Cmentarna płaczka

Fragment Bahnhofstrasse (obecnie  ul. Marszałka Józefa Piłsudskiego). Po prawej stronie fragment muru cmentarza ewangelickiego, około 1942r. Ze zbiorów Muzeum w Tarnowskich Górach
Fragment Bahnhofstrasse (obecnie ul. Marszałka Józefa Piłsudskiego). Po prawej stronie fragment muru cmentarza ewangelickiego, około 1942r. Ze zbiorów Muzeum w Tarnowskich Górach

Zwycięskie opowiadanie konkursu „OPOWIADANIA TARNOGÓRSKIE 2015”

Mur był gruby i solidny z czerwonej cegły. Szczelnie zakrywał wszystko to, co znajdowało się po drugiej stronie. Budowniczowie muru jakby przewidzieli, że kiedyś wiele ludzkich oczu będzie chciało zobaczyć groby otoczone przez ceglane ogrodzenie. A rąbka tajemnicy można było jedynie uchylić, gdy stanęło się naprzeciwko kutej w żelazie bramy i maleńkiej furtki w środku. Zakręcone fantazyjnie pręty nie przesłaniały widoku kamiennych nagrobków, schludnych alejek oraz wiekowych drzew ocieniających cmentarz.

Kiedy na początku XIX wieku postawiono ten czerwony mur, który opasywał groby, to miejsce znajdowało się jeszcze daleko za opłotkami miasta. Dopiero budowa linii kolejowej sprawiła, że wyboista polna droga obok cmentarza stała się jedną z głównych ulic miasta prowadzącą do dworca kolejowego. Wokół wyrosły nowe kamienice, obok ogromny budynek gimnazjum. Za nekropolią pobudowano gazownię z olbrzymim zbiornikiem gazu. Tuż obok cmentarnego muru przebiegał brukowany płytami wąski chodnik. Tak to po stu latach żywi podążyli za zmarłymi, naruszając ich wieczny odpoczynek. Ale najgorsze jeszcze miało nastąpić.

Masywny mur z czerwonej cegły w centrum miasta zainteresował mnie, gdy byłem zaledwie kilkuletnim chłopcem. Często przychodziłem w letnie upalne dni posiedzieć z rodzicami lub kolegami na ławkach w cieniu drzew na skwerze sąsiadującym z ewangelickim cmentarzem. Zawsze z ciekawością zerkałem na mur przesłaniający widok na gimnazjum. Kiedyś nawet wszedłem na piętro budynku poczty naprzeciwko skweru, żeby dojrzeć, co kryje się dokładnie za cmentarnym murem, ale gęste korony ponad stuletnich drzew zasłaniały wszystko. Od tej pory za wszelką cenę starałem się dostrzec choćby skrawek terenu ogrodzony przez potężny mur.

Pytałem nawet matki, jak wygląda za murem. – Cmentarz jak każdy inny, nagrobki, kwiatki i alejki. Poza tym wszechobecny zapach śmierci. Nic ciekawego, moje dziecko – zaspakajała moją ciekawość matka. Jej odpowiedź wbrew logice jeszcze bardziej pobudzała moją ciekawość. Za wszelką cenę chciałem ujrzeć, choćby kawałek miejsca za murem. O wejściu do środka nawet nie można było marzyć. Kuta z żeliwnych prętów brama była stale zamknięta. Nawet na małej furtce stale wisiała ogromna kłódka z łańcuchem.

To były już czasy, gdy na ewangelickim cmentarzu nikogo już nie grzebano. W stronę bramy nie podążały żadne kondukty. A to dlatego że w mieście nie było już ewangelików. Może ostało się ich ze stu, reszta uciekła jeszcze przed zakończeniem najstraszliwszej wojny XX wieku. Ewangelicy w większości byli Niemcami i uchodzili z Tarnowskich Gór przed sowiecką nawałą, obawiając się gwałtów i rabunków, a może i śmierci z rąk czerwonoarmistów. Opustoszał nawet duży kościół ewangelicki przy tarnogórskim rynku, a kiedyś podążały do niego tłumy wyznawców tez Marcina Lutra. Jedynie od wielkiego święta rozbrzmiewały dzwony na wieży kościoła i w świątyni tliło się mizerne światło, gdy dla nielicznych wiernych przyjezdny pastor odprawiał nabożeństwo.

