Autodorożki jeździły całą dobę

Konna taksówka w początkach XX w. na ulicy Bytomskiej. Pocztówka ze zbiorów Ireny i Romana Gatys
Konna taksówka w początkach XX w. na ulicy Bytomskiej. Pocztówka ze zbiorów Ireny i Romana Gatys

W międzywojennych Tarnowskich Górach taksówkarze oczekiwali na pasażerów przed dworcem kolejowym, przy placu Wolności i na Rynku, skąd docierali w każdy zakątek miasta. Jednak uczciwość taryfiarzy pozostawiała wiele do życzenia.

Dentysta Wilhelm Berger przyjechał pociągiem z Bytomia do Tarnowskich Gór około godziny 8 rano 27 września 1931 roku. Z powodu padającego deszczu zamiast pójść, razem z ośmioletnią córką, piechotą do mieszkania przy ulicy Krakowskiej 16, wsiadł przed dworcem kolejowym do taksówki. Za krótki kurs szofer zażądał 2 złotych. Kiedy dentysta zakwestionował opłatę, taksówkarz odpowiedział: - Motor musiałem puścić w ruch, więc należy mi się tyle. Oburzony stomatolog zapłacił, ale następnego dnia napisał skargę do Magistratu: „W Katowicach bym zapłacił najwyżej 1 złoty. Mogę tam stwierdzić według zegara, ile się należy, nie jestem zależny od łaski szofera” – narzekał Wilhelm Berger.

Po sprawdzeniu, że w Tarnowskich Górach taksówka, którą podróżował dentysta, należała do Alfonsa Kalyty, urodzonego w Reptach Nowych 23 listopada 1906 roku, urzędnicy zażądali wyjaśnień od taksówkarza. Alfons Kalyta, z zawodu kowal, samochód osobowy kupił na kredyt i po ukończeniu kursu kierowców w Katowicach w 1930 roku otrzymał w tarnogórskim Ratuszu licencję na przewozy taksówką. Na zarzuty Magistratu odpisał, że: „Nie stać go na taksometr”. Poprosił także o podanie taryfy, ile ma brać za przejechanie taksówką kilometra. Skarga dentysty sprawiła, że nieuczciwy taksówkarz najpierw przestał zabierać pasażerów z postoju przed dworcem a po opuszczeniu terenu miasta przewoził klientów jedynie na zamówienie, aby ostatecznie stracić prawo do przewozu osób.

Alfons Kalyta nie był jedynym taksówkarzem, który w okresie międzywojennym stracił koncesję. Jeszcze gorzej nieprzestrzeganie przepisów zakończyło się dla Wiktora Klamy. Urodzony 20 grudnia 1898 roku w Boruszowicach jako syn chałupnika, wyuczył się zawodu ślusarza w Strzelcach. Na rok przed zakończeniem I wojny światowej wcielony został do niemieckiej armii. Po demobilizacji pracował jako ślusarz w Bytomiu i Gliwicach aż do wybuchu III powstania śląskiego, w którym walczył po stronie polskiej. Później 6 lat był kierowcą w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych w Królewskiej Hucie. Licencję taksówkarza otrzymał od tarnogórskiego Zarządu Policji Miejskiej 21 lutego 1929 roku po wcześniejszym odbyciu jazdy próbnej i wystawieniu pozytywnej opinii przez policję. Jego czarno-granatowym sześciomiejscowym samochodem marki Benz o numerach rejestracyjnych SL 9146 pasażerów z postoju na Rynku woził zatrudniony szofer Ryszard Janas ze Starego Chechła. Długo jednak nie pojeździł, gdyż za brak licznika i długi auto zostało zarekwirowane Wiktorowi Klamie przez tarnogórski Magistrat.

