Chata Tomysa

Dwie stykające się ścianami szczytowymi chaty z dwuspadowymi dachami zbudowane zostały w szczerym polu, tuż za miejskimi opłotkami

Kiedy w latach 70. XIX wieku wytyczona została ulica Przemysłowa, obecna Legionów, otrzymały numery pięć i siedem. Pierwszymi właścicielami posesji wymienionymi w 1880 roku w piśmie do tarnogórskiego Magistratu przez mistrza murarskiego Andrzeja Goerke byli Hampel i Poschpiech. Wyższa piętrowa chałupa z przelotową sienią i schodami na poddasze miała w sumie 11 pomieszczeń i 20 lat później należała już do Johanna Schnapki. Przylegająca do niej parterowa chata była własnością Karla Wańka. Na parterze niższego domu znajdował się pokój z kuchnią a z drugiej strony przelotowej sieni ze schodami na poddasze były trzy pokoje z kuchnią. Obydwaj właściciele wspólnie w 1900 roku zaangażowali Henryka Piszczka, znanego w mieście gwarków mistrza murarskiego, do wybudowania na podwórzu kilku parterowych komórek na węgiel i ustępu z dwoma otworami oraz piętrowego chlewu z przylegającymi mieszkalnym pokojem i kuchnią. W 1903 roku zabudowania kupił Wilhelm Sornik i na jego zlecenie Henryk Pisczek postawił na podwórku szopę na wozy.

W okresie międzywojennym właścicielem posesji został Jan Michalski i obydwie chaty miały numer siedem. W 1931 roku Andrzej Szolin wykonał projekt skanalizowania obydwu chat, ale z powodu kłopotów finansowych właściciela odwodnienie nie zostało wybudowane. Brak pieniędzy spowodowany był między innymi trudnościami ze ściągnięciem czynszu od pięciu lokatorów, którym wynajmował mieszkania w budynkach. Ich zaległości wynosiły 40 złotych. Przy czym – jak skarżył się w 1935 roku Jan Michalski do Magistratu – jeden z najemców Józef Kała nie płacił za mieszkanie złośliwie, bowiem „jako emerytowany kierownik pociągu pobierał ze strony niemieckiej 300 zł emerytury”. Kiedy posesję przejął Jan Tomys, władze miasta ponownie nakazały w maju 1939 roku zainstalować w chatach kanalizację. Mimo odwodnienia budowli nie skończyły się problemy gospodarza, tym razem z ubikacjami, co związane było z jego profesją.

Jan Tomys był bowiem rolnikiem. Posiadał w chlewie trzy krowy, dwie owce, świnie i konia. Dlatego zajął w oficynie pokój z kuchnią sąsiadujący z chlewem dla hodowli zwierząt. Natomiast na strychu chaty zrobił spichlerz, gdzie przechowywał około 500 kg ziarna. Stało się to powodem skargi skierowanej w 1950 roku przez jednego z lokatorów do Magistratu. Mieszkaniec narzekał na brak poręczy na schodach oraz zniszczone brudne ustępy z kloaką na podwórzu, z których musiał korzystać, bo gospodarz nie zezwalał na użytkowanie skanalizowanych ubikacji w domu. Lokator obawiał się także, że belki stropu nie wytrzymają nadmiernego obciążenia strychu przez ziarno. Pod ciężarem węgla zawalił się już murek oporowy na podwórzu. Urzędnicy po kontroli przyznali rację lokatorowi i nakazali Janowi Tomysowi wyremontować zabudowania i udostępnić sanitariaty. Gospodarz jednak niewiele sobie robił z urzędowych zaleceń. Chociaż w latach 1950-1951 pisał wnioski o sprzedaż cementu, papy, lepiku i tarcicy, co znaczyło, że remontował budynki.

Na oryginalny pomysł wpadł właściciel posesji w 1959 roku. Postanowił wybudować na podwórzu i ogrodzie garaże. Architekt Wiktor Porc opracował nawet projekt ceglanego budynku z pięcioma garażami. W każdym znajdował się kanał do napraw samochodów. Inwestycja ostatecznie nie została zrealizowana. Opuszczone w latach 70. XX wieku chaty zburzone zostały dopiero ponad 20 lat później. Obecnie znajduje się tam pusty plac.

Paweł Bednarek

 

Okładka Montes nr 77

Okładka Montes nr 77