Mimo to kiedyś udało mi się stanąć naprzeciwko żeliwnej bramy cmentarza. Prześwit między prętami był na tyle duży, że bez trudu włożyłem tam moją niewielką dziecięcą głowę i mogłem nasycić wzrok widokiem grobów, kwiatów i chwastów porastających sporą część cmentarza. Od tej pory przestało mnie korcić to, co działo się za cmentarnym murem. Moja matka miała rację, mówiąc o wszechwładnym zapachu śmierci, który potęgowały zwłaszcza chwasty porastające mogiły.

I być może zapomniałbym o tajemnicy kryjącej się za murem, która przestała być tajemnicą, gdyby nie ta kobieta. Widywałem ją dosyć często już wcześniej. Zawsze ubrana na czarno z polewaczką i grabkami w ręce wyglądała jak setki wdów podążających na tarnogórskie cmentarze. Na głowie zawsze nosiła ciemny filcowy damski kapelusz, spod którego wystawały długie kosmyki siwych włosów. W chłodniejsze dni ubrana była w czarny lub granatowy kostium, w upał nosiła ciemną bluzkę z rękawami do łokci. Jej półbuty na masywnych obcasach wystukiwały nieregularny rytm, jakby koń człapał po bruku. W zimie przed mrozem chroniły ją czarne palto obramowane futrzanym kołnierzem i czapa z futra ciemnego zwierzęcia. Od jej stroju odbijały kolorem zieleni jedynie grabki i polewaczka.

Jakież ogromne było moje zaskoczenie, gdy któregoś dnia spostrzegłem, że ta kobieta w żałobie staje przed żeliwną bramą ewangelickiego cmentarza. Na chodniku postawiła polewaczkę i grabki. Z kieszeni żakietu wydobyła masywny żeliwny klucz i włożyła w zamek bramy. Przekręciła klucz w zamku bez oporu. Nie rozległ się nawet zgrzyt zardzewiałego mechanizmu, widać ktoś na bieżąco smarował oliwą zamek. Kobieta ręką pchnęła bramę, która lekko uchyliła się, tocząc się na kółkach po szynach wkopanych w ziemię. Potem wzięła polewaczkę z grabkami i zamknęła bramę od wewnątrz cmentarza.

Przez chwilę chciałem nawet wbiec niepostrzeżenie za kobietą na nekropolię, jednak byłem zbyt daleko i bez szans dobiegnięcia w porę do bramy. Patrzałem jedynie za kobietą, jak idzie wolno alejką i wreszcie przystaje nad jednym z grobów. Potem pochyliła się nad mogiłą i grabkami spulchniała ziemię między kwiatkami, wyrywała pleniące się chwasty. Na koniec polewała wodą spragnioną wilgoci cmentarną ziemię. Z daleka dostrzegłem tylko, że niewiele było tak zadbanych grobów, jak ten przy którym stała kobieta w czerni.

Później długo nie spotykałem czarnej wdowy z ewangelickiego cmentarza. Z wiekiem uleciało gdzieś ze mnie zauroczenie tym miejscem. Zainteresowałem się sprawami bardziej przyziemnymi, grą w piłkę bądź podszczypywaniem szkolnych koleżanek po lekcjach. Ceglany mur stał się jednym z obojętnych detali w pejzażu miasta. Do czasu.

Któregoś dnia, szalenie krótkiego, gdy ciemność zapada już nieomal po obiedzie, wracałem do domu z sali gimnastycznej, gdzie graliśmy po lekcjach w koszykówkę. Nawet nie zwróciłem uwagi na to, że idę chodnikiem wzdłuż cmentarnego muru. Cień rzucany przez mur skłonił mnie nawet do przyspieszenia kroku, żeby prędzej znaleźć się w świetle ulicznych latarń rozbłyskujących na pobliskim skwerze.

Wtedy z mroku wyłoniła się właśnie ona, kobieta w czerni. Nie bacząc na kocie łby, zmierzała pewnie swoją drogą w stronę cmentarnej bramy. Luźne grabki postukiwały o polewaczkę w rytm jej kroków i towarzyszyły stukotowi obcasów jej podkutych butów. Kiedy minęła mnie bez słowa, nagły odruch nakazał mi zawrócić i pójść za nią. Skradałem się za nią niczym kot na łowach, starając się nie spłoszyć jej zbędnym dźwiękiem czy ruchem. Przyczaiłem się w cieniu rzucanym za mur przez cmentarne wysokie drzewo, gdy kobieta zatrzymała się przy bramie i chwilę mocowała się z zamkiem. O dziwo tym razem nie zatrzasnęła za sobą żeliwnych skrzydeł bramy, jakby była pewna tego, że nikt poza nią nie wejdzie na opuszczony cmentarz po zmroku.

