Francuskie buty

Ułani księcia Michała Tyszkiewicza 1813
Ułani księcia Michała Tyszkiewicza 1813

Opowiadanie

Paul Staniczek siedział jak co dzień w swoim warsztacie szewskim i nakładał na kopyto wycięte według szablonu kawałki skóry. Zdążył je wcześniej pozszywać i koniecznie przed zapadnięciem zmroku musiał połączyć skóry z zelówkami. Drewniane kołki łączące podeszwy i metalowe gwoździe do obcasów mógł przybić nawet w nocy po oświetleniu pracowni płonącymi świecami. Nazajutrz po gotowe półbuty miał przyjść jeden z wekturantów.

Nowe obuwie potrzebne było mu na najbliższą niedzielę. Paul już kilka razy obiecywał furmanowi wożącemu konnym wozem rudę i węgiel po bytomskiej szosie, że wreszcie uszyje mu buty pasujące do brązowego odświętnego ubrania, które woźnica chce włożyć na siebie w rocznicę ślubu. Tym razem nie chciał zawieść klienta, który w dodatku obiecał sowitą zapłatę.

Staniczek kolejny raz miał stuknąć młotkiem w kołki nałożone na skórze na szewskim kopycie, gdy dostrzegł przez wystawowe okno szewskiego warsztatu dziwnego gościa. Mężczyzna odróżniał się od przechodniów wędrujących codziennie po bruku traktu gliwickiego eleganckim ubiorem. Na głowie przybysza tkwił czarny cylinder, z ramion zwisał ciemny płaszcz sięgający daleko za kolana. Spodnie w kolorze reszty ubioru były tak szerokie, że zakrywały mankietami buty przechodnia. Uwagę zwracała też czarna laska z białą gałką na górze i ostrym szpikulcem u dołu, którą przybysz trzymał w prawej ręce. Taką laską mężczyzna mógł podpierać się na bruku, ale równie dobrze mogła służyć mu do obrony przed nieoczekiwanymi napastnikami.

Francuski regiment piechoty 1814 - 15
Francuski regiment piechoty 1814 - 15

Dziwny gość, mimo że przybył do miasta z daleka, dość pewnie szedł ulicami. Bez wahania skręcał w zaułkach, omijał bramy i kocie łby, co świadczyło, że zna dobrze układ ulic. Zapewne nie był pierwszy raz w Tarnowskich Górach. Staniczek na chwilę przerwał stukanie młotkiem i z zaciekawieniem spoglądał, gdzie też przybysz skieruje swoje kroki. Nie mógł nadziwić się, gdy mężczyzna pchnął drzwi jego warsztatu i schylając głowę, aby nie uderzyć we framugę, wszedł do środka.

- Witam mistrzu – rzekł na powitanie, zdejmując równocześnie cylinder.

Szewc, który zdążył już odłożyć młotek i wstać od kopyta, ukłonił się nisko nieoczekiwanemu gościowi. Podszedł do kontuaru oddzielającego część warsztatową od miejsca, gdzie załatwiał z klientami interesy. Nie miał odwagi poprosić eleganta o to, żeby usiadł na jednym z krzeseł przy stole do spisywania umów. Mógł więc podziwiać jego wysoki wzrost i długie siwe jak mleko włosy, ale wciąż gęste niczym fryzura młodzieńca. Dostrzegł sieć zmarszczek na twarzy i zielonkawe źrenice, w których czaiła się ciekawość. W niskiej chacie szewca przybysz prawie że dotykał sufitu.

- Czym mogę służyć? – zapytał wreszcie Staniczek.

- Potrzebuję mocne buty. Kiedyś widywałem solidne obuwie robione w tym mieście u  piechurów. Ale to było dawno jeszcze za Napoleona, naszego cesarza, który niedawno wyzionął ducha na odległej wyspie – odparł mężczyzna z obcą wymową.