Taksówkarz w uniformie

W latach 20. XX wieku w Tarnowskich Górach jeździło po ulicach coraz więcej aut osobowych, zarówno prywatnych jak i firmowych. Stopniowo dorożki konne, którymi mieszkańcy podróżowali do bardziej odległych miejsc w mieście, wypierane były przez samochody. Nic dziwnego że początkowo nawet oficjalnie taksówki nazywano autodorożkami. Postępujący rozwój motoryzacji wymusił na lokalnych władzach ustanowienia odpowiednich przepisów, gdyż rozporządzenie z 1 kwietnia 1915 roku nie wystarczało do uporządkowania zasad kursowania taksówek. Nowe zarządzenie policyjne o eksploatacji publicznych dorożek samojezdnych wydane 15 stycznia 1929 roku ustanowiło reguły ich funkcjonowania. Każda taksówka musiała mieć białą tablicę rejestracyjną z czarnymi napisami. Kierowcy ubrani byli w służbowe uniformy. Strój taksówkarza składał się z czapki maciejówki z daszkiem, czarno-granatowej kurtki wojskowego kroju ze skórzanym paskiem i kołnierzem oraz dwoma rzędami metalowych guzików. Zimą taryfiarze nosili podobne w kolorze i fasonie płaszcze oraz czapki z futra i rękawiczki. Samochody musieli prowadzić samodzielnie.

Jako miejsca postoju taksówek wyznaczone zostały w Tarnowskich Górach dworzec kolejowy, plac Wolności i Rynek przed restauracją Pod Lipami. Określona została taryfa. Za pierwszy kilometr pasażer płacił w dzień 1 złoty, za każdy następny kilometr 80 groszy. W nocy przejechanie taksówką pierwszego kilometra kosztowało pasażera 1,4 zł, każdego kolejnego 1,2 zł. Za godzinny postój klient płacił 4 zł. Szofer mógł zażądać od pasażera zaliczki, ale opłatę pobierał według wskazań taksometru. Zdobycie zezwolenia na zarobkowanie taksówką wcale nie było łatwe. Żeby otrzymać w magistracie licencję na przewozy osób, właściciel samochodu musiał przeprowadzić badania techniczne w Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach i ubezpieczyć auto od odpowiedzialności prawnej w poznańskim Towarzystwie Ubezpieczeń Wzajemnych właścicieli dorożek samochodowych oraz odbyć jazdę próbną w obecności 2 urzędników magistrackich.

Konie mechaniczne w dorożkach

Wspaniałym przykładem wkraczania do miasta gwarków motoryzacji były perypetie Filipa Glomba, który od 1891 roku prowadził firmę przewozową w Tarnowskich Górach.

Z usług jego dorożek konnych korzystali nader często mieszkańcy, zwłaszcza chorzy dojeżdżający do lekarzy. Pojawienie się samochodów zaszkodziło jego interesowi. „W ostatnich latach straciłem z powodu uruchomienia tutaj taksówek samochodowych coraz więcej z moich klientów, tak że końmi prawie wcale nie miałem zajęcia” – skarżył się tarnogórskim urzędnikom w piśmie z 3 grudnia 1931 roku. Jednak wekturant był na tyle rozsądny, że postanowił pójść z duchem czasu i kupił w 1930 roku dorożkę samochodową, która miała postój na podwórku kamienicy Rynek 13, gdzie mieszkał. Samochód prowadził jego syn. Pojawienie się nowej taksówki odnotowane zostało nawet 2 grudnia 1931 roku w miejscowej prasie. „Nowa taksówka. P. Glomb uruchomił poza jego dorożkami jeden samochód jako taksówkę , który jest do osiągnięcia o każdej porze dnia i nocy u wspomnianego w Tarnowskich Górach Rynek 13 podwórze (Hotel pod Lipami)” – napisał dziennikarz tarnogórskich „Nowin”.

