Oświecony wśród ciemności

Opowiadania tarnogórskie

24 października rozstrzygnięto konkurs „OPOWIADANIA TARNOGÓRSKIE 2016″. Na konkurs wpłynęło 11 prac. Uroczyste zakończenie konkursu i wręczenie nagród odbyło się 3 listopada 2016 r. Nagrody otrzymali: I nagroda ufundowana przez Burmistrza Miasta Tarnowskie Góry Arkadiusza  Czecha – Maciej Bogucki: Oświecony wśród ciemności. II nagroda ufundowana przez pomysłodawcę konkursu pana Mieczysława Filaka – Kornelia Tarska: „Królewna z bloku”. III nagroda ufundowana przez MBP im. Bolesława Lubosza – Anna Stern „Klątwa Goethego”. Poniżej przedstawiamy zwycięskie opowiadanie.

Z mgły wytoczył się powóz. Powoli, nieśpiesznie. Nic dziwnego, wszak o tej porze roku, gdy listopad chylił się ku końcowi, i kiedy zimny deszcz szedł już w parze z płatkami śniegu, nawet konie nie wyrażały chęci do szybszego ruchu. Sunęły tylko do przodu, miarowo uderzając podkowami o podłoże, mozolnie ciągnąc za sobą pojazd wzdłuż wąskiej drogi, jakby prowokując woźnicę do użycia bata. Na ich szczęście, pasażerom powozu też się nie śpieszyło. Ba, pochłonięci rozmową cieszyli się z każdej chwili spędzonej w swoim towarzystwie, a dzięki dłuższej jeździe mogli jak najdalej odwlec moment wyjścia na mrożące płuca powietrze. Niestety, ich podróż dobiegała końca, gdyż konie właśnie minęły tablicę z napisem Friedrichsgrube.
Woźnica zatrzymał pojazd przed żelazną bramą zabudowań kopalni, zszedł ze swojego stanowiska i otworzył pasażerom drzwi, uniżenie odsuwając się na bok. W środku siedziało dwóch eleganckich panów w ciepłych płaszczach, jeden starszy, drugi młodszy, obaj o gładkich licach. Wstali, pochwycili kapelusze i laseczki, i z gracją wyszli na zewnątrz. Już po samej ich prezencji i posturze można było poznać, że ma się do czynienia z ludźmi światłymi, z wyższych sfer. Starszy z nich rozejrzał się, założył cienkie, skórzane rękawiczki i zwrócił się do swojego towarzysza, żeby kontynuować przerwaną przed chwilą rozmowę.
– Więc, powiada pan, grzyby?
– Tak jest, mości hrabio – przytaknął młodzieniec. – Głęboko pod ziemią można znaleźć tyle ich rodzajów, że aż trudno uwierzyć.
– Czy stanowią one zagrożenie dla górników? – spytał hrabia, marszcząc brwi.
– Same z siebie raczej nie – wzruszył ramionami młody kawaler. Po chwili kontynuował. – Oczywiście, sporo z nich jest trujących, ale sądzę, że nikomu przy zdrowych zmysłach nie przyjdzie na myśl ich spożywać. Paru moich kolegów wysnuwało teorie, jakoby niektóre gatunki podziemne wypuszczały zarodniki powodujące halucynacje, ale w moich badaniach, szczerze mówiąc, nigdy się z takowymi nie zetknąłem.
– Fascynujące – odrzekł hrabia. – No proszę, a kiedy z listu z urzędu górniczego dowiedziałem się, że odwiedzi mnie sławny inspektor von Humboldt, ja, głupi, natychmiast kazałem przygotować stertę raportów na temat wydajności kopalni. Powinienem raczej zorganizować panu jakiegoś alchemika w charakterze asystenta.
Inspektor parsknął śmiechem.
– To proszę pomyśleć, że zanim wyjechałem, przestrzegano mnie, że hrabia von Reden to safanduła bez poczucia humoru!
– Doprawdy, skandaliczne pomówienia. Chyba będzie trzeba kogoś za nie wychłostać – odparł hrabia i uśmiechnął się dobrodusznie. Znowu podjął rozmowę dopiero po przejściu kilku kroków, gdy znaleźli się przy prostych, białych budynkach, w których mieściły się magazyny, stajnie, biura urzędników starannie liczących wydobyty urobek i tym podobne.
– Podziwiam pańskie zaangażowanie. Żeby dla tak błahej sprawy przyjeżdżać do Tarnowitz aż z Frankonii…
– Oj, nie, nie – machnął ręką Humboldt. – Grzyby to tylko moje prywatne zainteresowanie naukowe. Oficjalnie faktycznie przybyłem tu jako inspektor górniczy, żeby sporządzić sprawozdanie na temat pańskiej kopalni srebra. Ponoć ma zostać skierowane bezpośrednio do Jego Królewskiej Mości.
Hrabia von Reden poczuł dumę na tę wieść, jednak po chwili zmartwiał. Wizyta inspektora nabrała nagle zupełnie nowego znaczenia! Starając się ukryć zdenerwowanie skinął ręką na swojego gościa, żeby zaprosić go do środka centralnego budynku. Tam, w skromnym przedsionku, już od kilku godzin czekali na baczność słudzy hrabiego, którzy natychmiast opadli obu panów i odebrali od nich płaszcze, kiedy tamci tylko pojawili się w drzwiach. Gdy zamieszanie ustało, von Reden znowu zwrócił się do Humboldta.
– Zanim zjedzie pan pod ziemię, polecam zmianę ubioru. Gwarantuję, że czysty pan stamtąd nie wyjdzie, a szkoda by było ubrudzić tak ładną marynarkę.
– Zgoda – rzekł uczony i przygładził dłonią włosy. – Co pan proponuje?
– Już wcześniej kazałem przygotować wszystko na pańskie przybycie. Moi pracownicy zaprowadzą pana najpierw do pokoju, w którym będzie pan mógł przywdziać ubranie górnicze, a następnie do szybu kopalnianego. Tam, na dole, powinien czekać na pana przewodnik.
– Dobrze. Zatem, jeśli pan pozwoli, udam się natychmiast do szatni.
– Oczywiście, nie ma co marnować czasu – hrabia spojrzał przelotnie na zegarek. – Życzę panu udanego pobytu w czeluściach śląskiej ziemi, Alexandrze. Będę czekał na pana powrót w moim biurze.
– Myślę, że długo tam nie zabawię – westchnął Humboldt. – Pewnie po góra dwóch godzinach już będę chciał odetchnąć świeżym powietrzem. Niemniej, bardzo dziękuję za zorganizowanie wszystkiego. Tymczasem, adieu!
Obaj panowie wymienili serdeczne ukłony i udali się w swoją stronę. Jeden ze sług von Redena odeskortował inspektora do szatni, gdzie mógł zamienić swoje eleganckie odzienie, szyte na miarę u berlińskich mistrzów krawiectwa, na zwykłą, przepasaną rzemykiem tunikę z kapturem. Żałował, że nigdzie w pobliżu nie było lustra, gdyż chciał na własne oczy zobaczyć, jak bardzo niedorzecznie przyszło mu wyglądać tego dnia. Ze swoich rzeczy zachował tylko sakwę z przyrządami do pisania, notesem i paroma drobnymi narzędziami, którą przypiął sobie do pasa.