Napoleońscy huzarzy 1806 - 1812
Napoleońscy huzarzy 1806 - 1812

Zresztą ostatnie słowa wypowiedziane z nutką żalu pozwoliły się łatwo domyślić Staniczkowi, że to Francuz. Szewc zastanowił się, czego szuka w śląskiej mieścinie, która po zakończonych dość dawno wojnach napoleońskich, wciąż nie mogła podnieść się z upadku, w dodatku utraciła urząd starosty na rzecz pobliskiego Bytomia.

- Po cóż tak eleganckiemu panu buty od ubogiego szewca? – zdziwił się Staniczek.

- Jestem w mieście przejazdem i chcę obejrzeć budowę sztolni od imienia waszego króla nazwaną Fryderyka. Te moje pantofle nie na wiele się zdają w błocie na wertepach i kamieniach – wyjaśnił Francuz.

– Dobrze zapłacę – dodał.

Staniczek, który wprawdzie robił dużo butów dla mieszkańców miasta i chłopów z okolicznych wsi, na nadmiar gotówki nie narzekał. Zubożali mieszkańcy płacili mu za buty niewiele albo z opóźnieniem w ratach. Często rolnicy przynosili mu latem zamiast pieniędzy płody ziemi, które odkładał w komórce na zimę. Niekiedy dostawał węgiel od wozaków a klocki drewna od drwali. Przybysz chyba dostrzegł błysk chytrości w oczach szewca, bo uśmiechnął się lekko pod nosem.

- Dzisiaj mogę dać zadatek, a jutro przyjdę zobaczyć krój trzewików – zachęcał.

Szewc kiwnął głową na znak zgody. Szybko zgarnął kilka talarów wysypanych przez Francuza z mieszka na blat kontuaru.

Dopiero po wyjściu nieoczekiwanego klienta zaczął zastanawiać się, jakie buty pokaże mu nazajutrz. Rozmyślał nad tym do zmroku tłukąc zaciekle w kopyto, bo chciał jeszcze dziś skończyć robotę z trzewikami dla wekturanta. Było już bardzo ciemno, gdy szewc odłożył gotowe półbuty na półkę. Zanim zamknął warsztat od środka,  opuścił okiennice na wystawę z wzorami butów i szyldem zakładu. Potem pognał w głąb chałupy do komórki, gdzie zapomniane leżały różne niepotrzebne meble i narzędzia szewskie. Było też trochę starych butów, które zostały po Karolu, ojcu Paula.

Nawet nie zapamiętał, jak długo grzebał w rupieciach pozostawionych przez ojca w komórce. Przedzierał się przez kurz i pajęczyny, odrzucał na bok kawałki cholewek, oderwane podeszwy, rysunki obuwia wykonane ręką ojca. Wreszcie natknął się na podniszczone buciory z popękanymi szpicami, z obcasami zdeptanymi aż do pięt. W oczkach masywnych butów tkwiły jeszcze sparciałe sznurówki ze skóry. Uniósł solidne trzewiki do góry i przyjrzał im się dokładnie w migotliwym świetle kaganka, którego płomienie rozświetlały ciasną komórkę.

To te buty zapamiętał dobrze jeszcze na stopach ojca. Chodził w nich podczas najgorszych wiosennych roztopów i jesiennych błot, kiedy wszechobecna woda wdzierała się z ulicy do nisko położonego warsztatu i nie powstrzymywał jej nawet wysoki drewniany próg.

– Solidna napoleońska robota – chwalił stary Staniczek buty podczas każdorazowego ich czyszczenia i nacierania łojami oraz polerowania na błysk. Paul wiedział jedynie, że buty zrobił sam ojciec. Podobnych trzewików  na zamówienie bawarskiego oddziału piechurów, którzy wmaszerowali do miasta wraz z francuskimi szaserami zrobili, tarnogórscy szewcy podczas francuskiej okupacji prawie kilkaset. Młody Staniczek, który czas wojen napoleońskich spędził w pruskim wojsku na Pomorzu, znał historię zamówienia kilkuset wojskowych trzewików jedynie z opowieści ojca.