Częste wyjazdy na zamówienie pasażerów, nawet w nocy, stały się uciążliwe z powodu prowadzącej na ulicę wąskiej betonowej bramy z żelaznymi progami. „Niszczyły się pneumatyki i łożyska kulkowe kół” – narzekał Filip Glomb. Przejazd utrudniały także ciężarówki przyjeżdżające na podwórze po meble do magazynu Braci Majowskich, właścicieli budynku. Dlatego przedsiębiorca poprosił Magistrat o zgodę na postój taksówki na Rynku przed domem. Urzędnicy zażądali od Filipa Glomba okazania prawa jazdy, zamontowania w aucie taksometru i badań technicznych wozu. Żądania spełnił jego syn Paweł Glomb urodzony 4 czerwca 1902 roku w Tarnowskich Górach. Czarno-niebieska pięcioosobowa limuzyna marki Dodge z numerami rejestracyjnymi SL 9192 zaczęła parkować na Rynku od 29 marca 1932 roku po jeździe próbnej Pawła Glomba i przyznaniu mu licencji taksówkarza.

Mimo to kłopoty Filipa Glomba wcale się nie zakończyły. Po odejściu z domu rodzinnego starszego syna i młodszego wraz z autem, podstarzały 68-letni wekturant nie mógł już liczyć na pomoc latorośli. Dlatego w 1934 roku kupił na kredyt drugi samochód i ponownie poprosił Zarząd Policji Miejskiej „o zezwolenie do wynajęcia samochodu z domu bez prawa do postoju publicznego”. Pozostali taksówkarze – zdaniem wekturanta – nie ponieśliby z tego powodu strat. Koncesji jednak nie dostał.

Koniec świata autodorożkarzy

Za to karierę taksówkarza robił już samodzielnie jego syn, któremu 20 stycznia 1936 roku w tarnogórskim Magistracie wydano kolejną licencję ważną do 1940 roku. Co istotne Paweł Glomb ubezpieczył w 1935 roku otrzymany od ojca samochód w Towarzystwie Ubezpieczeń Wzajemnych Właścicieli Dorożek Samochodowych w Poznaniu. 40 złotych rocznej składki zapewniało 30 tys. zł odszkodowania za uszkodzenie wozu i 10 tys. zł zadośćuczynienia dla poszkodowanej w wypadku osoby oraz 2 tys. zł za uszkodzenie cudzej własności. Tuż przed wybuchem II wojny światowej Paweł Glomb zarejestrował 24 lutego 1939 roku drugą taksówkę marki Chevrolet o numerach rejestracyjnych T 75358, gdyż zaplanował wycofać z ruchu do końca 1939 r. swój pierwszy samochód marki Dodge.

Drugim taksówkarzem wożącym po mieście gwarków z powodzeniem pasażerów aż do kampanii wrześniowej był Teodor Skrzypulec urodzony 15 kwietnia 1897 roku i zamieszkały przy ulicy Ligonia 13. Pracujący jako dorożkarz o zarejestrowanie pierwszej taksówki starał się w Magistracie od 25 kwietnia 1934 roku. Początkowo miał wozić pasażerów autem marki Minerwa, ale po kupnie ze zlikwidowanego zarządu folwarku Karłuszowiec Forda zaproponował kursowanie tym autem. Licencję otrzymał 31 grudnia 1935 roku. Rok później był już właścicielem drugiej taksówki marki Citroen nr rejestracyjny SL 9362. Tuż przed wybuchem wojny sprzedał Forda nr rejestracyjny SL 9325, miał też Chevroleta a do użytku na rok kupił jeszcze auto marki Wanderer. Kiedy 13 kwietnia 1939 r. Ministerstwo Komunikacji wydało przepisy przewidujące obniżki opłat dla taksówkarzy posiadających nowe auta z nierozpryskującymi się podczas wypadku szybami, tylko Teodor Skrzypulec miał taki nowoczesny wóz. Pozostali taksówkarze musieli wycofać stare auta do końca 1939 r., ale wybuch wojny spowodował, że wszyscy stracili auta zarekwirowane na rzecz wojska.

Marek Jarzyna

 

Okładka Montes nr 66

Okładka Montes nr 66