Sługa hrabiego pieczołowicie poskładał ubranie Humboldta i schował je do uprzednio wyczyszczonej szafki, zamykając ją na klucz. Następnie zaprowadził go z powrotem do przedsionka i przekazał w ręce dwóch gwarków, którzy mieli zabrać go do najbliższego szybu kopalni, po czym ukłonił się uniżenie i zniknął gdzieś w budynku, by zająć się innymi czekającymi na niego obowiązkami. Młody uczony skinął tylko głową na swoją nową obstawę i po chwili wyszedł na pole rozciągające się wokół zabudowań. Gwarkowie dowcipkowali po drodze, pytając ile to lat panicz już przepracował na grubie. Humboldt jednak nie pozostawał dłużny i zaskoczył obu znajomością gwary górniczej oraz wiedzą na temat pracy pod ziemią. Po chwili gwarkowie odnosili się do niego już z większym szacunkiem, choć wciąż zachowywali typową dla siebie beztroskę. Brnęli więc dalej, choć chłód dawał im się już we znaki, trzewiki powoli mokły od zroszonych deszczem traw, a widoczność znacznie ograniczała gęsta mgła. Górnicy na szczęście znali tę trasę na pamięć, dzięki czemu nie musieli się zatrzymywać nawet na chwilę, aby określić swoje położenie i poprawić kierunek marszu.
Gdy dotarli do szybu, mgła nareszcie trochę się przerzedziła, więc Humboldt odwrócił się, żeby zmierzyć wzrokiem okolicę. Zdziwił się, bo wędrówka wydawała mu się dosyć długa, tymczasem stosunkowo niedaleko widział jeszcze białe zabudowania. Przypomniał sobie, ile czasu musiał spędzić wcześniej w powozie. Wzruszył ramionami i stwierdził, że czas na prowincji musi płynąć jakoś inaczej. Następnie stanął u krawędzi szybu, zwykłej dziury wydrążonej w ziemi z zainstalowanym wyciągiem, i spojrzał w dół. Choć ostatnimi czasy widział już wiele mu podobnych, nieprzenikniona czerń bijąca z tych tuneli prowadzących w głąb ziemi zawsze wywoływała u niego dreszcze. Ileż to tajemnic wciąż kryło się gdzieś pod powierzchnią. Ile z nich może i nigdy nie zostanie odkrytych?
– Dobrze, panowie, na mnie już czas – zwrócił się do górników i usiadł na platformie podpiętej do wyciągu. Tamci tylko skinęli głowami i chwycili za lewarki kołowrotu, wprawiając maszynę w ruch. Humboldt powoli zanurzył się w ciemności.
Mrok ogarnął go niemal natychmiast. Gdyby chociaż na zewnątrz świeciło słońce, może jego promienie sięgnęłyby jeszcze zjeżdżającego w dół szybu uczonego. Lecz gdy chmury gromadziły się nad ponurym światem, cienie panoszące się w jego trzewiach wychodziły coraz wyżej, lepiąc się do wszystkiego jak smoła, przykrywając ludzkie oczy nieprzenikalnym woalem. Platforma wciąż opadała, delikatnie kołysząc się na boki, czasem wycierając szatami Humboldta pokryte mazią ściany wykopu.
Zanim winda zatrzymała się na dobre, wpadła najpierw do sporej komory, co inspektor mógł skonstatować dzięki światłu, które zaatakowało nagle jego oczy. Chociaż było ono słabe, po pobycie w ciemnościach szybu nawet drobna świeczka mogłaby go oślepić. Przymrużył na chwilę powieki, żeby dostosować się do warunków panujących pod ziemią, i usłyszał witający go głos.
– Grüß Gott! Czy pan profesor Humboldt?
Przyjrzał się wołającemu go człowiekowi. Był to z pewnością gwarek, chociaż wiele więcej na jego temat orzec się nie dało. Blask trzymanego przez niego kaganka wydawał się unikać jego postaci, jakby kontakt z górniczą tuniką powodował natychmiastowe jego wchłonięcie. Jedna tylko rzecz była oczywista – musiał być bardzo stary, co sugerował jego niski, nawet jak na gwarka, wzrost, lekko zgarbiona postura i rzucająca się w oczy siwa broda. Reszta twarzy osobliwego górnika skryta była pod kapturem, przez co nie można było się jej dokładnie przyjrzeć.
– Też mi profesor – rzekł Alexander, strząsając pył z rękawów. – Ledwie w tym roku studia skończyłem.
– Eh, ja tam swoje wiem – odparł starzec. – Siedzi człowiek tyle lat pod ziemią to się uczy ufać zmysłom.
– A jak rozumiem siedzicie tutaj już długo?
– Panie, odkąd pamiętam. Ja to już nawet nie wiem, jak słońce wygląda.
– Z pewnością – rzucił Humboldt i zamyślił się. Dopiero po chwili mówił dalej. – Podejrzewam, że to was hrabia von Reden wyznaczył na mojego przewodnika?
– Tak jest. Możemy iść, jak tylko pan każe.
– A jest sens dalej tu stać?
– No, nie wiem, pan profesor może chce robić jakieś profesorskie rzeczy.
„Pan profesor” parsknął tylko śmiechem i rzekł:
– Dobrze, chodźmy zatem.
– Jawohl!
Gwarek odwrócił się na pięcie i podążył w głąb jednego z chodników kopalnianych. Jak na starca, poruszał się bardzo żwawo, szybkim krokiem niosąc wątłe światło kaganka przez tunele i instynktownie uchylając się przy każdym obniżeniu stropu. Humboldtowi jednak brakowało tej wprawy, przez co nieraz boleśnie uderzył czołem o skałę. W pewnym momencie nawet zdał sobie sprawę, że powoli traci swojego przewodnika z oczu.
– Hej! – zawołał przed siebie, a echo niosło jego głos aż na koniec wąskiego chodnika. – Chwila moment!
Gwarek stanął, niemal na baczność. Z zaskoczeniem na twarzy spojrzał na uczonego, gdy ten go dogonił.
– Tak, panie profesorze?
– Wiecie, ja nie znam tej kopalni tak dobrze jak wy i nie potrafię tak szybko jej przemierzać. Byłbym więc wdzięczny, gdybyście trochę zwolnili… – zająknął się, bo chciał zwrócić się do gwarka po imieniu. – Jak wy się właściwie nazywacie?
– Oj, przepraszam – odpowiedział z zakłopotaniem. – Faktycznie zapomniałem się przedstawić. Schätzer, do usług.
– Dobrze więc, Schätzer. Chodźmy dalej. I nie oddalajcie się zbytnio, bo potrzebuję dobrego oświetlenia do swoich obserwacji.
– Nie śmiałbym tu pana zostawić, profesorze – odparł urażony. – Wie pan, po naszej kopalni to duchy chodzą. Jeszcze bym pana miał na sumieniu.
– Duchy, hm? Fascynujące.
„Urocze zabobony”, pomyślał Humboldt. Nasłuchał się już w Prusach tylu wyssanych z palca bajek o koboldach, które to niby krążą po kopalniach i powodują zawały, że podziemne duchy Śląska nie były mu straszne.
Ruszyli znowu wzdłuż chodnika, tym razem już wolniej. Alexander wyjął swój notes i od czasu do czasu kreślił w nim rysunki co poniektórych formacji skalnych. Dziwiło go z początku, że nie mijają po drodze żadnych pracujących gwarków, ale wkrótce porzucił te myśli, gdyż sekcja kopalni, do której właśnie wchodzili, cechowała się większą wilgotnością niż poprzednie.
A gdzie była wilgoć, tam były i grzyby. Odetchnął też z ulgą na widok szerszego odcinka tunelu.
– Proszę uważać, profesorze – odezwał się Schätzer. – Wszędzie wokół nas jest pełno komór i starych chodników. Bardzo łatwo się tu zgubić, i to tak na amen!
