Kto ukradł zegarki klientów?

Lata pięćdziesiąte XX wieku, mimo politycznego tryumfu władz bezpieczeństwa, wcale nie należały w mieście gwarków do bezpiecznych. Co rusz dochodziło do napadów z bronią w ręku na sklepy, kasy i banki, a sprawców trudno było wykryć nawet wszechwładnej bezpiece

Do znanego w Strzybnicy i okolicznych miejscowościach zegarmistrza Jerzego K. 7 listopada 1955 roku przyszedł klient z zegarkiem do naprawy. Czasomierz, który wcale nie był zepsuty, a jedynie opóźniał trochę wskazywanie dokładnego czasu z powodu rozregulowania mechanizmu, mężczyzna odebrał kilka dni później. Dopytywał się wówczas o możliwość przerobienia kieszonkowego zegarka z łańcuszkiem na zapinany paskiem na rękę. Przedstawił się jako Musiał i podawał, że pochodzi ze Strzybnicy. Miał około 21 lat, był inteligentny, ale małomówny - scharakteryzował później zegarmistrz tajemniczego klienta. Ponownie domniemany Musiał pojawił się w zakładzie zegarmistrzowskim 17 listopada 1955 roku tuż przed jego zamknięciem. Przyniósł ze sobą wspomniany kieszonkowy zegarek. Kiedy rozmawiał z zegarmistrzem do sklepu i zarazem pracowni zegarmistrzowskiej wtargnęło z ulicy dwóch mężczyzn. Uzbrojeni w karabiny automatyczne „M-PI” bandyci zrabowali 43 zegarki, które klienci zostawili do naprawy, o wartości 1350 złotych.

Przestraszonemu zegarmistrzowi udało się wykorzystać chwilę nieuwagi bandytów i wybiec na ulicę, gdzie głośno zaczął wzywać pomocy. Zwabiona hałasem z mieszkania, do pracowni zegarmistrzowskiej weszła żona Jerzego K. Tuż za nią wkroczyła jej szwagierka, która - na swoje nieszczęście - w trakcie napadu przyszła z wizytą. Zaskoczeni bandyci najpierw sterroryzowali kobiety, każąc im położyć się na podłodze, ale zdenerwowani krzykami zegarmistrza otworzyli ogień do leżących kobiet. Żona zegarmistrza postrzelona została niegroźnie w ramię. Poważniej ranna została jej szwagierka. Kula przeszyła na wylot lewą nerkę, przeszła przez jelita i utkwiła w klatce piersiowej w prawym płucu. Po ucieczce około godziny 17,53 bandytów, którzy zbiegli z łupem, ciężko ranna szwagierka trafiła do szpitala.

Błyskawicznie, bo już siedem minut po godzinie 18, na miejscu napadu zjawili się funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa. Posterunki milicji i ubeków ustawione zostały na drogach i dworcach. Mimo natychmiastowej obławy funkcjonariuszom nie udało się ująć rabusiów. Rozpoczęło się żmudne dochodzenie. Zegarmistrz Jerzy K. początkowo rozpoznał na przedstawionych mu fotografiach trzech przestępców, ale po konfrontacji zaprzeczył. Śledczy wytypowali także na potencjalnego sprawce napadu Ryszarda L. , który wrócił niedawno do Polski z Kanady i w dniu rabunku zwolniony z pracy z Organizacji „Służba Polsce”, nie miał stałego źródła utrzymania i przepadł gdzieś bez wieści.

Specjalnie powołana grupa funkcjonariuszy do operacji o kryptonimie „Zegarmistrz” postawiona została wkrótce ponownie na nogi przez Jerzego K. Podczas podróży pociągiem zegarmistrz rozpoznał na peronie w Zawierciu w jednym z pasażerów wspomnianego Musiała. Po zatrzymaniu pasażera, którym był uczeń szkoły zawodowej Jan Cz., zegarmistrz nie potwierdził swojego wcześniejszego rozpoznania. Dlatego funkcjonariusze zaczęli traktować jego informacje jako wątpliwe. Jednak działający nadal śledczy szybko zwrócili uwagę na mieszkańca Poręby Kazimierza B., który u miejscowego zegarmistrza sprzedał zegarek. Podczas rewizji w zakładzie zegarmistrzowskim w Porębie nie znaleziono jednak zegarków skradzionych w Strzybnicy. Sam podejrzany również nie mógł brać udziału w napadzie, był bowiem garbaty, przez co miał ograniczoną sprawność ruchową.

Następne podejrzenia skupiły się na grupie bandytów, która w czerwcu 1955 roku obrabowała kasę Gminnej Spółdzielni w Tworogu. Rabusie mieli podobny wygląd i ubiór jak ci, którzy napadli w listopadzie na zegarmistrza w Strzybnicy. Z zeznań niejakiego Franciszka S. wynikało, że spotkał 10 czerwca 1955 roku dwóch uzbrojonych mężczyzn w lesie pod Strzybnicą. Na ich prośbę przeprowadził ich do Nakła Śląskiego, gdzie na dworcu kolejowym kupili bilety do Katowic. Za przysługę dali mu 700 złotych. Śledczy podejrzewali, że świadek, może mieć kontakt z bandytami, i zlecili jednemu z tajnych agentów jego obserwację. Franciszek S. był jednak świadkiem niezbyt wiarygodnym, gdyż leczył się wcześniej psychiatrycznie w szpitalu w Lublińcu, dzięki czemu jako niepoczytalny uniknął kary za pomaganie bandytom. Kolejnym podejrzanym był Roman M. z Lublińca, u którego milicjanci znaleźli dwa pistolety. Po zbadaniu broni wykluczyli jednak, żeby były używane w napadzie na zegarmistrza. Śledczy podejrzewali, że trzej bandyci, którzy okradli zegarmistrza, już wcześniej dokonali trzech napadów na rzemieślników w Lublińcu, na co wskazywał podobny sposób działania. Najprawdopodobniej na skoki przyjeżdżali z innego województwa, co utrudniało ich schwytanie. Mimo żmudnej pracy i podejmowania wielu tropów, z zachowanych akt wynika, że sprawa o kryptonimie „Zegarmistrz” nie zakończyła się wykryciem sprawców.

Ryszard Bednarczyk

 

Okładka Montes nr 78

Okładka Montes nr 78