A stary Staniczek zawsze zaklinał się, że jako wierny poddany pruskiego króla nigdy by nie zrobił nawet jednego wojskowego kamasza dla Francuzów, gdyby nie zwykła pomyłka. Z oddziałami Napoleona wkroczyły do miasta także regimenty bawarskie i wittenberskie. Piechurzy szwargotali po niemiecku lepiej niż mieszkańcy Tarnowskich Gór. Wojacy pochodzili z wojsk państw Związku Reńskiego, który sprzyjał małemu konsulowi. Jeszcze ten przeklęty oficer francuski, dowódca oddziału, mówił równie dobrze po niemiecku, zapamiętał Paul złorzeczenia ojca, który historię zamówienia butów opowiedział synowi podczas jednego z jego pobytów na przepustce z wojska. Zresztą z powodu tego zamówienia miał stary Staniczek same straty. Większość gotowych już butów czekających na odbiór zarekwirowali Polacy z pospolitego ruszenia, którzy wkroczyli do miasta z pułkiem Sułkowskiego. Szewc nigdy nie otrzymał obiecanej zapłaty za robotę i materiał. Ostała mu się jedynie para wojskowych butów, którą miał na nogach. Z powodu rabunku zaznał niezłej biedy, a w mieście uknuto nawet powiedzenie: Wyszedł jak Staniczek na francuskich butach, którego używano na określenie nieudanego interesu. Takie to myśli i wspomnienia ogarnęły głowę Paula, gdy w migotliwym świetle przyglądał się sfatygowanym trzewikom.

Jednak młody Staniczek nie zamierzał kierować się stęchłymi wspomnieniami i wojennymi interesami ojca. Obce też były mu uprzedzenia wobec Francuzów, z którymi, mimo że służył w pruskim wojsku, nigdy nie skrzyżował broni. Jego odział strzelecki pilnował przez całą wojnę pruskiego króla z Napoleonem odległej twierdzy na pograniczu Mazur i Rosji. Po cichu zresztą Staniczek od lat podziwiał francuską elegancję i modę. Od czasu do czasu oglądał w Tarnowskich Górach popisy wędrownych teatrzyków, w których kuglarze nader często grali komedie Moliera i opowiastki francuskich filozofów. Paul wierzył, że zrobi z tym Francuzem dobry interes, dzięki czemu poprawi się los jego rodziny.

Nazajutrz od rana czekał w warsztacie na Francuza. Pod szewskim kopytem leżały stare trzewiki ojca, ale odświeżone i wysmarowane łojem wyglądały jak nowe. Miały stanowić wzór i zachętę dla gościa, żeby zechciał zamówić je u Staniczka i dopłacić po odbiorze trochę talarów za solidną i szybką robotę.

Francuz zjawił się u szewca przed południem. Tym razem ubrany był w krótkie szare palto i wąskie siwe spodnie wpuszczone w buty z wysokimi cholewkami. Na głowie miał kaszkiet wojskowego kroju. Nie zapomniał o swojej nieodłącznej lasce. Usiadł bez zaproszenia przy stole i z zainteresowaniem obejrzał buty, które bez słowa podał mu Staniczek.

- Takie mogę zrobić – bąknął niepewnie.

Gość z zaciekawieniem przyglądał się butom. Odwracał je na wszystkie strony. Zaglądał do środka, odchylał wysuszony skórzany język, sprawdzał siłę rzemiennych sznurowadeł. Zajrzał nawet w otwór między odstającą podeszwą a czubkiem prawego buta. Na koniec postukał palcem w zdeptany obcas. Twarz Francuza była nieruchoma podczas tych oględzin, jedynie oczy zajaśniały gorączkowym blaskiem, jakby widok butów obudził w gościu jakieś wzruszające wspomnienie.

- Właśnie w takich  przemaszerowałem połowę Europy – odezwał się cicho gość. – Jak długo będę czekał na zrobienie identycznych trzewików? – zapytał.