Uczony skinął głową i zaczął się uważniej rozglądać. Faktycznie, mijali mnóstwo otworów wiodących w ciemność, niektórych tak niskich, że trzeba było się przez nie czołgać. Intrygowało go to miejsce. Chciał się zapuścić w każdą wyżłobioną grotę, w każdy wydrążony tunel. Niestety, na to po prostu nie miał czasu. Choć i tak postanowił skorzystać z pobytu pod ziemią na tyle, na ile się tylko dało, więc poinstruował gwarka, żeby prowadził go wszędzie tam, skąd będzie się można szybko i bezpiecznie wydostać. Schätzer tak też uczynił i wkrótce Humboldtowi dane było spoglądać na zalane wodą jamy, pewnie wciąż pełne drogocennego kruszcu, na żłobienia na skałach zostawione przez gwarków i na zawalony chodnik, spod którego ponoć nikt nie uszedł żywy. Wszystko starał się umieścić w swoim notatniku.
Gdy wkroczyli do kolejnej komory, inspektor nareszcie znalazł to, co interesowało go najbardziej. W samym kącie, pod stropem, znajdowała się cała kolonia cienkich, białych porostów. Zbliżył się do nich bez słowa i zaczął je oglądać. Takiego gatunku chyba jeszcze wcześniej nie widział. Wyjął z sakwy przy pasie kozik i małe puzderko, uciął parę grzybów, oczyścił je z pyłu pędzlem i wrzucił do środka. Chciał się bliżej przyjrzeć kolonii, ale potrzebował lepszego światła.
– Schätzer, podejdźcie no tu z kagankiem – rzucił do stojącego za nim gwarka. Ten jednak musiał nie usłyszeć, bo światło się nie zbliżyło.
– Do diaska, Schätzer, ogłuchliście czy co? – zagrzmiał ze złością. Tym razem również nie usłyszał odpowiedzi.
Odwrócił się więc, żeby skarcić przewodnika za jego opieszałość.
I zauważył, że znajduje się w komorze całkiem sam.
Stanął jak wryty i wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Pod ziemią słychać było każdy, najmniejszy nawet szelest; usłyszałby, gdyby gwarek próbował się wymknąć. Zauważyłby jego cień przesuwający się po oświetlonych ścianach. Tymczasem Schätzer jakby wyparował, zostawiając za sobą tylko kaganek leżący na ziemi.
Humboldt podniósł lampę i czym prędzej wybiegł z powrotem do głównego tunelu, żeby spróbować dogonić gwarka.
– Schätzer! – zawołał głośno. – Gott im Himmel, co to mają być za żarty?
Odpowiedziała mu tylko woda kapiąca ze stropu.
Stał w tunelu przez dłuższą chwilę, patrząc to w jedną, to w drugą stronę, i zastanawiał się co począć. Próbować odszukać zaginionego przewodnika czy może wrócić po swoich śladach tam, skąd przybył, i znaleźć pomoc? Schätzer na pewno oddalił się z własnej woli, niemożliwe przecież było, żeby ktoś miał go stąd uprowadzić. Mógł zatem być szaleńcem, więc pierwsza opcja wydawała się nawet niebezpieczna. Alternatywa jednak też nie napawała optymizmem, gdyż sieć kopalnianych chodników była dla nowoprzybyłego niczym labirynt, aczkolwiek szukając Schätzera też musiałby po niej błądzić, więc wybór nasuwał się sam.
Uklęknął, żeby poszukać śladów stóp w brudnej ziemi, i znów zmartwiał. Podłoże zdawało się nietknięte, a przecież zarówno on, jak i starzec musieli zostawić za sobą jakikolwiek szlak, choćby i nawet pojedynczy odcisk buta.
Znowu nasunęło mu się skojarzenie z labiryntem, ale wpadł dzięki niemu na pewien pomysł. Wrócił na moment do poprzedniej komory, narwał tyle srebrnych grzybów, ile tylko mógł, i udał się z powrotem do tunelu. Mniej więcej pamiętał, z której strony przybył. Może udałoby mu się odtworzyć drogę z pamięci, wypatrując charakterystycznych cech poszczególnych chodników i porównując je ze swoimi szkicami. Dla pewności znaczył swoją drogę rzucając grzyby na ziemię i grawerując kozikiem „x” na wylotach spenetrowanych korytarzy. Lecz gdy tak szedł, cały czas nerwowo oglądał się za siebie, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że i ten labirynt miał swojego Minotaura.
Skradał się więc przez podziemia, zmuszając cienie do ucieczki, gdzie tylko się pojawił. Jego kroki dudniły wśród skał, a każdy ruch ubrania brzmiał jak powiew wiatru. Rozpoznawał jednak wiele mijanych miejsc i był przekonany, że znajdował się na właściwej drodze, choć ścieżka wiła się i zakręcała między poszczególnymi chodnikami niczym żmija. Ciągle rzucał za siebie porosty, ciągle skrobał nożem po ścianach, czasem zbierał nowe grzyby, kiedy trafiał na ich kolonie. I szedł, i szedł, i szedł…
Trafił na kolejne skrzyżowanie i był pewien, że już niedługo dojdzie do swojego celu, gdyż wyraźnie pamiętał jego specyficzny układ geologiczny. Dla pewności jeszcze raz zajrzał do swoich notatek i upewnił się, że jego otoczenie pokrywało się z zawartymi tam rysunkami. Następnie skręcił w prawo, wyżłobił kolejny „x” w skale, nawet uśmiechnął się na myśl o końcu tej niesamowitej przygody. Opuścił korytarz i natychmiast zbladł. Pod nogami zobaczył rzucone przez siebie grzyby.
– Przecież to niemożliwe! – wykrzyknął zdesperowany.
Sytuacja, w której się znalazł, była jednak jak najbardziej prawdziwa. Według swoich obserwacji, stał teraz tuż obok grzybowej komory, z której rozpoczął swój marsz. Zmarnował ponad godzinę na wałęsaniu się w kółko.
Cóż mógł zrobić? Mógł zostać tam, gdzie był, i czekać na ratunek. Aczkolwiek równie dobrze mógł tam czekać aż do dnia sądu ostatecznego. Nie miał innego wyjścia, musiał brnąć dalej.
– Niech cię diabli, Schätzer – syknął jeszcze, splunął i wszedł w głąb nie zbadanego jeszcze tunelu.
Znów pełznął przez mrok, z ostrzem przy pasie, niczym łotr przez ciemną ulicę. Szedł tak może kolejną godzinę, znowu wydawało mu się, że rozpoznaje co poniektóre segmenty kopalni. I znowu przeciął pozostawiony po sobie szlak z grzybów, w dodatku w tym samym miejscu, co wcześniej.
Teraz nie miał już nawet siły kląć. Cała jego wiedza geologiczna, zmysł orientacji oraz zwykła logika sugerowały, że to nie miało prawa się stać. Usiadł i złapał się za głowę. Łzy powoli cisnęły mu się do oczu. Wiedział, że uratować go może tylko spokój, ale przychodziło mu to coraz trudniej. Sprawdził też swoją lampę i stwierdził, że nie świeci już tak jasno jak przedtem. Niedługo mogła się nawet całkowicie wypalić. Czas uciekał, zatem Alexander wstał i wybrał kolejny tunel, tym razem licząc już tylko na łut szczęścia.
Dalej więc błąkał się po kopalni, krążąc zupełnie bez pomysłu, gdzie tylko poniosły go stopy. Jeszcze nieraz wracał do znienawidzonego rozwidlenia. Tracił nadzieję i, jak podejrzewał, zmysły. Im dłużej chodził po kolejnych tunelach, tym bardziej wydawały mu się dziwne. Miał wrażenie, że niektóre z nich nie były wcale wydrążone ludzką ręką. Ich struktura była chaotyczna, jakby zakrzywiona, kilka z nich prowadziło w górę lub w dół pod nienaturalnymi kątami. W innych, otaczające skały pełne były złóż ołowiu, które przecież musiałyby zostać wyeksploatowane przez gwarków.
