Dupowatość śląska nie istnieje!

Rozmyślania o Górnym Śląsku

W rozważaniach o Górnym Śląsku, bez względu na miejsce i rodzaj ich przeprowadzenia, dla podkreślenia i uwiarygodnienia pewnych prawd, zjawisk i tez, najczęściej padają dwa nazwiska: nieodżałowanego Michała Smolorza i Kazimierza Kutza. 

Ich zmysł obserwatorski, trafność osądów i talent pisarski poparty jest wielkim, życiowym dorobkiem, składającym się z osiągnięć w wielu dziedzinach, przenikniętym uczuciem, którego nazwą jest – miłość do Górnego Śląska. Jak czasami zdarza się, gdy w grę wchodzą takie emocje – można przesadzić. Albo zbyt dotkliwie zruga się kogoś, kto na to aż tak nie zasłużył, albo rzecz jakąś ujrzy się w świetle nie tym, co trzeba, albo nawet szersze zjawisko przedstawia się nie całkiem tak, jak wygląda. Z Michałem Smolorzem prowadziłem nie tylko ustnie dość zasadnicze polemiki (choć w 99% się z nim zgadzałem), niemało z czytających te słowa zżyma się za każdym razem, gdy czyta felietony Kazimierza Kutza. Sytuacja jednak, w której nie każdy i nie w każdej sprawie się z nimi zgadza, nie powoduje, że nie uważa się ich dziś wręcz jako wyroczni w sprawach śląskich.

Kazimierzowi Kutzowi nie mogę darować jednego: stworzenia i niejako rozpowszechnienia terminu: „dupowatość śląska”. Moje pretensje nie umniejsza fakt, że termin ten został użyty w dobrej intencji. Zaraz po jego zaistnieniu – wiele lat temu – dostrzegłem niebezpieczeństwa związane z jego (przewidywalną w przyszłości) popularnością i żywotnością. Głównie wśród ludzi nam nienawistnych i wrogich, którzy „dupowatość” z lubością wymieniają jako cechę charakterystyczną i główną Ślązaków, jaką siłę sprawczą niepowodzeń. Ostanie wpadki Kolei Śląskich publicysta Dziennika Zachodniego Urbanke w ten właśnie sposób objaśnił (wiedząc oczywiście jako publicysta gospodarczy, że nieudolni szefowie spółki ze Ślązakami nie mieli nic wspólnego). Kazimierza Kutza zirytował fakt niskiej skuteczności zabiegów Ślązaków wokół spraw im należnych, brak istnienia silnego, śląskiego lobby, nieumiejętność nagłaśniania spraw, robienia wokół nich rozgłosu. Tylko, że słuszna krytyka operatywności naszych śląskich władz i reprezentantów to jedno, a kreowanie jakiejś ogólnej cechy śląskiej, nazwanej w dodatku najmniej szacowną częścią ciała – to całkiem coś innego. Ślązacy jako nacja posiadają wrodzoną niechęć do wystawiania się na pokaz, pchania się na afisz, czują awersję do rozgłosu. Już Maria Dąbrowska pisała: „U Ślązaków dostrzec można zupełny brak pozy, frazesu i czczej grandilokwencji”. Pewna surowość, oschłość, rozwaga w słowach i powolność w ruchach („drapko to robi gupielok abo dioboł” – stara Ślązaczka) nie świadczy, na Boga, o „dupowatości”. Nieufności wobec obcych, ostrożności, małomówności, zdrowego rozsądku nauczyły Ślązaków wieki zmieniających się często panów i systemów. Kazimierz Kutz dobrze o tym wie i w swoich wspomnieniach podał genialny przykład takiej postawy. Onegdaj zapytał w hotelu w Warszawie swego ziomka z Szopienic Jerzego Chromika co aktualnie porabia, a on odpowiedział: „Teroz to lotom”. Taką odpowiedź dał wielokrotny rekordzista świata w biegach długodystansowych, ceniony specjalista, absolwent Politechniki Gliwickiej bezpośrednio po sławetnym meczu lekkoatletycznym na Stadionie Dziesięciolecia Polska – USA, w którym przyczynił się do zwycięstwa Polski. Prawda, że brzmi ona cokolwiek „dupowato”? Bo Ślązak nie dba o poklask, jego mowa jest prosta (choć pisarzy mamy wybitnych) i tak długo pozostanie, mimo zmieniających się mód. „Dupowatości” mogli się naoglądać Ślązacy różnych roczników w wojsku, obserwując perypetie z techniką „chłopskich synów” z innych regionów Polski. Ich ta przypadłość dotykać nie mogła, gdyż groziła śmiercią w kopalniach, hutach i w fabrykach. Życie zaś w gwarnych familokach i w zatłoczonych miastach nie tolerowało ludzi dotkniętych „dupowatością”. Wypraszam więc sobie, by ktokolwiek stawiał nacji, do której się zaliczam, taką „pieczątkę”.

Jan Hahn

 

Okładka Montes nr 63

Okładka Montes nr 63