Staniczek, który szybko zrozumiał, że klient zamówi u niego buty, błyskawicznie obliczył w myślach, ile czasu zajmie mu zrobienie wojskowych buciorów.  

- Na jutro wieczorem będą gotowe – powiedział.

- Szybko – pochwalił go Francuz. – Równie szybko robił buty pański ojciec – dodał.

- Znał pan mojego ojca, skąd? – zdziwił się Staniczek.

- To długa historia. Jutro opowiem, bo teraz czas mnie nagli. Muszę jechać z tutejszym mierniczym i obejrzeć, jak górnicy drążą sztolnię – odparł Francuz. Po czym wyciągnął z bocznej kieszonki palta srebrny zegarek na łańcuszku. Zerknął, która godzina. – Przepraszam, ale nie przedstawiłem się jeszcze. Jestem Andre Duregard – powiedział po schowaniu zegarka do kieszeni. Potem, nie czekając na odpowiedź wyszedł z warsztatu szewca. Staniczek zamyślony jeszcze chwilę patrzył za idącym w stronę rynku Francuzem.

Mimo nawału roboty związanego z zamówieniem Francuza tajemnicze słowa gościa nie dawały Staniczkowi spokoju. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak niewiele wiedział o swoim przedwcześnie zmarłym ojcu. Nie był nawet na pogrzebie rodzica. W wojennej zawierusze nie zezwolono  mu na podróż z Mazur na ogarnięty napoleońską pożogą Śląsk. A może jego dowódca obawiał się, że pójdzie śladem wielu dezerterów i wstąpi do oddziałów rewolucyjnej Francji i tworzącego się wojska Księstwa Warszawskiego. Staniczek wiedział, że im mieszkańcom pogranicznego Śląska nie dowierzali zbytnio pruscy oficerowie.

Mogiłę ojca zobaczył dopiero po zawarciu rozejmu. Od matki i siostry dowiedział się, że stary Staniczek zmarł zarażony od napoleońskich żołnierzy nerwową gorączką. Dotychczas Paul nigdy nie zastanawiał się, jakim cudem jego rodzic padł ofiarą epidemii, przecież zakażonych tyfusem rannych żołnierzy pruskich, rosyjskich i francuskich ulokowano z dala od miasta, w domu strzeleckim. Nawet ofiary zarazy grzebano z dala od ludzi, na polu za tymczasowym szpitalem.

Stukał więc zawzięcie w kopyto młody Staniczek, wycinał ze  skóry kształt trzewików zamówionych przez Francuza, a słowa przybysza ciągle nie dawały mu spokoju. Choć podświadomie czuł, że jest bliski odkrycia jakiejś rodzinnej tajemnicy, o której nie wiedzieli matka, jego dawno już poślubiona żona ani dorastający syn.

Po zapadnięciu zmroku oderwał się Paul od roboty. Na kopycie widniał już lewy prawie gotowy solidny but. Na niskim stołku obok szewskiej maszyny do krojenia i szycia skóry leżał prawy trzewik pozbawiony jedynie podeszwy. Ale spód buta był już przygotowany do przybicia do cholewek, gotowe były też obcasy. Sterta drewnianych kołków i żelaznych ćwieków czekała obok młotka na ręce szewca. Jednak Staniczek zostawił niegotowe trzewiki i opuścił warsztat.

Wyszedł tylnymi drzwiami chaty wprost na kocie łby uliczki prowadzącej do rynku. Kiedy szedł, ledwo widział oświetlony skąpo przez nieliczne latarnie bruk. Wnet dotarł na rynek, gdzie w domu obok ratusza urzędował stary znajomy jego ojca. Marcin Guteter był przez długie lata przewodniczącym cechu szewców i wiele wiedział o losach miasta i podległych mu mistrzów czy czeladników szewskich. Guteter był też sporo starszy od ojca Paula Staniczka, dlatego mógł być dobrym źródłem wiedzy o tajemniczych konszachtach tarnogórskich szewców z napoleońskimi wojakami.