Płomień kaganka słabł, a on wciąż się tułał, wciąż bez skutku. Cienie wirowały wokół niego jak wilki, niemal słyszał ich drwiący skowyt. Gdy lampa w końcu zgasła, zrozpaczony Humboldt nawet tego nie zauważył: szedł dalej, jak lunatyk, czasem tylko rękami wymacując drogę przed sobą. Jego umysł oswoił się już z myślą, że przyjdzie mu tu sczeznąć. Ciałem, prącym wciąż do przodu, kierował już tylko sam instynkt.
Instynkt ma jednak to do siebie, że często potrafi człowieka zaprowadzić tam, gdzie nigdy by nie dotarł kierując się rozumem. Tak też było i teraz. Błądząc wzdłuż kolejnego tunelu, na jego końcu uczony dojrzał słabą, niebieską emanację. Nowa nadzieja wypełniła młode serce i Humboldt przyśpieszył kroku. Wiedziony światłem wypadł niemal z korytarza i znalazł się w wielkiej grocie porośniętej luminescencyjną florą, która wypełniała ją całą przyćmioną, błękitną poświatą. Pod przeciwległą ścianą cicho szumiało podziemne jezioro. Nad wodą, bokiem do inspektora siedział na głazie stary gwarek, z laską na kolanach i bryłą srebra w ręce.
– Do kroćset, Schätzer – wymamrotał wyczerpany Alexander.
– Co wy sobie wyobrażacie?
Tamten machał tylko nogami i wpatrywał się w bryłkę leżącą w jego dłoni. Po chwili rzekł:
– Ja, panie Humboldt, wyobrażam sobie wiele. Czego, niestety, nie mogę powiedzieć o panu.
Odpowiedź starca całkowicie zaskoczyła uczonego.
– Widzi pan – ciągnął dalej gwarek, z pogardą w głosie. – Przychodzi pan tu jak władca całego świata, arogancki i ufny we własną wiedzę, na każdego patrząc jak na błazna. Tymczasem jest pan mizernym głupcem, panie Humboldt. I choćbyś pan magistrem był, a nawet doktorem, głupcem pan pozostaniesz.
– Nie rozumiem… – wydukał kompletnie zbity z tropu inspektor.
– Gdzież to się podział pański oświecony umysł, panie Humboldt? – wychrypiał szyderczo Schätzer. – Czyżby został rozbrojony przez jakieś urocze zabobony?
Wszystko, co działo się teraz wokół, napierało na umysł inspektora jak fala szaleństwa, którą resztką sił próbował jeszcze przezwyciężyć. Wmawiał sobie, że rozmowa z tym dziwnym gwarkiem zapewne odbywała się tylko w jego umyśle, a on sam wciąż krążył gdzieś wśród kopalnianych chodników, albo już dawno stracił przytomność z wycieńczenia.
– Nie, panie Humboldt – zaprzeczył starzec. – Na szaleństwo pozwolić sobie może tylko garstka wybranych. Takich, którzy wciąż idą w zaparte i nie zgadzają się przyjąć świata wokół nich takim, jakim on naprawdę jest. Może powinien pan raczej, jako uczony…
Wstał, podparł się laską, uniósł lekko głowę i spojrzał prosto na Humboldta.
– … nareszcie przejrzeć na oczy?
Światło z otaczających porostów odbiło się od srebrnej bryły i padło prosto na twarz górnika. Pierwszy raz od zejścia pod ziemię Alexander mógł się jej dobrze przyjrzeć. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak daleko od prawdy odbiegał wcześniej, nazywając tę istotę starcem; Schätzer przypominał raczej dziada z podań ludowych, przekazywanych szeptem w zapomnianych przez Boga prowincjach. Gdzie jego wiekowa twarz nie była pokryta siwymi włosami, tam bruzdy znaczyły ziemistą skórę, nadając jej wygląd popękanej, glinianej maski, z żółtymi zębami szczerzącymi się w grymasie między wargami. Jego oczy zaś, choć przykryte mgłą, zdecydowanie nie były ślepe. Co więcej, tlił się w nich złowrogi, złowieszczy błysk, który koncentrował się na Humboldcie i przeszywał go na wskroś.
Alexander stał jak sparaliżowany, gdy upiorny staruch zbliżał się do niego, powoli, nieśpiesznie, stukając głośno laską o ziemię. Wtedy opadła go ciemność.
***
Gdy oprzytomniał, leżał gdzieś na wznak, ociemniały i z potwornym bólem głowy. Starał się skoncentrować i przywrócić sobie jasność umysłu, lecz niczego nie potrafił stwierdzić z pewnością, nawet gdzie był, ani jak się tam znalazł. Rozpostarł ramiona, żeby w jakikolwiek sposób określić swoje położenie, i zapłakał, kiedy wyczuł otaczające go ciasno skały. Musiał zatem wciąż znajdować się w głębi jakiegoś chodnika kopalnianego. Świadomość ta sprawiła, że uleciały z niego ostatki nadziei – oto on, Alexander von Humboldt, znalazł się w piekle, z którego już nigdy nie przyjdzie mu uciec. Zamknął oczy i czekał aż wyzionie ducha.
Niedługo potem usłyszał jakieś głosy oraz zbliżający się dźwięk kroków. Czuł, że nadchodzi po niego śmierć. Otworzył więc oczy, żeby z pogardą spojrzeć jej w twarz zanim odejdzie z tego świata. Jednak zamiast śmierci zobaczył stojących nad sobą gwarków. W rękach trzymali lampy i wpatrywali się w niego ze zdziwieniem.
– Znaleźliśmy go! – zawołał jeden z nich gdzieś za siebie.
– Przepuśćcie mnie – odezwał się znajomy głos.
Kiedy gwarkowie rozstąpili się, z głębi tunelu nadszedł hrabia von Reden.
– Himmelherrgott, Alexandrze! – wykrzyknął hrabia i pochylił się nad inspektorem. – Gdzieś ty się podziewał?
Humboldt mrugnął tylko, nie wypowiadając ani słowa.
– Moi ludzie mówią mi, że zjechałeś pod ziemię i przepadłeś jak kamień w wodę – ciągnął dalej von Reden. – Przewodnik wyszedł ci na spotkanie, czekał chyba godzinę, a ty wciąż się nie pokazywałeś. Obawiałem się najgorszego! Sam tu nawet zszedłem, żeby nadzorować poszukiwania, do diabła!
– Przewodnik? – wymamrotał Humboldt. – Schätzer?
– Jaki znowu Schätzer?
– Gdy tu przybyłem, odebrał mnie pewien człowiek. Tak mi się przedstawił.
Hrabia zmarszczył czoło i zwrócił się do otaczających go gwarków.
– Zna tu kto jakiegoś Schätzera?
Wszyscy wymienili spojrzenia, wywiązała się krótka dyskusja, lecz nikt nie potrafił odpowiedź na pytanie twierdząco.
– Ale… jak to? – wydukał znowu Humboldt.
Hrabia obejrzał go jeszcze raz, od stóp do głów. Jego wzrok przyciągnęła otwarta sakwa przy pasie Alexandra. Sięgnął do niej i wyjął całą garść srebrnych grzybów.
– Hm – mruknął. – Więc powiada pan, że one raczej nie są halucynogenne?
Uczony się zarumienił.
– Jeśli pan sugeruje…
– O, chwilkę, jeszcze tu coś jest – Hrabia pogrzebał palcem w stosiku grzybów i oniemiał. Gdy zrzucił je na ziemię, okazało się, że porosty skrywały bryłkę najczystszego srebra. Co jednak najdziwniejsze, wydawała się ona roztaczać aurę delikatnego, niebieskiego światła.