Była to dla mnie nieoczekiwana okazja do zaspokojenia ciekawości z lat dzieciństwa. Na powrót odezwały się we mnie mroczne dążenia do odkrycia tajemnicy, którą kryje cmentarny mur. Ostrożnie i z duszą na ramieniu przekroczyłem próg cmentarza. Nawet nie musiałem otwierać bramy, bo wystarczyła mi niewielka szczelina między uchylonymi skrzydłami, żeby prześliznąć się na cmentarną alejkę. Zaraz za bramą owionął mnie dziwny chłód bijący z ziemi czy może promieniujący z chwastów i bluszczów okalających groby zielonymi koronami. Ciemność stała się jeszcze większa niż na chodniku pod murem. Z trudem dostrzegałem kobietę śmiało zmierzającą do swojego grobu przez cmentarne mroki. O jej obecności świadczyło jedynie postukiwanie grabek o polewaczkę, bo gruntowa alejka skutecznie tłumiła stukot obcasów.

Kiedy kobieta w czerni zatrzymała się nad mogiłą i rozpoczęła znany mi rytuał użyźniania ziemi na grobie, przystanąłem i ja. Wokół czerniały wystające z ziemi granitowe nagrobki. Tablice z nazwiskami były tak niewyraźne, że litery rozmazywały się w ciemne plamy. Wysokie drzewa szumiały niespokojnie jakby oburzone, że ktoś zakłócił święty spokój umarłym. Z dala widać było jeden, nieco większy nagrobek w kształcie sześcianu, na którym pomimo ciemności błyszczały wykute i posrebrzone narzędzia, skrzyżowane pyrlik i żelazko. Widać w ziemi spoczął tu jakiś ważny urzędnik górniczy, których wielu mieszkało w mieście gwarków. Przez chwilę miałem nawet wrażenie, że ktoś wpatruje się we mnie natarczywym wzrokiem. Spłoszył mnie nagły szelest z boku alejki. Zanim odkryłem, że to jakiś ptaszek, który zagnieździł się na cmentarzu, przebudzony nagłym najściem ludzi wyfrunął w górę, już biegłem z łomotem serca do cmentarnej bramy, jaśniejącej jedynym świetlistym punktem na cmentarzu. Ze strachu nawet nie zauważyłem, jak kobieta w czerni odrywa się od plewienia chwastów i zdziwiona patrzy w perspektywę alejki, którą przerażony uciekałem ze świata umarłych do życia tętniącego na ulicy za murem.

To przeżycie śmiertelnego przerażenia na ewangelickim cmentarzu sprawiło, że nawet nie zmartwiłem się tym, że ekipa robotników zaczęła któregoś dnia burzyć nagrobki za murem cmentarza. Nawet bez zbytniej ciekawości zerkałem przez otwartą na oścież bramę do środka cmentarza. Widziałem, jak wywożą ciężarówkami granitowe nagrobki. Pewnie jakiś okoliczny kamieniarz zrobił z nich kolejne pomniki czyichś śmierci, zarabiając przy tym nieźle. Podobno wzbogacili się także pracownicy ekshumujący zwłoki, bo co rusz napotykali w spróchniałych trumnach na biżuterię nieboszczyków. Tak przynajmniej plotkowano w mieście, ale prawdy w tym tyle, ile w każdej plotce. Na koniec rozwalono ceglany mur. Stawiał najwięcej oporu, jakby nadal chciał strzec spokoju umarłych i tajemnicy miejsca.

Kiedy z resztek muru zrobiono podmurówkę, przeczytałem w miejscowej gazecie, że zamiast cmentarza w centrum miasta powstanie nowy skwer. Po prostu powiększono już istniejący skwerek naprzeciwko poczty.

Jednak granica między nimi zachowała się. Po przekroczeniu podmurówki wkraczało się w inny świat. Ziemia do niedawna święta była ciemniejsza, trawa bardziej soczysta, drzewa, kiedyś szumiące żałobne pieśni nad grobami, bardziej dorodne. Bywało nawet, że od czasu do czasu ktoś alarmował miejskie służby o czaszce wystającej z trawy lub piszczelach sterczących na alejkach nowego skweru. Ekshumacji dokonano byle jak i niedokładnie. Wyszło to na jaw, gdy w sąsiedztwie byłego cmentarza kopano fundamenty pod budowę hali targowej. Robotnicy odkryli kilka szkieletów w ziemi ułożonych w rzędzie jak mogiły na cmentarzu. Tym razem szczątki ekshumowano już z całym szacunkiem i urzędniczym ceremoniałem sanitarnym, grzebiąc w innym miejscu na poświęconej ziemi.

