Przemytnik czy obrońca polskich granic?

Polski oddział straży granicznej. Tarnowskie Góry - Osada Jana ul. Stroma. Fot.: ze zbiorów Mariana Stawińskiego
Polski oddział straży granicznej. Tarnowskie Góry - Osada Jana ul. Stroma. Fot.: ze zbiorów Mariana Stawińskiego

Zamieszkały w mieście gwarków międzywojenny oficer wywiadu mógłby uchodzić za bohatera wojennego i patriotę, ale zgubiło go życie ponad stan. Z powodu długów zajął się przemytem towarów przez granicę, której oficjalnie strzegł przed szmuglerami

Marian B. urodził się 8 września 1897 r. w Gorlicach, powiat krakowski. Do 10. roku życia był uczniem podstawówki w rodzinnym mieście. Później uczęszczał do gimnazjum, ale w zdaniu matury przeszkodził mu wybuch I wojny światowej. Już w 1914 r. wstąpił w Krakowie do Legionów Polskich. Po wojskowym przeszkoleniu trafił na front do Besarabii, gdzie w maju 1915 r. został ranny. Kilka miesięcy leczył się w różnych szpitalach. Po wyzdrowieniu ponownie wysłany został do wojsk austriackich walczących z Rosjanami na Wschodzie. W 1918 r. ponownie został ranny w pociągu pancernym na Ukrainie. Po dwuletniej kuracji wysłany został, tym razem jako polski wywiadowca na Górny Śląsk. Obserwował i raportował dowództwu o działaniach niemieckiej Straży Granicznej do 1921 r., kiedy to został dowódcą Powiatowej Komendy Uzupełnień. Ale nie na długo, bo zwolniony ze służby podjął przerwaną naukę w gimnazjum w Święcianach, koło Wilna. Już ze świadectwem maturalnym ponownie został oficerem dywizji generała Żeligowskiego. Pod dowództwem gen. Stanisława Bułak-Bałachowicza walczył pod Pińskiem. Zdemobilizowany podjął pracę nauczyciela podstawówki w Zamościu. Od 1924 r. do 1926 r. był nauczycielem w Dzisnej koło Wilna.

Z przemytnikami za pan brat

Wreszcie wstąpił do 16. Batalionu Korpusu Ochrony Pogranicza, gdzie ukończył kurs wywiadowcy. Pomogło mu to zostać w lipcu 1930 r. zastępcą dowódcy Straży Granicznej w Tarnowskich Górach. Zajmował się sprawami wywiadowczymi. Do jego obowiązków należały nie tylko obserwacja przemytników i kontakt z konfidentami ale także zbieranie informacji o niemieckich zbrojeniach oraz działalności niemieckiej policji kryminalnej i politycznej.

Za pracę otrzymywał 260 zł miesięcznej pensji.

Jednak pieniądze te nie wystarczały mu na wystawne życie, jakie prowadził w mieście gwarków wraz z poślubioną w 1921 r. w Warszawie o 5 lat młodszą Seweryną.

Ta rodowita warszawianka, pochodząca z dość zamożnej rodziny artystów, kamieniczników i wojskowych przyzwyczajona była do luksusów. W dodatku na utrzymaniu mieli troje dzieci. Małżonkowie szybko popadli w długi. Niektóre pożyczki zabezpieczone były wekslami. Kiedy zadłużenie sięgnęło 1,5 tys. zł Marian i Seweryna B. musieli zwracać sprzedawcom tyle co zakupione meble. Właśnie brak gotówki skłonił dotychczasowego bohaterskiego obrońcę polskich granic, kapitana odznaczonego medalami za odwagę, do łamania prawa.

A okazji do zejścia na przemytniczą ścieżkę miał wiele. Codziennie stykał się ze szmuglerami i donosicielami oraz widział, jak łatwo można zdobyć gotówkę na nielegalnym przenoszeniu towarów przez polsko-niemiecką granicę. Te znajomości służbowe skusiły go do nielegalnej współpracy z przestępcami.

Początkowo za przymknięcie oczu na szmugiel zaczął inkasować połowę przemytniczego zysku. Później zaczął inwestować pieniądze w zakup przemycanych towarów. Wreszcie sam od stycznia 1932 r. przechodził przez zieloną granicę do Bytomia, skąd przenosił zakupiony towar. Wraz z rozwojem nielegalnego procederu wzrastał strach Mariana B. przed szantażem, wpadką czy nawet zastrzeleniem na granicy.