Wszyscy zbliżyli się do hrabiego, żeby przyjrzeć się niecodziennemu znalezisku. Tak byli nim pochłonięci, że nie zauważyli nawet, gdy światło roztaczane przez lampy załamało się nieznacznie wokół nich, a na ścianach tunelu zatańczyły lekko cienie…

Maciej Bogucki

Z mgły wytoczył się powóz. Powoli, nieśpiesznie. Nic dziwnego, wszak o tej porze roku, gdy listopad chylił się ku końcowi, i kiedy zimny deszcz szedł już w parze z płatkami śniegu, nawet konie nie wyrażały chęci do szybszego ruchu. Sunęły tylko do przodu, miarowo uderzając podkowami o podłoże, mozolnie ciągnąc za sobą pojazd wzdłuż wąskiej drogi, jakby prowokując woźnicę do użycia bata. Na ich szczęście, pasażerom powozu też się nie śpieszyło. Ba, pochłonięci rozmową cieszyli się z każdej chwili spędzonej w swoim towarzystwie, a dzięki dłuższej jeździe mogli jak najdalej odwlec moment wyjścia na mrożące płuca powietrze. Niestety, ich podróż dobiegała końca, gdyż konie właśnie minęły tablicę z napisem Friedrichsgrube.
Woźnica zatrzymał pojazd przed żelazną bramą zabudowań kopalni, zszedł ze swojego stanowiska i otworzył pasażerom drzwi, uniżenie odsuwając się na bok. W środku siedziało dwóch eleganckich panów w ciepłych płaszczach, jeden starszy, drugi młodszy, obaj o gładkich licach. Wstali, pochwycili kapelusze i laseczki, i z gracją wyszli na zewnątrz. Już po samej ich prezencji i posturze można było poznać, że ma się do czynienia z ludźmi światłymi, z wyższych sfer. Starszy z nich rozejrzał się, założył cienkie, skórzane rękawiczki i zwrócił się do swojego towarzysza, żeby kontynuować przerwaną przed chwilą rozmowę.
– Więc, powiada pan, grzyby?
– Tak jest, mości hrabio – przytaknął młodzieniec. – Głęboko pod ziemią można znaleźć tyle ich rodzajów, że aż trudno uwierzyć.
– Czy stanowią one zagrożenie dla górników? – spytał hrabia, marszcząc brwi.
– Same z siebie raczej nie – wzruszył ramionami młody kawaler. Po chwili kontynuował. – Oczywiście, sporo z nich jest trujących, ale sądzę, że nikomu przy zdrowych zmysłach nie przyjdzie na myśl ich spożywać. Paru moich kolegów wysnuwało teorie, jakoby niektóre gatunki podziemne wypuszczały zarodniki powodujące halucynacje, ale w moich badaniach, szczerze mówiąc, nigdy się z takowymi nie zetknąłem.
– Fascynujące – odrzekł hrabia. – No proszę, a kiedy z listu z urzędu górniczego dowiedziałem się, że odwiedzi mnie sławny inspektor von Humboldt, ja, głupi, natychmiast kazałem przygotować stertę raportów na temat wydajności kopalni. Powinienem raczej zorganizować panu jakiegoś alchemika w charakterze asystenta.
Inspektor parsknął śmiechem.
– To proszę pomyśleć, że zanim wyjechałem, przestrzegano mnie, że hrabia von Reden to safanduła bez poczucia humoru!
– Doprawdy, skandaliczne pomówienia. Chyba będzie trzeba kogoś za nie wychłostać – odparł hrabia i uśmiechnął się dobrodusznie. Znowu podjął rozmowę dopiero po przejściu kilku kroków, gdy znaleźli się przy prostych, białych budynkach, w których mieściły się magazyny, stajnie, biura urzędników starannie liczących wydobyty urobek i tym podobne.
– Podziwiam pańskie zaangażowanie. Żeby dla tak błahej sprawy przyjeżdżać do Tarnowitz aż z Frankonii…
– Oj, nie, nie – machnął ręką Humboldt. – Grzyby to tylko moje prywatne zainteresowanie naukowe. Oficjalnie faktycznie przybyłem tu jako inspektor górniczy, żeby sporządzić sprawozdanie na temat pańskiej kopalni srebra. Ponoć ma zostać skierowane bezpośrednio do Jego Królewskiej Mości.
Hrabia von Reden poczuł dumę na tę wieść, jednak po chwili zmartwiał. Wizyta inspektora nabrała nagle zupełnie nowego znaczenia! Starając się ukryć zdenerwowanie skinął ręką na swojego gościa, żeby zaprosić go do środka centralnego budynku. Tam, w skromnym przedsionku, już od kilku godzin czekali na baczność słudzy hrabiego, którzy natychmiast opadli obu panów i odebrali od nich płaszcze, kiedy tamci tylko pojawili się w drzwiach. Gdy zamieszanie ustało, von Reden znowu zwrócił się do Humboldta.
– Zanim zjedzie pan pod ziemię, polecam zmianę ubioru. Gwarantuję, że czysty pan stamtąd nie wyjdzie, a szkoda by było ubrudzić tak ładną marynarkę.
– Zgoda – rzekł uczony i przygładził dłonią włosy. – Co pan proponuje?
– Już wcześniej kazałem przygotować wszystko na pańskie przybycie. Moi pracownicy zaprowadzą pana najpierw do pokoju, w którym będzie pan mógł przywdziać ubranie górnicze, a następnie do szybu kopalnianego. Tam, na dole, powinien czekać na pana przewodnik.
– Dobrze. Zatem, jeśli pan pozwoli, udam się natychmiast do szatni.
– Oczywiście, nie ma co marnować czasu – hrabia spojrzał przelotnie na zegarek. – Życzę panu udanego pobytu w czeluściach śląskiej ziemi, Alexandrze. Będę czekał na pana powrót w moim biurze.
– Myślę, że długo tam nie zabawię – westchnął Humboldt. – Pewnie po góra dwóch godzinach już będę chciał odetchnąć świeżym powietrzem. Niemniej, bardzo dziękuję za zorganizowanie wszystkiego. Tymczasem, adieu!
Obaj panowie wymienili serdeczne ukłony i udali się w swoją stronę. Jeden ze sług von Redena odeskortował inspektora do szatni, gdzie mógł zamienić swoje eleganckie odzienie, szyte na miarę u berlińskich mistrzów krawiectwa, na zwykłą, przepasaną rzemykiem tunikę z kapturem. Żałował, że nigdzie w pobliżu nie było lustra, gdyż chciał na własne oczy zobaczyć, jak bardzo niedorzecznie przyszło mu wyglądać tego dnia. Ze swoich rzeczy zachował tylko sakwę z przyrządami do pisania, notesem i paroma drobnymi narzędziami, którą przypiął sobie do pasa.
Sługa hrabiego pieczołowicie poskładał ubranie Humboldta i schował je do uprzednio wyczyszczonej szafki, zamykając ją na klucz. Następnie zaprowadził go z powrotem do przedsionka i przekazał w ręce dwóch gwarków, którzy mieli zabrać go do najbliższego szybu kopalni, po czym ukłonił się uniżenie i zniknął gdzieś w budynku, by zająć się innymi czekającymi na niego obowiązkami. Młody uczony skinął tylko głową na swoją nową obstawę i po chwili wyszedł na pole rozciągające się wokół zabudowań. Gwarkowie dowcipkowali po drodze, pytając ile to lat panicz już przepracował na grubie. Humboldt jednak nie pozostawał dłużny i zaskoczył obu znajomością gwary górniczej oraz wiedzą na temat pracy pod ziemią. Po chwili gwarkowie odnosili się do niego już z większym szacunkiem, choć wciąż zachowywali typową dla siebie beztroskę. Brnęli więc dalej, choć chłód dawał im się już we znaki, trzewiki powoli mokły od zroszonych deszczem traw, a widoczność znacznie ograniczała gęsta mgła. Górnicy na szczęście znali tę trasę na pamięć, dzięki czemu nie musieli się zatrzymywać nawet na chwilę, aby określić swoje położenie i poprawić kierunek marszu.
