Kamienica Feliksa Wróbla

b_200_300_16777215_0___images_stories_montes_78_15-Kamienica-Feliksa.jpg

Kiedy w latach 70. XIX wieku tarnogórski Magistrat wytyczył drogę obwodową, dzięki której można było ominąć wąskie i kręte zaułki starego miasta, na posesjach wzdłuż nowej ulicy Przemysłowej, obecnie Legionów, zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu nowe domy

Dzięki zachowanemu planowi naszkicowanemu w 1878 roku przez mistrza murarskiego Mrowtza wiadomo, że właścicielem parceli przy ulicy Legionów 5 byli spadkobiercy sztygara Langera. W 1888 roku nowy właściciel posesji sztygar Feliks Wróbel zamówił u mistrza murarskiego Ottona Kotzulli projekt niewielkiej kamienicy czynszowej. Skromny budynek z czerwonej cegły, jak większość wznoszonych na uboczu miasta kamieniczek, miał trzy kondygnacje. Wąskie wejście usytuowane zostało w środkowej osi domu. Na parterze znalazły się cztery mieszkania. Trzy składały się z pokoju i kuchni, jedno było dwupokojowe. Podobny układ był na pierwszym piętrze. Na wysokim poddaszu ulokowano dwa strychy i dwa mieszkania, każde miało tylko pokój z kuchnią. Dach kamienicy był płaski, a frontowa elewacja ozdobiona prostymi betonowymi gzymsami i obramowaniami okien. Na podwórzu właściciel nakazał zbudować komórki i ustępy dla lokatorów.

Kanalizację do budynku doprowadziła dopiero w 1931 roku spadkobierczyni sztygara Paulina Wróbel. Na jej wniosek wyremontowana została w 1932 roku elewacja i dach kamieniczki. Po II wojnie światowej czynszowy budynek został skomunalizowany.

W latach 1949-1950 administrator przeprowadził remont zniszczonego słupa przy bramie wjazdowej na podwórko oraz zatkanych kominów. Podczas naprawy doszło do poważnego zanieczyszczenia sadzami mieszkania zajmowanego przez Gertrudę Tomys i jej rodzeństwo. Robotnicy naprawiali komin przy zamkniętej kratce wentylacyjnej w piwnicy. Po wlaniu wody do przewodu oddymiającego lokalu i wrzuceniu gruzu przez otwarte piece do wnętrza mieszkania wpadły tłuste sadze. Franciszek Tomys wynajął rzeczoznawcę Pawła Zyzika, który wycenił szkody na 21,5 tys. zł. Do malowania nadawały się zaczadzone ściany, do prania pościel i bielizna. Meble trzeba było wyczyścić ługiem sodowym i ponownie polakierować politurą. Mimo to zarządca wcale nie zamierzał pokrywać strat. Specjalna komisja orzekła, że sadze przedostały się przez przepalone i zniszczone płyty pieca. Z kolei w sypialni otwór do komina zasłonięty był papierem, dlatego zapyliło mieszkanie sadzami. Lokatorzy musieli sami poradzić sobie z brudem.

Jeszcze zabawniejszy epizod wydarzył się w kamienicy w 1964 roku. Po kontroli sanepid nakazał zamknąć prowadzoną przez jednego z lokatorów hodowlę drobiu. W na pół rozwalonej szopie na podwórzu hodowane były kury i kaczki. Wokół pełno było błota i panował smród, mnożyły się szczury i myszy. Niespodziewanie odwołanie od decyzji sanepidu złożyło dwóch mieszkańców domu. Powołali się na wytyczne Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej nakazujące popierać hodowlę ptactwa. Protesty nie zdały się na nic. Miejski Zarząd Budynków Mieszkalnych polecił zlikwidować szopę i parkan do 15 marca 1955 roku. W tym miejscu urządzono ogródek dla mieszkańców i piaskownicę dla dzieci. Kamieniczka zamieszkana przez lokatorów stoi do dziś.

Ryszard Bednarczyk

 

Okładka Montes nr 78

Okładka Montes nr 78