Tak powinna zakończyć się historia zlikwidowania ewangelickiego cmentarza. Byłoby to najlepsze rozwiązanie i uwolnienie ludzkich sumień od winy za to, że ze względów sanitarnych i estetycznych zrównali groby z ziemią. Jednak ludzka pamięć zawsze wymyka się racjonalnym rozstrzygnięciom. To właśnie pomyślałem, gdy w tłumie ludzi zmierzających przez skwer na zakupy do hali targowej, ujrzałem któregoś dnia kobietę w czerni. Byłem już na tyle dorosły, że nie odczuwałem potrzeby zgłębiania mrocznych cmentarnych tajemnic. Na dnie pamięci drzemało jedynie przypomnienie owej strasznej nocy, gdy podążyłem za czarną wdową w mrok cmentarza. Reszta porządku świata układała mi się racjonalny ład. Żyjemy i umieramy, potem nas grzebią i nadchodzi zapomnienie, ileż istnień ludzkich rozsypało się w pył oraz pamięć po nich.

Mimo to widok kobiety ubranej na czarno z grabkami i polewaczką w ręce przykuł moją uwagę. Nagłe szarpnięcie w sercu obudziło we mnie przeżycia z lat dzieciństwa.

- To ona – pomyślałem. Ten sam krok. Taki sam ubiór. Nawet polewaczka i grabki identyczne. – Dokąd ona idzie? – zastanawiałem się.

I nagle ujrzałem kobietę stojącą w tym samym miejscu skweru, na którym kiedyś znajdował się porządkowany przez nią grób. Stała w milczeniu i przyglądała się z niedowierzaniem w to miejsce. Niespokojnie rozglądała się wokół. Obojętnie omijała wzrokiem przechodniów. Jej spojrzenie zatrzymało się dopiero na mnie. Wpatrywała się we mnie skamieniałym wzrokiem, jakby chciała mi powiedzieć: Widzisz chłopcze, co się stało. Ty jeden mnie rozumiesz w tym obojętnym tłumie.

Najserdeczniej, jak umiałem, oddawałem jej wzrokiem wyrazy współczucia. Wytrzymałem ciężar jej spojrzenia i bólu. Jednak za nic nie mogę sobie przypomnieć koloru jej oczu czy rysów twarzy. Pamiętam jedynie sieć zmarszczek rozlewających się na twarzy. Nie wiem, jak długo trwaliśmy tak zastygli nieruchomo w gęstwinie przechodniów. Byłem tak zaskoczony spotkaniem, że nie zauważyłem nawet, kiedy kobieta w czerni ruszyła się z miejsca. Zanim podążyłem za nią, żeby wreszcie dowiedzieć się kim jest i zamienić choćby parę zdawkowych uprzejmych słów, znikła w tłumie, kłębiącym się w drzwiach targowej hali. Przepchnąłem się do wejścia i gorączkowo rozglądałem się za jej czarnym kapeluszem, zielonkawą polewaczką. Nasłuchiwałem charakterystycznego stukotu jej obcasów, ale wszystko zagłuszał szum ludzi robiących w hali zakupy.

Rozpychając się wśród ludzi, przebiegłem wszystkie stoiska. Zajrzałem nawet do ubikacji i baru, ale nigdzie jej nie było. Tak jakby spotkanie z nią odbyło się tylko w mojej wyobraźni. Musiałem mieć w oczach wyraz obłędu, bo ludzie spoglądali na mnie z dziwnym zaciekawieniem.

Zawstydzony czym prędzej opuściłem halę. Na skwerku panował umiarkowany ruch. Spacerowicze leniwie dreptali po alejkach. Na ławkach odpoczywało kilku emerytów. Zwykły świat, w który musiałem się zanurzyć, żeby wrócić do normalnego toku mojego ustabilizowanego życia. Wtedy też pomyślałem, że to nie mogła być ona, kobieta w czerni, bo musiałaby mieć o wiele więcej lat. A ludzie tak długo nie żyją. Choć pewny nie jestem tego nawet dzisiaj.

Ryszard Bednarczyk

 

Okładka Montes nr 77

Okładka Montes nr 77