Gdy dotarli do szybu, mgła nareszcie trochę się przerzedziła, więc Humboldt odwrócił się, żeby zmierzyć wzrokiem okolicę. Zdziwił się, bo wędrówka wydawała mu się dosyć długa, tymczasem stosunkowo niedaleko widział jeszcze białe zabudowania. Przypomniał sobie, ile czasu musiał spędzić wcześniej w powozie. Wzruszył ramionami i stwierdził, że czas na prowincji musi płynąć jakoś inaczej. Następnie stanął u krawędzi szybu, zwykłej dziury wydrążonej w ziemi z zainstalowanym wyciągiem, i spojrzał w dół. Choć ostatnimi czasy widział już wiele mu podobnych, nieprzenikniona czerń bijąca z tych tuneli prowadzących w głąb ziemi zawsze wywoływała u niego dreszcze. Ileż to tajemnic wciąż kryło się gdzieś pod powierzchnią. Ile z nich może i nigdy nie zostanie odkrytych?
– Dobrze, panowie, na mnie już czas – zwrócił się do górników i usiadł na platformie podpiętej do wyciągu. Tamci tylko skinęli głowami i chwycili za lewarki kołowrotu, wprawiając maszynę w ruch. Humboldt powoli zanurzył się w ciemności.
Mrok ogarnął go niemal natychmiast. Gdyby chociaż na zewnątrz świeciło słońce, może jego promienie sięgnęłyby jeszcze zjeżdżającego w dół szybu uczonego. Lecz gdy chmury gromadziły się nad ponurym światem, cienie panoszące się w jego trzewiach wychodziły coraz wyżej, lepiąc się do wszystkiego jak smoła, przykrywając ludzkie oczy nieprzenikalnym woalem. Platforma wciąż opadała, delikatnie kołysząc się na boki, czasem wycierając szatami Humboldta pokryte mazią ściany wykopu.
Zanim winda zatrzymała się na dobre, wpadła najpierw do sporej komory, co inspektor mógł skonstatować dzięki światłu, które zaatakowało nagle jego oczy. Chociaż było ono słabe, po pobycie w ciemnościach szybu nawet drobna świeczka mogłaby go oślepić. Przymrużył na chwilę powieki, żeby dostosować się do warunków panujących pod ziemią, i usłyszał witający go głos.
– Grüß Gott! Czy pan profesor Humboldt?
Przyjrzał się wołającemu go człowiekowi. Był to z pewnością gwarek, chociaż wiele więcej na jego temat orzec się nie dało. Blask trzymanego przez niego kaganka wydawał się unikać jego postaci, jakby kontakt z górniczą tuniką powodował natychmiastowe jego wchłonięcie. Jedna tylko rzecz była oczywista – musiał być bardzo stary, co sugerował jego niski, nawet jak na gwarka, wzrost, lekko zgarbiona postura i rzucająca się w oczy siwa broda. Reszta twarzy osobliwego górnika skryta była pod kapturem, przez co nie można było się jej dokładnie przyjrzeć.
– Też mi profesor – rzekł Alexander, strząsając pył z rękawów. – Ledwie w tym roku studia skończyłem.
– Eh, ja tam swoje wiem – odparł starzec. – Siedzi człowiek tyle lat pod ziemią to się uczy ufać zmysłom.
– A jak rozumiem siedzicie tutaj już długo?
– Panie, odkąd pamiętam. Ja to już nawet nie wiem, jak słońce wygląda.
– Z pewnością – rzucił Humboldt i zamyślił się. Dopiero po chwili mówił dalej. – Podejrzewam, że to was hrabia von Reden wyznaczył na mojego przewodnika?
– Tak jest. Możemy iść, jak tylko pan każe.
– A jest sens dalej tu stać?
– No, nie wiem, pan profesor może chce robić jakieś profesorskie rzeczy.
„Pan profesor” parsknął tylko śmiechem i rzekł:
– Dobrze, chodźmy zatem.
– Jawohl!
Gwarek odwrócił się na pięcie i podążył w głąb jednego z chodników kopalnianych. Jak na starca, poruszał się bardzo żwawo, szybkim krokiem niosąc wątłe światło kaganka przez tunele i instynktownie uchylając się przy każdym obniżeniu stropu. Humboldtowi jednak brakowało tej wprawy, przez co nieraz boleśnie uderzył czołem o skałę. W pewnym momencie nawet zdał sobie sprawę, że powoli traci swojego przewodnika z oczu.
– Hej! – zawołał przed siebie, a echo niosło jego głos aż na koniec wąskiego chodnika. – Chwila moment!
Gwarek stanął, niemal na baczność. Z zaskoczeniem na twarzy spojrzał na uczonego, gdy ten go dogonił.
– Tak, panie profesorze?
– Wiecie, ja nie znam tej kopalni tak dobrze jak wy i nie potrafię tak szybko jej przemierzać. Byłbym więc wdzięczny, gdybyście trochę zwolnili… – zająknął się, bo chciał zwrócić się do gwarka po imieniu. – Jak wy się właściwie nazywacie?
Ciąg dalszy na str. 12
Ciąg dalszy ze str. 11

– Oj, przepraszam – odpowiedział z zakłopotaniem. – Faktycznie zapomniałem się przedstawić. Schätzer, do usług.
– Dobrze więc, Schätzer. Chodźmy dalej. I nie oddalajcie się zbytnio, bo potrzebuję dobrego oświetlenia do swoich obserwacji.
– Nie śmiałbym tu pana zostawić, profesorze – odparł urażony. – Wie pan, po naszej kopalni to duchy chodzą. Jeszcze bym pana miał na sumieniu.
– Duchy, hm? Fascynujące.
„Urocze zabobony”, pomyślał Humboldt. Nasłuchał się już w Prusach tylu wyssanych z palca bajek o koboldach, które to niby krążą po kopalniach i powodują zawały, że podziemne duchy Śląska nie były mu straszne.
Ruszyli znowu wzdłuż chodnika, tym razem już wolniej. Alexander wyjął swój notes i od czasu do czasu kreślił w nim rysunki co poniektórych formacji skalnych. Dziwiło go z początku, że nie mijają po drodze żadnych pracujących gwarków, ale wkrótce porzucił te myśli, gdyż sekcja kopalni, do której właśnie wchodzili, cechowała się większą wilgotnością niż poprzednie.
A gdzie była wilgoć, tam były i grzyby. Odetchnął też z ulgą na widok szerszego odcinka tunelu.
– Proszę uważać, profesorze – odezwał się Schätzer. – Wszędzie wokół nas jest pełno komór i starych chodników. Bardzo łatwo się tu zgubić, i to tak na amen!
Uczony skinął głową i zaczął się uważniej rozglądać. Faktycznie, mijali mnóstwo otworów wiodących w ciemność, niektórych tak niskich, że trzeba było się przez nie czołgać. Intrygowało go to miejsce. Chciał się zapuścić w każdą wyżłobioną grotę, w każdy wydrążony tunel. Niestety, na to po prostu nie miał czasu. Choć i tak postanowił skorzystać z pobytu pod ziemią na tyle, na ile się tylko dało, więc poinstruował gwarka, żeby prowadził go wszędzie tam, skąd będzie się można szybko i bezpiecznie wydostać. Schätzer tak też uczynił i wkrótce Humboldtowi dane było spoglądać na zalane wodą jamy, pewnie wciąż pełne drogocennego kruszcu, na żłobienia na skałach zostawione przez gwarków i na zawalony chodnik, spod którego ponoć nikt nie uszedł żywy. Wszystko starał się umieścić w swoim notatniku.
