Podatek od mechanicznych koni

Właściciele nielicznych samochodów osobowych musieli w międzywojniu płacić w kasie Ratusza spory podatek „od używania ulic miejskich”. Słone opłaty wcale nie zachęcały mieszkańców do motoryzacji

W dwudziestoleciu międzywojennym doszło w Tarnowskich Górach do dość powolnego wypierania transportu konnego przez komunikację samochodową. Oprócz autobusów, które były własnością prywatnych przedsiębiorstw, po ulicach jeździły – dość nieliczne – auta osobowe. Ich posiadaczami były głównie firmy działające w mieście gwarków oraz co bogatsi mieszkańcy. Ze spisów podatkowych prowadzonych przez tarnogórski Magistrat wynikało, że w 1930 roku zarejestrowanych było w mieście 36 samochodów osobowych.

Oczywiście za każdy pojazd silnikowy na podstawie paragrafu szóstego statusu podatkowego z 7 sierpnia 1924 roku zmotoryzowani właściciele wpłacali do kas Urzędu Miejskiego specjalny podatek. Wielkość opłaty uzależniona była od mocy silnika samochodu. Im więcej koni mechanicznych czaiło się pod maską automobilu, tym drożej płacił posiadacz wozu za „używanie ulic miejskich” – jak to sformułowali urzędnicy tarnogórskiego Magistratu w wezwaniach wzywających do zapłaty podatku. A kwoty to były wcale niemałe. Za posiadanie ciężarówki lub traktora o wadze powyżej 1,5 tony zapłacić trzeba było rocznie 100 złotych. Za autobus dwudziestoosobowy już 200 zł i o 50 zł więcej za każde pięć miejsc pasażerskich. Za auto osobowe przeciętnie właściciel płacił 300 zł rocznie. Zwolnione od podatku drogowego były przedsiębiorstwa państwowe i samorządowe, instytucje oraz władze.

Zapłata podatku „zbytkowego od samochodów” – jak nazywali go urzędnicy – przyczyniała się do licznych sporów. Początkowo zwolnieni od opłat za posiadane auta byli pracownicy Spółki Brackiej, uznanej za instytucję. Jednak po wnikliwej analizie prawnej firma ubezpieczeniowa potraktowana została przez tarnogórski Magistrat tak jak prywatne przedsiębiorstwo i w 1930 roku zmuszona została do zapłaty 900 zł opłaty drogowej. Spółka Bracka była właścicielem 4 samochodów marki: Dodge Senior z 16-konnym silnikiem, Dodge New Six z 13 KM, Protos 10 KM i pozbawione dachu auto Protos, które „bywa używane tylko w porze letniej” – wyjaśniali urzędnicy ubezpieczeniowi w piśmie do Ratusza.

Najwięcej samochodów osobowych posiadała jednak początkowo – w 1924 roku aż 7 aut - Generalna Dyrekcja Hrabiego Henckla von Donnersmarcka z Bytomia, której siedziba ulokowana była w obszarze dworskim Karłuszowiec. Opłaty drogowe generalnej dyrekcji wyniosły rocznie 1,2 tys. zł, toteż w 1930 roku z oszczędności w firmie jeździły już tylko 4 pojazdy spalinowe. Równie dużo samochodów osobowych posiadała Fabryka Powozów i Centrala Samochodów Ernesta Felderhoffa przy ulicy Nakielskiej 12. Był to według reklam zamieszczanych przez właściciela w prasie pierwszy i najstarszy, założony w 1895 roku, zakład automobilowy na Górnym Śląsku. Świadczył następujące usługi: „Generalne reparatury wszelkiego rodzaju. Lakowanie według najnowszych doświadczeń”. Ernest Felderhoff w 1930 roku miał 4 auta osobowe, dwa marki Protos o mocy 10 KM oraz Tatrę 4 KM i Lastwagen Dixi 15 KM. Aut używał do nauki jazdy, dla potrzeb firmy oraz prywatnych. Podatku rocznego zapłacił 300 zł.

Stosunkowo mało aut miała Fabryka Mydła istniejąca przy ulicy Zamkowej od 1845 roku i produkująca znane mydło oznakowane młotkiem i pyrlikiem. Na stanie fabryki były fiat o mocy 6 KM i ford z 13-konnym silnikiem. „Samochody te potrzebuje się tylko dla przedsiębiorczych” – pisał do Magistratu ówczesny właściciel mydlarni Jan Lukaschik, na stałe zamieszkały w Szwajcarii. Wyjaśnienia takie nie zwolniły go od zapłaty 600 złotych rocznego podatku drogowego. Jeszcze skromniej wyposażona w auta była Cegielnia Parowa Kotzulla położona w Miasteczku Śląskim obok dworca kolejowego, której siedziba znajdowała się w Tarnowskich Górach przy ulicy Bytomskiej 9. W tej kamienicy mieszkały także spadkobierczynie cegielni Eliza Rurańska i Gertruda Jurecka z domu Kotzulla, które jeździły osobową tatrą z dwucylindrowym silnikiem o mocy 4 koni mechanicznych, za co zapłaciły 200 zł rocznego podatku.

Natomiast tylko po jednym samochodzie mieli bardziej majętni właściciele tarnogórskich firm. Wilhelm Deckel z przedsiębiorstwa Przemysł Drzewny najpierw używał fiata o mocy 4 KM. Po roku kupił auto tej samej marki ale o mocy silnika 10 KM, co kosztowało go 300 zł podatku. Inżynier Paul Bregulla specjalizujący się w piśmie technicznym poruszał się wozem marki Aga. Z kolei Hermann Mitschkowski prowadzący od 1902 roku dom towarowy w budynku Rynek 6 miał fiata z silnikiem 5 KM. Inny znany przedsiębiorca Wilhelm Sornik, z zawodu mistrz malarski, który od 1892 roku miał w domu przy ulicy Strzeleckiej 4 skład farb, lakierów, tapet, pokostów i terpentyny poruszał się tatrą o mocy 4 KM. Kolejny kupiec Albert Schaefer handlujący żelazem sztabowym, naczyniami żeliwnymi, narzędziami i maszynami oraz materiałami budowlanymi w składzie przy ulicy Tylnej miał jedno firmowe auto osobowe o mocy 10 KM, za które zapłacił 300 zł podatku. Po jednym samochodzie osobowym posiadali także tarnogórscy budowniczowie: Jan Kindler, Konrad Guntzel i architekt Kacpar Jastrzembski, jeżdżący czterocylindrowym fordem o mocy 12 KM. Cztery kółka posiadali Paweł Lunow, właściciel winiarni Sedlaczek, Rudolf Dominik, fabrykant mebli i znany fotograf Wojciech Pilarczyk.

Ale nie wszyscy zmotoryzowani tarnogórzanie płacili w terminie podatki od swoich samochodów. Do najdłużej zalegających z opłatami za auto należał Robert Wypiór, właściciel ulokowanego w willi przy ulicy Wyspiańskiego Warsztatu Reparacyjnego Silników, Maszyn i Aparatów Elektrycznych. Za zaległości podatkowe spłacał już nawet odsetki. Podobnie jak niezbyt solidny płatnik adwokat Tadeusz Ćwikliński, prowadzący kancelarię prawną w kamienicy Rynek 16. Usprawiedliwieniem nieterminowych opłat było to, że wynikały z kłopotów finansowych, w jakie popadły firmy dłużników w czasie wielkiego kryzysu gospodarczego lat 30. XX wieku.

Marek Jarzyna

 

Okładka Montes nr 63

Okładka Montes nr 63