To właśnie ciekawość zagnała Staniczka do starego cechmistrza, bo o to, jak zrobić dobre buty, nie musiał się nikogo już radzić, na tyle dobrze znał szewskie rzemiosło. Guteter wcale nie był zdziwiony wizytą kolegi po fachu. Jakby tylko czekał na pytania o los starego Staniczka. Gdy cechmistrz usłyszał jednak pytanie zadane przez Staniczka, nieźle się zafrasował. Paul przedyktował Guteterowi nazwisko Francuza i poprosił o sprawdzenie, czy tajemniczy przybysz kiedykolwiek gościł w Tarnowskich Górach.

- To potrwa – wysapał Guteter. Po czym otworzył jeden z okutych żelazem kufrów, a stało takich kufrzyków kilka pod ścianą dawnego warsztatu cechmistrza. Zaczął grzebać w zakurzonych i pożółkłych papierzyskach. Na szczęście od razu trafił na ten właściwy kufer, w którym przechowywał cechowe dokumenty z czasów napoleońskiej okupacji.

Co najmniej kilka razy zabił dzwon na wieży kościoła ewangelickiego przy rynku, zanim stary Guteter wygrzebał zesztywniałymi od artretyzmu rękami ze sterty papierzysk właściwy dokument. Wpatrując się z uwagą w wyblakłe pismo na papierze, próbował odczytać jego treść.

W końcu znużony wpatrywaniem się w niewyraźne pismo położył dokument na stole, przy którym zniecierpliwiony siedział Staniczek. Niepokój szewca brał się z powodu czekającej na niego jeszcze roboty przy butach zamówionych przez Francuza. Ale nie chciał wracać do domu bez wiedzy o tym, z kim ma do czynienia w osobie tajemniczego przybysza. Chcąc nie chcąc, Paul sam wziął się za odczytywanie umowy spisanej przed kilkunastu laty przez cech tarnogórskich szewców z francuskimi grenadierami. Z trudem przebrnął przez pierwsze zdania, by wreszcie pojąć sens tego, co czytał.

Umowę na zrobienie 900 par wojskowych trzewików spisał 7 lutego 1807 roku Marcin Guteter, cechmistrz szewców tarnogórskich. Buty miały być zrobione w ciągu dwóch miesięcy. Wtedy uiścić za nie opłatę zobowiązywał się francuski porucznik. I tu trochę pogłowić musiał się Paul, bo podpis oficera był zamaszysty i niezbyt czytelny. W końcu dopomógł mu Guteter i Staniczek z radością odczytał nazwisko porucznika. To był Andre Duregard, ten sam człowiek, który wczoraj zawitał do warsztatu Staniczka.

- A więc to jednak on. Nie skłamał – rozmyślał Staniczek. Nie podzielił się mimo to ze swoją tajemnicą z Guteterem. A stary cechmistrz dopytywał o to, skąd nagle wzięło się zainteresowanie Paula starymi umowami. Niczego jednak nie wydobył od Staniczka, który przeczuwał, że oto stanął przed odkryciem jeszcze większej tajemnicy.

Kluczem do niej był ów Francuz.

Paul sprawdził jeszcze kolejny dokument. Tym razem dowiedział się, że dwa miesiące po podpisaniu umowy, jakiś oddział napoleońskich żołnierzy dowodzony przez rotmistrza Białobrzeskiego zarekwirował u tarnogórskich szewców 160 par gotowych butów wojskowych. Ile trzewików stracił stary Staniczek, tego się Paul nie dowiedział. Ale dokument potwierdził opowieści ojca.