Gdy wkroczyli do kolejnej komory, inspektor nareszcie znalazł to, co interesowało go najbardziej. W samym kącie, pod stropem, znajdowała się cała kolonia cienkich, białych porostów. Zbliżył się do nich bez słowa i zaczął je oglądać. Takiego gatunku chyba jeszcze wcześniej nie widział. Wyjął z sakwy przy pasie kozik i małe puzderko, uciął parę grzybów, oczyścił je z pyłu pędzlem i wrzucił do środka. Chciał się bliżej przyjrzeć kolonii, ale potrzebował lepszego światła.
– Schätzer, podejdźcie no tu z kagankiem – rzucił do stojącego za nim gwarka. Ten jednak musiał nie usłyszeć, bo światło się nie zbliżyło.
– Do diaska, Schätzer, ogłuchliście czy co? – zagrzmiał ze złością. Tym razem również nie usłyszał odpowiedzi.
Odwrócił się więc, żeby skarcić przewodnika za jego opieszałość.
I zauważył, że znajduje się w komorze całkiem sam.
Stanął jak wryty i wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Pod ziemią słychać było każdy, najmniejszy nawet szelest; usłyszałby, gdyby gwarek próbował się wymknąć. Zauważyłby jego cień przesuwający się po oświetlonych ścianach. Tymczasem Schätzer jakby wyparował, zostawiając za sobą tylko kaganek leżący na ziemi.
Humboldt podniósł lampę i czym prędzej wybiegł z powrotem do głównego tunelu, żeby spróbować dogonić gwarka.
– Schätzer! – zawołał głośno. – Gott im Himmel, co to mają być za żarty?
Odpowiedziała mu tylko woda kapiąca ze stropu.
Stał w tunelu przez dłuższą chwilę, patrząc to w jedną, to w drugą stronę, i zastanawiał się co począć. Próbować odszukać zaginionego przewodnika czy może wrócić po swoich śladach tam, skąd przybył, i znaleźć pomoc? Schätzer na pewno oddalił się z własnej woli, niemożliwe przecież było, żeby ktoś miał go stąd uprowadzić. Mógł zatem być szaleńcem, więc pierwsza opcja wydawała się nawet niebezpieczna. Alternatywa jednak też nie napawała optymizmem, gdyż sieć kopalnianych chodników była dla nowoprzybyłego niczym labirynt, aczkolwiek szukając Schätzera też musiałby po niej błądzić, więc wybór nasuwał się sam.
Uklęknął, żeby poszukać śladów stóp w brudnej ziemi, i znów zmartwiał. Podłoże zdawało się nietknięte, a przecież zarówno on, jak i starzec musieli zostawić za sobą jakikolwiek szlak, choćby i nawet pojedynczy odcisk buta.
Znowu nasunęło mu się skojarzenie z labiryntem, ale wpadł dzięki niemu na pewien pomysł. Wrócił na moment do poprzedniej komory, narwał tyle srebrnych grzybów, ile tylko mógł, i udał się z powrotem do tunelu. Mniej więcej pamiętał, z której strony przybył. Może udałoby mu się odtworzyć drogę z pamięci, wypatrując charakterystycznych cech poszczególnych chodników i porównując je ze swoimi szkicami. Dla pewności znaczył swoją drogę rzucając grzyby na ziemię i grawerując kozikiem „x” na wylotach spenetrowanych korytarzy. Lecz gdy tak szedł, cały czas nerwowo oglądał się za siebie, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że i ten labirynt miał swojego Minotaura.
Skradał się więc przez podziemia, zmuszając cienie do ucieczki, gdzie tylko się pojawił. Jego kroki dudniły wśród skał, a każdy ruch ubrania brzmiał jak powiew wiatru. Rozpoznawał jednak wiele mijanych miejsc i był przekonany, że znajdował się na właściwej drodze, choć ścieżka wiła się i zakręcała między poszczególnymi chodnikami niczym żmija. Ciągle rzucał za siebie porosty, ciągle skrobał nożem po ścianach, czasem zbierał nowe grzyby, kiedy trafiał na ich kolonie. I szedł, i szedł, i szedł…
Trafił na kolejne skrzyżowanie i był pewien, że już niedługo dojdzie do swojego celu, gdyż wyraźnie pamiętał jego specyficzny układ geologiczny. Dla pewności jeszcze raz zajrzał do swoich notatek i upewnił się, że jego otoczenie pokrywało się z zawartymi tam rysunkami. Następnie skręcił w prawo, wyżłobił kolejny „x” w skale, nawet uśmiechnął się na myśl o końcu tej niesamowitej przygody. Opuścił korytarz i natychmiast zbladł. Pod nogami zobaczył rzucone przez siebie grzyby.
– Przecież to niemożliwe! – wykrzyknął zdesperowany.
Sytuacja, w której się znalazł, była jednak jak najbardziej prawdziwa. Według swoich obserwacji, stał teraz tuż obok grzybowej komory, z której rozpoczął swój marsz. Zmarnował ponad godzinę na wałęsaniu się w kółko.
Cóż mógł zrobić? Mógł zostać tam, gdzie był, i czekać na ratunek. Aczkolwiek równie dobrze mógł tam czekać aż do dnia sądu ostatecznego. Nie miał innego wyjścia, musiał brnąć dalej.
– Niech cię diabli, Schätzer – syknął jeszcze, splunął i wszedł w głąb nie zbadanego jeszcze tunelu.
Znów pełznął przez mrok, z ostrzem przy pasie, niczym łotr przez ciemną ulicę. Szedł tak może kolejną godzinę, znowu wydawało mu się, że rozpoznaje co poniektóre segmenty kopalni. I znowu przeciął pozostawiony po sobie szlak z grzybów, w dodatku w tym samym miejscu, co wcześniej.
Teraz nie miał już nawet siły kląć. Cała jego wiedza geologiczna, zmysł orientacji oraz zwykła logika sugerowały, że to nie miało prawa się stać. Usiadł i złapał się za głowę. Łzy powoli cisnęły mu się do oczu. Wiedział, że uratować go może tylko spokój, ale przychodziło mu to coraz trudniej. Sprawdził też swoją lampę i stwierdził, że nie świeci już tak jasno jak przedtem. Niedługo mogła się nawet całkowicie wypalić. Czas uciekał, zatem Alexander wstał i wybrał kolejny tunel, tym razem licząc już tylko na łut szczęścia.
Dalej więc błąkał się po kopalni, krążąc zupełnie bez pomysłu, gdzie tylko poniosły go stopy. Jeszcze nieraz wracał do znienawidzonego rozwidlenia. Tracił nadzieję i, jak podejrzewał, zmysły. Im dłużej chodził po kolejnych tunelach, tym bardziej wydawały mu się dziwne. Miał wrażenie, że niektóre z nich nie były wcale wydrążone ludzką ręką. Ich struktura była chaotyczna, jakby zakrzywiona, kilka z nich prowadziło w górę lub w dół pod nienaturalnymi kątami. W innych, otaczające skały pełne były złóż ołowiu, które przecież musiałyby zostać wyeksploatowane przez gwarków.
Płomień kaganka słabł, a on wciąż się tułał, wciąż bez skutku. Cienie wirowały wokół niego jak wilki, niemal słyszał ich drwiący skowyt. Gdy lampa w końcu zgasła, zrozpaczony Humboldt nawet tego nie zauważył: szedł dalej, jak lunatyk, czasem tylko rękami wymacując drogę przed sobą. Jego umysł oswoił się już z myślą, że przyjdzie mu tu sczeznąć. Ciałem, prącym wciąż do przodu, kierował już tylko sam instynkt.
