitej trójki zawodzącej melodie „o treści i rytmie piosenek śpiewanych przez Wehrmacht hitlerowski, których treść oburzała znajdujące się w lokalu osoby” skierowany został przez Edwarda Świątkowskiego 4 października 1961 roku do tarnogórskiego Kolegium Karno-Administracyjnego.

Rozprawić się z zachodnioniemieckim rewizjonizmem

Fala wniosków o ukaranie w tym czasie za niemieckie śpiewy nie była na Górnym Śląsku zjawiskiem przypadkowym. Wiązała się z uchwałą KC PZPR w Warszawie wydaną w 1960 roku wzywającą do rozprawy z „zachodnioniemieckim rewizjonizmem” szerzącym się wśród „autochtonów” – zwłaszcza Górnoślązaków. Partia, administracja, milicja i bezpieka po takim apelu przystąpiły do zwalczania zjawiska nazwanego „rewizjonizmem”. Również szef referatu tarnogórskiej SB kpt. Bolesław Michalik założył teczkę ewidencyjną poświęconą temu zagadnieniu. Rewizjonizmem zajęli się funkcjonariusze Wydziału II – kontrwywiadowczego i Wydziału III – zwalczającego opozycję. Esbecy tępili zachowania „lżące naród polski” między innymi: wypowiedzi, napisy, anonimy oraz śpiewy i rozmowy w języku niemieckim.

Do szczególnej intensyfikacji działań doszło na początku 1961 roku, kiedy po reprymendzie katowickiej Komendy Wojewódzkiej Bolesław Michalik i oficer operacyjny Edward Świątkowski dokonali pogłębionej charakterystyki wrogiej działalności rewizjonistycznej w powiecie tarnogórskim. Zaliczyli do niej schadzki prohitlerowskie, krytyczne wypowiedzi wobec państwa polskiego, wychwalanie systemu społecznego Zachodnich Niemiec, prowokacyjne śpiewanie hitlerowskich piosenek. I to właśnie dzięki tej czujności esbeków na początku lat 60. XX wieku grzywnami ukarani zostali liczni rdzenni mieszkańcy powiatu tarnogórskiego, którzy nierzadko pod wpływem alkoholu z nostalgią wspominali wojenną młodość.

Ryszard Bednarczyk

 

Okładka Montes nr 89

Okładka Montes nr 89