Po rozstaniu z cechmistrzem Staniczek od razu wrócił do warsztatu i zabrał się za dokończenie rozpoczętych butów. Już prawie świtało, gdy szewc skończył swoje dzieło. Jeszcze tylko natarł trzewiki łojem, wypolerował do błysku. W końcu włożył buty do drewnianej skrzynki i zamknął wieko na kłódkę. Postanowił podwójnie chronić trzewiki, za które miał otrzymać sowitą zapłatę. Nie udał się też na spoczynek do izby, gdzie w małżeńskim łożu spała już jego małżonka, ale ułożył się do snu na wąskiej pryczy pod ścianą warsztatu. Zasnął kamiennym snem ledwo tylko położył głowę na poduszce.

Rano obudziło go szczekanie psa. Jakiś bezpański kundel hałasował pod drzwiami szewskiego warsztatu. Po chwili ktoś przegonił psisko i zapadła cisza przerywana jedynie stukaniem butów po bruku, człapaniem końskich kopyt oraz łomotem toczących się po kamieniach kół licznych wozów konnych. Staniczek poczuł chłód na plecach. Dokładniej nakrył się pierzyną i ponownie zapadł w czujny sen.

Przez chwilę widział w sennym marzeniu postać ojca. Wyglądał tak, jakim go zapamiętał z lat dzieciństwa. Szczupły z głową ozdobioną blond włosami, na jego twarzy zakwitł radosny uśmiech, jakby także ucieszył się z widoku syna. Ubrany był w szewski fartuch, rękami bez szewskich narzędzi usiłował coś pokazać na odległość synowi, ale jego gesty, podobnie jak grymasy twarzy, nie zawierały żadnej treści. Kiedy już obudził się młody Staniczek, za nic nie mógł zrozumieć, po co ojciec ukazał mu się we śnie i przed czym chciał go ostrzec albo co ważnego powiedzieć.

Zanim doszło do zapowiedzianej wizyty Francuza, Staniczek wysprzątał cały warsztat, a po spożyciu lekkiego posiłku ubrał się odświętnie. Na powitanie gościa przygotował nawet butelkę dobrego reńskiego wina, o francuskie było trudno w Tarnowskich Górach. W ten sposób chciał podkreślić powagę transakcji, a w jego podświadomości tkwiło przeświadczenie, że chwila sprzedaży trzewików łączyć się będzie z jakimś innym istotnym wydarzeniem.

Nawet nie musiał długo czekać na przyjście Andre Duregarda. Zaledwie minęło południe, gdy Francuz zawitał do warsztatu. Tym razem podał szewcowi dłoń na powitanie. Lekkim uniesieniem krzaczastych brwi zareagował na porządek panujący w warsztacie, a błyskiem oka powitał butelkę na stole. Ubrany był w kraciastą kurtkę i spodnie w szkocką kratę. Nie miał przy sobie nieodłącznej laski. Zdjął z głowy brązowy kapelusz, kiedy usiadł na rzeźbionym krześle po drugiej stronie stołu naprzeciwko Staniczka.

Z zachwytem oglądał masywne trzewiki, które podał mu wcześniej szewc bez jednego słowa. Obracał buty, zaglądał do wnętrza, sprawdzał wytrzymałość rzemieni, stukał palcami w podeszwy. Wreszcie zadowolony odłożył je do drewnianego pudełka.

- Są lepsze niż te, które uszył dla mnie pański ojciec – pochwalił po długim milczeniu.

I wtedy dopiero rozwiązał się przybyszowi język. Zaczął opowiadać, jak to kilkanaście lat temu ze swoimi francuskimi żołnierzami i grupą bawarskich piechurów wkroczyli do Tarnowskich Gór. Wojska pruskie broniły się wówczas jedynie w pojedynczych twierdzach. Właśnie zmierzali w kierunku stawiającego jeszcze opór Koźla. A buty mieli w opłakanym stanie, dziurawe z odstającymi podeszwami. – Byłem wtedy młodym oficerem zapatrzonym w ideały rewolucji i jej wodza. Dopiero później zrozumiałem, że to co robiliśmy w zdobytych miastach to był zwykły rabunek, a nie jakieś tam zaopatrzenie wojska. Wówczas jednak dziwiłem się, dlaczego tarnogórscy szewcy tak niechętnie robią dla nas buty, mimo że obiecaną mieli zapłatę. W kasie oddziału mieliśmy przecież trochę zarekwirowanych talarów – mówił cicho Duregard.