Instynkt ma jednak to do siebie, że często potrafi człowieka zaprowadzić tam, gdzie nigdy by nie dotarł kierując się rozumem. Tak też było i teraz. Błądząc wzdłuż kolejnego tunelu, na jego końcu uczony dojrzał słabą, niebieską emanację. Nowa nadzieja wypełniła młode serce i Humboldt przyśpieszył kroku. Wiedziony światłem wypadł niemal z korytarza i znalazł się w wielkiej grocie porośniętej luminescencyjną florą, która wypełniała ją całą przyćmioną, błękitną poświatą. Pod przeciwległą ścianą cicho szumiało podziemne jezioro. Nad wodą, bokiem do inspektora siedział na głazie stary gwarek, z laską na kolanach i bryłą srebra w ręce.
– Do kroćset, Schätzer – wymamrotał wyczerpany Alexander.
– Co wy sobie wyobrażacie?
Tamten machał tylko nogami i wpatrywał się w bryłkę leżącą w jego dłoni. Po chwili rzekł:
– Ja, panie Humboldt, wyobrażam sobie wiele. Czego, niestety, nie mogę powiedzieć o panu.
Odpowiedź starca całkowicie zaskoczyła uczonego.
– Widzi pan – ciągnął dalej gwarek, z pogardą w głosie. – Przychodzi pan tu jak władca całego świata, arogancki i ufny we własną wiedzę, na każdego patrząc jak na błazna. Tymczasem jest pan mizernym głupcem, panie Humboldt. I choćbyś pan magistrem był, a nawet doktorem, głupcem pan pozostaniesz.
– Nie rozumiem… – wydukał kompletnie zbity z tropu inspektor.
– Gdzież to się podział pański oświecony umysł, panie Humboldt? – wychrypiał szyderczo Schätzer. – Czyżby został rozbrojony przez jakieś urocze zabobony?
Wszystko, co działo się teraz wokół, napierało na umysł inspektora jak fala szaleństwa, którą resztką sił próbował jeszcze przezwyciężyć. Wmawiał sobie, że rozmowa z tym dziwnym gwarkiem zapewne odbywała się tylko w jego umyśle, a on sam wciąż krążył gdzieś wśród kopalnianych chodników, albo już dawno stracił przytomność z wycieńczenia.
– Nie, panie Humboldt – zaprzeczył starzec. – Na szaleństwo pozwolić sobie może tylko garstka wybranych. Takich, którzy wciąż idą w zaparte i nie zgadzają się przyjąć świata wokół nich takim, jakim on naprawdę jest. Może powinien pan raczej, jako uczony…
Wstał, podparł się laską, uniósł lekko głowę i spojrzał prosto na Humboldta.
– … nareszcie przejrzeć na oczy?
Światło z otaczających porostów odbiło się od srebrnej bryły i padło prosto na twarz górnika. Pierwszy raz od zejścia pod ziemię Alexander mógł się jej dobrze przyjrzeć. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak daleko od prawdy odbiegał wcześniej, nazywając tę istotę starcem; Schätzer przypominał raczej dziada z podań ludowych, przekazywanych szeptem w zapomnianych przez Boga prowincjach. Gdzie jego wiekowa twarz nie była pokryta siwymi włosami, tam bruzdy znaczyły ziemistą skórę, nadając jej wygląd popękanej, glinianej maski, z żółtymi zębami szczerzącymi się w grymasie między wargami. Jego oczy zaś, choć przykryte mgłą, zdecydowanie nie były ślepe. Co więcej, tlił się w nich złowrogi, złowieszczy błysk, który koncentrował się na Humboldcie i przeszywał go na wskroś.
Alexander stał jak sparaliżowany, gdy upiorny staruch zbliżał się do niego, powoli, nieśpiesznie, stukając głośno laską o ziemię. Wtedy opadła go ciemność.
***
Gdy oprzytomniał, leżał gdzieś na wznak, ociemniały i z potwornym bólem głowy. Starał się skoncentrować i przywrócić sobie jasność umysłu, lecz niczego nie potrafił stwierdzić z pewnością, nawet gdzie był, ani jak się tam znalazł. Rozpostarł ramiona, żeby w jakikolwiek sposób określić swoje położenie, i zapłakał, kiedy wyczuł otaczające go ciasno skały. Musiał zatem wciąż znajdować się w głębi jakiegoś chodnika kopalnianego. Świadomość ta sprawiła, że uleciały z niego ostatki nadziei – oto on, Alexander von Humboldt, znalazł się w piekle, z którego już nigdy nie przyjdzie mu uciec. Zamknął oczy i czekał aż wyzionie ducha.
Niedługo potem usłyszał jakieś głosy oraz zbliżający się dźwięk kroków. Czuł, że nadchodzi po niego śmierć. Otworzył więc oczy, żeby z pogardą spojrzeć jej w twarz zanim odejdzie z tego świata. Jednak zamiast śmierci zobaczył stojących nad sobą gwarków. W rękach trzymali lampy i wpatrywali się w niego ze zdziwieniem.
– Znaleźliśmy go! – zawołał jeden z nich gdzieś za siebie.
– Przepuśćcie mnie – odezwał się znajomy głos.
Kiedy gwarkowie rozstąpili się, z głębi tunelu nadszedł hrabia von Reden.
– Himmelherrgott, Alexandrze! – wykrzyknął hrabia i pochylił się nad inspektorem. – Gdzieś ty się podziewał?
Humboldt mrugnął tylko, nie wypowiadając ani słowa.
– Moi ludzie mówią mi, że zjechałeś pod ziemię i przepadłeś jak kamień w wodę – ciągnął dalej von Reden. – Przewodnik wyszedł ci na spotkanie, czekał chyba godzinę, a ty wciąż się nie pokazywałeś. Obawiałem się najgorszego! Sam tu nawet zszedłem, żeby nadzorować poszukiwania, do diabła!
– Przewodnik? – wymamrotał Humboldt. – Schätzer?
– Jaki znowu Schätzer?
– Gdy tu przybyłem, odebrał mnie pewien człowiek. Tak mi się przedstawił.
Hrabia zmarszczył czoło i zwrócił się do otaczających go gwarków.
– Zna tu kto jakiegoś Schätzera?
Wszyscy wymienili spojrzenia, wywiązała się krótka dyskusja, lecz nikt nie potrafił odpowiedź na pytanie twierdząco.
– Ale… jak to? – wydukał znowu Humboldt.
Hrabia obejrzał go jeszcze raz, od stóp do głów. Jego wzrok przyciągnęła otwarta sakwa przy pasie Alexandra. Sięgnął do niej i wyjął całą garść srebrnych grzybów.
– Hm – mruknął. – Więc powiada pan, że one raczej nie są halucynogenne?
Uczony się zarumienił.
– Jeśli pan sugeruje…
– O, chwilkę, jeszcze tu coś jest – Hrabia pogrzebał palcem w stosiku grzybów i oniemiał. Gdy zrzucił je na ziemię, okazało się, że porosty skrywały bryłkę najczystszego srebra. Co jednak najdziwniejsze, wydawała się ona roztaczać aurę delikatnego, niebieskiego światła.
Wszyscy zbliżyli się do hrabiego, żeby przyjrzeć się niecodziennemu znalezisku. Tak byli nim pochłonięci, że nie zauważyli nawet, gdy światło roztaczane przez lampy załamało się nieznacznie wokół nich, a na ścianach tunelu zatańczyły lekko cienie…
Maciej Bogucki
 

Okładka Montes nr 83

Okładka Montes nr 83