Niepoczytalny agent czy spryciarz

Ale w prawdziwe kłopoty wplątał się dopiero po spotkaniu na naradzie w tarnogórskim biurze Straży Granicznej niejakiego Schindlera, tajnego agenta wywiadu działającego w Niemczech. Marian B. już wcześniej robił ciemne interesy z tym mieszkającym w Bytomiu szpiegiem, trudniącym się także przemytem. Powierzył mu nawet kiedyś 850 zł na zorganizowanie szmuglu. Na naradzie celnik dowiedział się, że agent i przemytnik w jednej osobie zdobywał informacje o działalności Reichswehry, za co nawet otrzymał 2 tys. zł nagrody od dowództwa polskiego wywiadu. Na spotkaniu komisarz Włodzimierz Krogulski, dowódca Straży Granicznej w Tarnowskich Górach, w porozumieniu z dowódcami policji politycznej i wywiadu zaplanowali akcję uzyskania od Schindlera wiadomości o nowym niemieckim pocisku przeciwpancernym oraz listy niemieckich agentów w Polsce oraz polskich dezerterów w Niemczech. Przy okazji Włodzimierz Krogulski z Marianem B. zamierzali podczas tej akcji przemycić do Niemiec motocykl, który kiedyś kupili do spółki w Bytomiu i po nielegalnym sprowadzeniu do Polski nie mogli go zarejestrować. Dlatego chcieli go spieniężyć za granicą.

Marian B. w związku z tą na pół legalną operacją wywiadowczą przekroczył rano 5 maja 1932 r. granicę w Miechowicach. Przez cały dzień rozpoznawał przemytnicze drogi pomiędzy Miechowicami, Stolarzowicami i Tworogiem i robił ich szkice. Wszedł nawet do jednej z kawiarń, gdzie mimo słabej znajomości niemieckiego wdawał się pogawędki z gośćmi, zdobywając adresy firm, gdzie można nabyć tani towar. Robił to po części z zawodowego obowiązku a także z myślą o szmuglu. W nocy koło przejścia w Reptach Śląskich spotkał się z oficerem wywiadu z Królewskiej Huty, który miał uczestniczyć w operacji. Niestety na miejsce zbiórki nie dotarł Włodzimierz Krogulski z motocyklem – ku rozżaleniu Mariana B., który liczył na odzyskanie pieniędzy zainwestowanych w kupno motoru. Wywiadowcy po dłuższym oczekiwaniu rozstali się po północy. Spotkali się nazajutrz na promenadzie w Bytomiu, gdzie dowiedzieli się, że Schindler został aresztowany przez niemiecką policję. Zgodnie z instrukcją wywiadowca „dwójki” ruszył w stronę zielonej granicy. Natomiast Marian B. przekonany, że odnajdzie Schindlera i przejmie od niego ważne informacje, poszedł do kamienicy przy Krakauerstrasse 33, gdzie nie znalazł nazwiska agenta w spisie lokatorów. Domowy stróż potwierdził, że Schindler nie mieszkał pod tym adresem.

Marian B. postanowił wracać do Polski. Około godziny 18 próbował przekroczyć granicę w Miechowicach, ale spłoszyła go grupa niemieckich strażników. Nie wiadomo dlaczego wtedy zamiast przeczekać albo przejść w innym miejscu, zgłosił się pół godziny później do niemieckiego policjanta dyżurującego w Karbiu i poprosił o aresztowanie. Policjant początkowo potraktował Marian B. jako człowieka niespełna rozumu. Jednak po dalszych naleganiach polskiego wywiadowcy zaprowadził go na posterunek, gdzie został przesłuchany. Marian B. bez ogródek oznajmił, że przekroczył zieloną granicę, żeby poznać, w jakich firmach zaopatrują się polscy przemytnicy, oraz sprawdzić losy dezerterów. Dopiero po rewizji osobistej zdumieni stróże niemieckiego prawa uwierzyli w opowieści celnika, gdy znaleźli przy nim, paszport, legitymację służbową, szkice i inne dokumenty.


Straceńcza gra za kratami

Po przewiezieniu do aresztu w Bytomiu celnik wysyłał – przechwytywane przez władze więzienne - dziwne listy do znajomych, w których prosił, żeby nie uważali go za zdrajcę. Poinformował o posiadaniu ważnych informacji wywiadowczych polskiego konsula we Wrocławiu oraz swojego szefa Włodzimierza Krogulskiego. Pisał także do żony. Jednak przesłuchiwany przez Niemców zaprzeczał, jakoby miał istotne materiały wywiadowcze. Wyjaśniał, że blefował, żeby w Polsce nie uznano go za zdrajcę.

