Sprzeciwiają się tutejszym obyczajom

Niemiecki burmistrz wspierał w okresie międzywojennym uprzedzenia tarnogórskiej gminy żydowskiej wobec Żydów z dawnego Królestwa Kongresowego osiedlających się w mieście gwarków

Augustyn Zajonc prowadził w 1926 roku w swoim domu przy ulicy Górniczej 12 w Tarnowskich Górach sklep kolonialny, ale z powodu braku pieniędzy przerwał działalność handlową. Pół roku po zamknięciu sklepu zgłosił się do niego Urmann Lajzer, wyznania mojżeszowego, z zawodu krawiec pochodzący z Będzina, i zaproponował wydzierżawienie pustego lokalu, gdzie zamierzał prowadzić warsztat krawiecki. Dodatkowo właściciel kamieniczki zaoferował krawcowi jeden pokój ze swojego mieszkania, co pozwoliłoby osiedlić się Urmannowi w mieście gwarków wraz z żoną Symchą. August Zajonc wysłał 3 marca 1927 roku pisemną prośbę do tarnogórskiego Urzędu Miejskiego o zgodę na wynajęcie Lejzorowi Urmannowi sklepu i mieszkania. Ale Magistrat nie zezwolił na wynajęcie sklepu przybyszowi z Będzina. „Urmann Lajzer nie może być u Zajonca jako lokator zameldowany, gdyż nie ma tam wystarczającej ilości ubikacyj” – uzasadnili swoją decyzję urzędnicy. Tym bardziej że do niedawna kamienicznik narzekał na brak miejsca w budynku.

Bez meldunku jak ptaki

Nie był to jedyny przypadek w okresie międzywojennym odmowy zameldowania Żydów pochodzących z dawnego Królestwa Kongresowego w mieście gwarków. Głośny stał się przypadek szewca Józefa Milsteina, Żyda, który 1 grudnia 1925 roku wyprowadził się z Częstochowy do Tarnowskich Gór wraz z żoną Mirlą z domu Birnbaum i trojgiem dzieci: Mojsze, Machat, Traila. Ku jego zaskoczeniu w mieście gwarków zameldowany został tylko on w mieszkaniu przy ulicy Krakowskiej 6. W zażaleniu skierowanym 29 marca 1927 roku do Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego narzekał, że jego żona i dzieci były „wolne od narodowości i obywatelstwa jak ptaki” i dziwił się, że w jednej Rzeczypospolitej obowiązują różne przepisy. Tarnogórski Magistrat pomimo skarg nie zameldował rodziny Milsteina w mieście, bowiem nie posiadali mieszkania a to, w którym przebywali, nie było ich własnością.

Równie ciężkie boje z urzędnikami z tarnogórskiego Ratusza toczył Szalma Wajsman zamieszkały z żoną i dwojgiem dzieci w wynajmowanym jednym pokoju w kamienicy przy ulicy Powstańców 16. O zezwolenie na sprzedaż czapek własnego wyrobu na miejskim targowisku zwrócił się 2 marca 1927 roku do Zarządu Policji Miejskiej. „Jestem uznany fachowiec czapnicki” – przekonywał. Miał także wykupione świadectwo Państwowego Urzędu Skarbowego na handel. W zmaganiach z urzędnikami wspierała go żona Sabina, która 1 kwietnia 1927 roku zwróciła się do Magistratu o zgodę na utworzenie stanowiska handlu w każdy czwartek na Rynku, gdzie chciała sprzedawać wyroby swojego męża. Żona czapnika mogła już handlować w Radzionkowie, ale nadal nie miała zezwolenia na zbyt czapek w mieście gwarków, co uznała za krzywdzące, skarżąc się: „chociaż obywatelką miasta jestem zastawiają mi trudności”.

Podobnie niewdzięcznie potraktowani zostali przez międzywojenny tarnogórski samorząd miejski żydowski kupiec Zolmann i jego wspólnik, którzy wynajęli skład handlowy w - należącym do Jana Nowaka - domu przy ulicy Gliwickiej 13.

Ukrywka w mieszkaniu Hollanderowej

Skąd wzięła się taka niechęć międzywojennego Magistratu do przyjmowania Żydów przybywających z terenów byłego Królestwa Kongresowego do Tarnowskich Gór? W mieście istniała przecież od czasów pruskich gmina żydowska i czynna była synagoga. Jednak sami tarnogórscy Żydzi nieżyczliwie patrzeli na swoich pobratymców z dawnego zaboru rosyjskiego. Przyczynami uprzedzeń były z jednej strony obawa przed konkurencją handlową przybyszy oraz ich nieco innymi obyczajami, z drugiej zaś strony proniemieckie sympatie członków tarnogórskiej społeczności żydowskiej wychowanych w większości w Niemczech w czasie panowania cesarza Wilhelma II. Niechęć do Izraelitów z dawnego zaboru rosyjskiego popierali także Leopold Michatz, ówczesny niemiecki burmistrz Tarnowskich Gór, oraz urzędnicy i radni mniejszości niemieckiej.

Zazwyczaj oficjalnie podawane przez Ratusz powody dotyczyły łamania prawa lokalnego. „Zaprowadzają stosunki sprzeciwiające się tutejszym obyczajom” – pisali enigmatycznie magistraccy urzędnicy o osiedlaniu się w mieście Żydów. Zarzucali im, że niezgodnie z przepisami mieszkali w wynajmowanych składach, gdzie prowadzili handel, lub gnieździli się niekiedy w 8 osób w sublokatorskich pokojach.

Władze miasta nie ograniczały się tylko do pisania monitów, ale równie usilnie przeciwdziałały dzikiemu osadnictwu Żydów, zarządzając policyjne kontrole w zajmowanych przez nich lokalach. Polecenie obserwacji przez policję dotyczyło między innymi mieszkania pani Hollanderowej przy ulicy Piastowskiej 15, które – jak pisał w raporcie burmistrz Leopold Michatz – było „miejscem względnie ukrywką ... tam osiedlają się najpierw i po uzyskaniu informacyj na mieście, wynajmując składy, warsztaty”. We wspomnianym piśmie burmistrza znalazł się także wykaz nazwisk 17 Żydów z kongresówki wraz z adresami zamieszkiwanych przez nich domów. W kolejnym spisie z 8 sierpnia 1928 roku znalazło się 12 Żydów, którzy „przejmowali składy i mieszkania, które im nie były przez tutejszy Magistrat przydzielone”.

Nie zawsze restrykcje wobec żydowskich przybyszy z kongresówki kończyły się wyłącznie na najściach policji. Niekiedy sprawy trafiały do ponownego rozpatrzenia przez instytucje. Pozew przeciwko Magistratowi do Urzędu Rozjemczego dla spraw najmu złożyła 6 sierpnia 1928 roku – wspomniana już - Symcha Urmann, która po nieudanym osiedleniu się w domu Augustyna Zajonca zamieszkała przy ulicy Lompy 3. Rozstrzygnięcie nie było dla niej korzystne. W niektórych przypadkach dochodziło nawet do przymusowej eksmisji. Opuścić zajmowane pomieszczenia musiała Chawa Stilmannowa a niejaki Keperberg w 1929 roku zmuszony został do opróżnienia składu i mieszkania przy ulicy Gliwickiej 10. Jak widać, walka z nielegalnym osiedlaniem się Żydów w mieście gwarków przybierała czasami ostrzejsze formy, przez co była bardziej skuteczna.

Marek Jarzyna

 

Okładka Montes nr 63

Okładka Montes nr 63