Widać było, że opowiadanie wspomnień z trudem przechodzi mu przez gardło. Toteż zaciekawiony Staniczek ochoczo nalał do kieliszków reńskiego wina. Francuz najpierw zwilżył w trunku wargi, potem zachęcony jego smakiem pociągnął większy łyk. Za to szewc nie żałował sobie i opróżnił od razu cały kieliszek. Francuz zamyślony, jakby nieobecny, nawet nie zauważył tego, co robi Paul.

Po zwilżeniu gardła winem Duregard z większą łatwością kontynuował swoją opowieść. Po zamówieniu butów u tarnogórskich szewców napoleoński oddział pomaszerował w kierunku Siewierza, gdzie miał spotkać się z polskim wojskiem dowodzonym przez pułkownika Męcińskiego. Do spotkania nie doszło, bo oddział pospolitego polskiego ruszenia lepiej znał miejscowe trakty i dotarł do Tarnowskich Gór. Po ściągnięciu z mieszczan kontrybucji w postaci sukna i 400 talarów, Polacy rozłożyli się obozem na tarnogórskim rynku, gdzie uraczeni przez mieszczan wódką i mięsiwem ucztowali do nocy.

Kiedy Duregard odnalazł polski pułk, w tym samym czasie nastąpił atak pruskich huzarów Andreasa Witowskiego z pobliskich Gliwic. Pijani, rozespani i niegotowi do walki wojacy Męcińskiego padali od strzałów z karabinków i cięć szabel. Nadejście zwartego oddziału Duregarda ocaliło wprawdzie od rzezi wielu polskich żołnierzy, ale nie zapobiegło klęsce. Pruskich huzarów wsparli bowiem ogniem miejscowi górnicy, a mieszczanie odgrodzili drogę ucieczki łańcuchem.

– To o ten łańcuch rozwieszony na trakcie do Gliwic stoczyliśmy najkrwawszą potyczkę. Kiedy zdawało się, że ominęliśmy przeszkodę, natknęliśmy się na huzarów. Szczęk szabel i bagnetów niósł się daleko wśród tarnogórskich domostw. Nawet nie wiem, kiedy zdzielony w łeb pałaszem, straciłem przytomność. Ocknąłem się dopiero po kilku dniach na poddaszu chaty. To jeden z szewców, który zapamiętał mnie jako oficera zamawiającego dla wojska trzewiki, przeniósł mnie leżącego we krwi i bez świadomości na bruku na strych własnego domu. To była ta chałupa, a szewc wyglądał podobnie jak wy panie i miał wtedy tyle samo lat – Duregard przerwał nagle opowiadanie i spojrzał pytająco na zasłuchanego i coraz bardziej zdumionego szewca.

- O moim ojcu mowa – domyślił się głośno Staniczek.

Żeby czymś zapełnić chwilę niepewności i przerwy, szewc złapał za butelkę i ponownie nalał wina do kielichów. Trunek zrobił swoje i gość podjął po chwili przerwaną opowieść.

- Do dzisiaj nie wiem, dlaczego wasz rodziciel mnie uratował. Może liczył na to, że jak przeżyję, to otrzyma zapłatę za buty – zastanowił się Francuz.

Los był jednak bardziej przewrotny, jak wynikało z dalszej opowieści, i mniej sprzyjający szewcowi. Po dwóch miesiącach do warsztatu wdarli się żołnierze z kolejnego napoleońskiego oddziału. Łupili tarnogórskich mieszczan bez miłosierdzia za pułapkę, w którą wpuścili pułk Męcińskiego. Staniczkowi zarekwirowali trzewiki zrobione dla piechurów, Duregard nie wiedział nawet, ile ich było. Życie darowali szewcowi tylko dlatego, że zaopiekował się rannym porucznikiem francuskim.