Niemiecki sąd we Wrocławiu nie dał wiary opowieściom Mariana B. Sędziowie uznali, że gdyby miał istotne dla wywiadu informacje, nie oddałby się w ręce niemieckiej policji, tylko dostarczył je polskim zwierzchnikom. Według rozumowania prawników zagrożony w Polsce karą za szmugiel i zadłużony po uszy Marian B. – po nieudanej pod pozorem uzyskania tajnych dokumentów próbie przemytu na większą skalę, który umożliwiłby mu spłatę długów - dał się zamknąć, żeby uchodzić za pracownika wywiadu aresztowanego z powodu posiadania ważnych materiałów wywiadowczych. Liczył na małą karę i wymianę za innego szpiega niemieckiego oraz powrót w glorii męczennika, który nie zdradził – mimo gehenny - państwowych tajemnic. Niestety przeliczył się. Sąd skazał go 28 października 1932 r. za nielegalne przekroczenie granicy i zbieranie informacji wywiadowczych w Rzeszy na 3 lata i miesiąc więzienia oraz zapłatę kosztów postępowania. Karę odsiadywał w więzieniu w Brzegu.

Po przystosowaniu się do warunków więziennych Marian B. podjął ponownie akcję wybielania własnej działalności. Zasypywał listami polskie władze, zapewniając o wypełnieniu wywiadowczej misji i licząc na wymianę za jakiegoś niemieckiego agenta zapuszkowanego w II Rzeczypospolitej. Żeby rozpoznać sprawę, jeden z pracowników polskiego konsulatu we Wrocławiu, za zgodą komendanta więzienia w Brzegu, spotkał się nawet z wywiadowcą w ramach normalnych odwiedzin. Na żądanie dyrektora aresztu rozmowa, której przysłuchiwał się niemiecki urzędnik, miała być prowadzona w języku niemieckim. Ale Marian B. aż trzy razy przechodził ze słabo mu znanego niemieckiego na polski, co skończyło się - po wcześniejszych ostrzeżeniach niemieckiego strażnika - przerwaniem rozmowy z konsulem. Abwehra wrocławska, która od początku interesowała się sprawą Mariana B., w pełni poparła postępowanie władz więzienia i przejęła nadzór nad jego pobytem za kratami. Dzięki kontroli korespondencji do R P i konsulatu polskiego we Wrocławiu niemiecka bezpieka szybko odkryła, że Marian B. z pomocą szefa zakładu więziennego produkującego buty wysyła grypsy do polskich władz. Za to kolejne przestępstwo celnik skazany został 2 czerwca 1934 r. na dalsze 5 lat więzienia. Miał perspektywę wyjścia na wolność dopiero w 1940 r. W dodatku na wszelkie próby polskich władz wymiany Mariana B. na innego niemieckiego agenta Abwehra odpowiadała negatywnie. Niemiecki wywiad obawiał się, że celnik jednak ma jakieś tajne informacje i przekaże je Polakom. Poza tym liczył, że po dłuższej odsiadce celnik załamie się i w końcu opowie prawdę.

Pozornie Marian B. pogodził się ze swoim losem i spokojnie odsiadywał wyrok. Badania lekarskie przeprowadzane przez więziennego lekarza nie wskazywały na zbliżającą się tragedię. Rankiem 21 listopada 1934 r. klawisz podczas obchodu znalazł celnika powieszonego na szelkach od spodni do rury kanalizacyjnej pod sufitem celi. Pomimo reanimacji wezwanemu lekarzowi nie udało się uratować więźnia, który nie żył już od 4 godzin. Po oględzinach celi prokurator uznał, że Marian B. popełnił samobójstwo. Niemiecki prawnik zasugerował także, iż załamał się na wieść o pozostawieniu go samemu sobie przez polskie władze. O śmierci celnika powiadomione zostało ministerstwo sprawiedliwości Rzeszy. Na temat samobójstwa Marian B. w lutym 1935 r. polska ambasada w Berlinie wymieniła jeszcze dyplomatyczne noty z niemieckim urzędem do spraw zagranicznych.

Wdowa po wywiadowcy wraz z trojgiem dzieci do 1939 r. przebywała w Tarnowskich Górach, gdzie zajmowała się handlem. Z obawy przed represjami okupację spędziła w Warszawie. Do miasta gwarków powróciła w 1945 r. i wtedy sprowadziła do Polski szczątki ciała męża. Pogrzebała je w rodzinnym grobie na tarnogórskim cmentarzu.

Paweł Ryś

 

Okładka Montes nr 72

Okładka Montes nr 72