Wydłubana baba

Opowiadanie świąteczne

b_200_300_16777215_0___images_stories_montes_79_08-POLONIA-1937-NR4472.jpg

Rezurekcja odbyła się w Wielką Sobotę i to dość wcześnie. Po powrocie z kościoła cała rodzina zasiadła do kawy. Spotkali się u rodziców staruszków. Największą frajdę mieli 12–letnia wnusia i jej o rok starszy brat. Bo pod oknem, na stole przykrytym białym obrusem, wśród zielonych gałązek, stało święcone. Dawne, tradycyjne, jak za najlepszych czasów i to na wsi, a nie w mieście

Olbrzymi indyk wydymał sztucznie wypchaną nadzieniem, przyrumienioną pierś. Wesołe prosię trzymało w otwartym ryjku różowe jajko. Olbrzymia szynka wyszczerzała spod zawiniętej, czarnej skóry biel słoniny, na której główkami goździków wypisano tradycyjne „Alleluja”. Pośrodku, na talerzu, cukrowy biały baranek z czerwoną chorągiewką, a dalej, za jajami i półmiskiem z kiełbasą, stał rząd opartych o ścianę lukrowanych bab i mazurków. Obok zaś niewielka, choć solidny wygląd zdradzająca, bateria przeróżnych buteleczek.

Zaczęto już kawę, do której babcia wybrała najpiękniejszą babę ze święconego i za chwilę przed każdym z gości żółcił się puch nakrapianego rodzynkami, lekkiego ciasta. „Święcone”, pomimo poświęcenia przez księdza i rezurekcji, dawnym zwyczajem rodzinnym, jeść można było dopiero jutro.
Dziś jeszcze obowiązywał post. Tak było zawsze, więc rodzina zatopiła się we wspomnieniach z dzieciństwa i minionych lat. Tylko najmłodsi nie mieli jeszcze czego wspominać.

– Wspomnienia dzieciństwa! Nigdy chyba nie ożywają one tak silnie w pamięci i duszy jak w dni świąteczne – ozwał się dziadek i zobaczywszy w oczach wszystkich płomyk zachęty oraz przyjaznego zaciekawienia, ciągnął dalej.

– Mam ja jedno takie wspomnienie związane z Wielką Nocą, które zwykle w tym dniu staje mi jak żywe przed oczami. Mieliśmy z bratem lat kilkanaście – pierwsze lata mundurków gimnazjalnych. Zaproszono nas wówczas na święta w gościnę do bliskich znajomych, którzy mieszkali na wsi. Mieli jedną córeczkę. Zosia miała na imię, prawda, babciu?

– Tak, tak, widzę już, że chcesz opowiadać o wydłubanej babie. Ładnych rzeczy dowiedzą się wnuki – gderała żartobliwie babcia.

– Wieczorem – ciągnął dziadek – pościelono nam w salonie, gdzie na dużym stole stało wystrojone, wspaniałe święcone. Gawędziliśmy jeszcze czas jakiś z bratem, ale wnet zasnęliśmy umęczeni podróżą. Jednak pobyt w obcym domu i spanie w odmiennych warunkach skróciło nasz sen, gdyż obudziliśmy się wcześnie rano. W domu było jeszcze zupełnie cicho. Otworzyliśmy z bratem oczy i doszliśmy do przekonania, że … jesteśmy bardzo głodni.
A tu, jak na złość … święcone na stole. Stoi jak na pokusę i oko mami. Nie pamiętam już, któremu z nas przyszła do głowy płocha myśl… Dość, że po pewnym czasie wykroiliśmy z jednej z bab od spodu cały środek i zjedliśmy zważając, by nie zostawić gdzieś okruchów. Potem to samo stało się z drugą babą, którą, tak jak poprzednią, starannie ustawiliśmy na dawnym miejscu. Dwa, trzy łyki wina w jednej z butelek zastąpiliśmy wodą z karafki, która stała przy przygotowanej do mycia miednicy. Spełniwszy to chwalebne dzieło, zasnęliśmy snem błogim. Zbudzono nas, gdy trzeba było jechać do kościoła.

Po powrocie wszyscy zasiedli do śniadania i dzielili się jajkiem. Na stole pokazały się indyk, szynki i tradycyjny żur. A że bab i mazurków nikt nie jadł, zapomnieliśmy o porannej przygodzie. Jednak w porze podwieczorku przyjechały dwie panie z sąsiedztwa. Podano wino, mazurki, a potem kawę i … babę. Zosia wniosła na talerzu najpiękniejszą, na widok której obie panie rozpływały się w pochwałach dla gospodyni. Zadowolona z pochwał dla matki Zosia, zręcznym ruchem zapuściła w bok baby ostry nóż. Nagle, o zgrozo, nóż zapadł się w dziurę i złowrogo uderzył o talerz. Trudno opisać ogólne zdumienie, o naszym wstydzie i przerażeniu nie wspominając.

Zosia, bardzo zdziwiona, przestraszona nawet, wzięła babę w ręce, podniosła i oczom wszystkich ukazała się olbrzymia dziura.

– Mamusiu, kto to zrobił? – zapytała.

Matka nawet nie musiała odpowiadać, wystarczyło spojrzeć na nasze miny i czerwoną łunę, która oblała nasze wystraszone oblicza.

– Przynieś Zosiu drugą… Widocznie do salonu w nocy zakradły się jakieś szczury – wyszeptała przez zaciśnięte usta matka.

Zosia chyba zrozumiała o co chodzi, bo wychodząc z pokoju zerknęła złośliwie w naszą stronę. Możecie się domyślić, jak gorąco prosiliśmy Boga, by drugą babą którą Zosia przyniesie nie była ta już przez nas napoczęta. Na szczęście postawiła na stole taką, która była cała. Pokroiła ją pięknie, poczęstowała gości, a potem dyskretnie pochyliła się nad matką i szeptała jej coś ze śmiechem. Widać dziewczyna zbadała baby i wykryła naszą tajemnicę.

Głośnym śmiechem powitano opowiadanie dziadka, który mówił dalej:

– Wkrótce zapomniano o wydłubanych babach … nawet ja sam. Ale nie wszyscy. Bo po dobrych kilku latach, gdy doszedłem już do pełnoletności i otrzymałem pierwszą posadę, zapytałem pewną zarumienioną pannę Zofię, czy nie ma nic przeciwko dzieleniu ze mną wspólnej doli. I otrzymałem odpowiedź, której nie zapomnę nigdy:

– Dobrze i chętnie, ale pod warunkiem, że nie będziesz nigdy wydłubywał środków z poświęconych bab. Obiecaj.

Musiałem obiecać. I dotrzymałem słowa, prawda, babciu?

– Prawda, prawda! Ale po co takie głupstwa opowiadać, i to przy wnuczkach – odparła. A potem wstała od stołu i pilnie zaczęła się krzątać przy święconym, kościstym palcem ocierając ukradkiem spływającą po policzku łzę.

oprac. basz

(na podstawie opowiadania Adama Wydżgi
zamieszczonego w „Polonii” nr 24 z 1926 r.)

 

Okładka Montes nr 79

Okładka Montes nr 79