- Zabrali mnie ledwo podleczonego z ran do lazaretu. Tam nabawiłem się nerwowej gorączki, choć podobno, według medyków, już wcześniej ją miałem w sobie. Ledwo przeżyłem wożony od lazaretu do lazaretu. Długo trwało, zanim doszedłem do siebie. Dzięki wojnie zrozumiałem, że nie narodowość czy szlachetne urodzenie decydują o braterstwie i równości, ale zwykłe ludzkie miłosierdzie. Przeświadczenie to pomogło mi odzyskać wiarę w ludzi i boski ład, bo czymże było moje ocalenie, jak nie zrządzeniem opatrzności – mówił Duregard.

Staniczek zrozumiał, że zbliżają się do końca opowieści, rozlał więc resztę wina do kieliszków. Reński trunek z pewnością pozwolił lepiej się dogadać szewcowi i byłemu napoleońskiemu oficerowi.

- Teraz już wiem, gdzie ojciec dostał nerwowej gorączki, po której pożegnał się z tym światem – powiedział Staniczek. I nagle poczuł żal do tego Francuza, który był przyczyną nieszczęść jego ojca. Jednak żałosna mina Duregarda, który swoimi wspomnieniami rozdrapał dawne zabliźnione już rany pamięci, powstrzymała szewca od wybuchu złości.

- Cóż my zwykli śmiertelnicy możemy zrobić z wyrokami opatrzności, jedynie poddać się im i znosić w pokorze cierpienie – rzekł szewc z rezygnacją w głosie.

Duregard po tych sentencjonalnych słowach spojrzał zaskoczony na Staniczka. Francuz bywały w świecie, nie spodziewał się, że zwykły szewc w małej mieścinie zdolny jest do takiej refleksji.

- Nigdy nie zapomniałem o poświęceniu zwykłego szewca. Jestem dziś człowiekiem majętnym. Fortunę zdobyłem, bo w porę zrozumiałem, że pieniądz może mi zapewnić wiele rzeczy, których nie dane dostąpić biedakowi. W moim rodzinnym Levalois jestem właścicielem kilku tkalni, chcę też robić interesy w górnictwie, dlatego zainteresowałem się budową kolejnej tarnogórskiej sztolni odwadniającej. A przy okazji ureguluję dług wdzięczności sprzed lat – powiedział Duregard, sięgając za pazuchę do wypchanego mieszka.

Rzucił wypchany złotem trzos na blat stołu. Dźwięk złotych monet obudził w Staniczku człowieka interesu. Z chciwością zagarnął mieszek ze stołu, po ciężarze poczuł, że ma sporą wartość. Schował trzos w zanadrzu ubrania. Potem podał Duregardowi pudło z trzewikami.

Francuz, wstając od stołu, wyprostował się z ulgą, jakby zrzucił z ramion, a może z serca, ciążący mu kamień. Energicznie odebrał pudło i ulokował pod pachą. Drugą wolną rękę wyciągnął do szewca w geście pożegnania. Mocno uścisnęli sobie ręce, z taką serdecznością jakby znali się od lat.

- A te buty, ich zamówienie, to był pretekst – zapytał niepewnie Staniczek.

Duregard spojrzał na niego ciągle nieobecnymi oczami i odparł: - Będę w nich chodził, bo przypominają mi młodość. W tym momencie na twarzy Francuza pojawił się zagadkowy uśmiech, jakby chciał dać do zrozumienia, że nie wszystko w jego historii musi być dopowiedziane do końca. Toteż kiedy Duregard z pakunkiem pod pazuchą wyszedł z warsztatu, szewc jeszcze długo patrzył za nim z niedowierzaniem, i jedynie ciążąca w kieszeni sakiewka z monetami uświadomiła Staniczkowi, że to żaden sen tylko najprawdziwsza jawa.

 

Ryszard Bednarczyk
 

Okładka Montes nr 34-35

Okładka Montes nr 34-35