Pod czerwoną gwiazdą

b_200_300_16777215_0___.._montes_images_stories_montes_60_12-Banas.jpg

Podbój Górnego Śląska przez Armię Czerwoną w styczniu 1945 r.

W styczniu 1945 r. działania wojenne dotarły na Górny Śląsk. Ziemie pomiędzy Przemszą a Odrą zostały zajęte w wyniku tzw. operacji sandomiersko-śląskiej 1. Frontu Ukraińskiego. Dowództwo niemieckie dosłownie w ostatniej chwili porzuciło plan zamiany górnośląskich miast w jeden „okręg-twierdzę”, a za główną linię obrony obrano ostatecznie rzekę Odrę. Wojska niemieckie dowodzone przez gen. płk. Ferdinanda Schörnera chciały zminimalizować straty. W poszczególnych miastach oddziały Wehrmachtu wzmocniono jednostkami policyjnymi oraz batalionami Volkssturmu, złożonymi głównie osób starszych i młodzieży.

Kiedy sowiecki marszałek Iwan Koniew wydał rozkaz rozpoczęcia ofensywy, jeszcze wciąż wielu mieszkańców Górnego Śląska miało nadzieję, że jednak zdarzy się cud i front zatrzyma się w pół drogi. Władze niemieckie do ostatniej chwili zwlekały z ewakuacją, a zakłady przemysłowe do ostatniej chwili pracowały na potrzeby frontu. Ewakuacja, a w zasadzie ucieczka ludności zaczęła się dopiero wówczas, gdy słychać było odgłosy walk. Nie miała jednak charakteru masowego i właśnie ze względu na jej dobrowolny charakter objęła głównie Niemców, którzy od niedawna znaleźli się na terenie Górnego Śląska oraz funkcjonariuszy partii nazistowskiej. Chaos i ucieczka przedstawicieli miejscowej administracji utrudniały przeprowadzenie sprawnej ewakuacji. Ludność miejscowa, żyjąca na Śląsku od pokoleń i tak nie chciała uciekać. Na zorganizowaną ucieczkę brakowało zresztą środków transportu. Sytuację pogarszały warunki klimatyczne; w pierwszej połowie stycznia 1945 r. nastąpił atak mrozu, na drogach leżał śnieg. Wszystko to pogarszało sytuację uciekinierów. Pomimo tego prawie wszystkim wyższym urzędnikom i funkcjonariuszom partyjnym udało się opuścić prowincję po ogłoszeniu w poszczególnych powiatach hasła o ewakuacji. Pomoc dla opuszczających miasto próbował organizować Kościół rzymsko-katolicki, który po ucieczce funkcjonariuszy NSDAP i urzędników aparatu administracyjnego był chyba jedyną sprawnie funkcjonującą instytucją.

Dla większości mieszkańców Górnego Śląska szybki marsz Armii Czerwonej był prawdziwym zaskoczeniem. Kiedy sowieckie czołgi i żołnierze z pepeszami pojawili się na rogatkach górnośląskich miast, wielu mieszkańców ogarnęła panika. Było to dla nich pierwsze namacalne zetknięcie się z grozą wojny. Do tej pory dla większości kojarzyła się ona przeważnie z nieobecnością w domach mężczyzn służących w Wehrmachcie i opowieściami o pierwszej światowej zawierusze. Teraz wielu liczyło na ucieczkę za Odrę. Wśród uchodźców rozpowszechniona była pogłoska, że właśnie na linii tej rzeki zatrzyma się front i tam ustanowiona będzie przyszła granica państwowa. Sytuacja na froncie zmieniała się dosłownie z godziny na godzinę, przez co ewakuacja zamieniła się w paniczną ucieczkę. Śnieg, mróz, fatalne warunki na drogach, brak środków transportu, wszystko to utrudniało - a wręcz uniemożliwiało - szybką i sprawną ewakuację. Część uchodźców, posuwająca się pieszo znalazła się pomiędzy walczącymi stronami. Tragizm sytuacji pogłębiał fakt, że większość obszaru na zachód od okręgu przemysłowego została wcześniej zaminowana. W miastach do obrony przygotowywały się nieliczne oddziały wojska, policji i Volkssturmu, kobiety, dzieci i starsi mieszkańcy słysząc odgłosy walk, ukryci przeważnie w piwnicach i prowizorycznych schronach, czekali z trwogą na rozwój wydarzeń.

Walki trwały niecały tydzień. Do 28 stycznia większa część uprzemysłowionej części Górnego Śląska znalazła się w rękach zwycięzców. W poszczególnych miastach broniły się jeszcze pojedyncze oddziały niemieckie i grupy Volkssturmu, jednak ich los był już przesądzony. Główny trzon niemieckiej 17. armii zdołał wymknąć się z kleszczy i uniknął odcięcia. Front przesunął się na linię Odry.

Żołnierze sowieccy wkraczający w styczniu 1945 r. na Górny Śląsk byli zapewne przekonani, że znaleźli się na obszarze zamieszkanym w stu procentach przez ludność niemiecką, traktowaną w całości jako wrogą. O ile na terenach etnicznie polskich czerwonoarmiści teoretycznie trzymani byli w pewnych ryzach, o tyle na Górnym Śląsku puściły wszelkie hamulce. Swobodę działalności zwycięzców dawał rozkaz Naczelnego Dowództwa Armii Czerwonej z 9 sierpnia 1944 r., w którym stwierdzono, że ziemie wchodzące w skład Niemiec przed wrześniem 1939 r. należy traktować jako zdobycz wojenną.

Przebieg wkraczania sowieckich oddziałów do większości miast, miasteczek i wsi był podobny – wszędzie zapanował terror: egzekucje, gwałty, rabunki. Kto bronił żony czy córki był zabijany. By uniknąć pohańbienia i cierpień wiele osób, szczególnie kobiet, popełniło samobójstwo. Zdarzały się również samobójstwa całych rodzin.

Akta parafialne i księgi zgonów w Urzędach Stanu Cywilnego są dziś jedynymi źródłami pozwalającymi oszacować skalę mordów na ludności cywilnej, których dopuścili się czerwonoarmiści. W Gliwicach odnotowano 817 osób, które poniosły śmierć w pierwszych godzinach po zajęciu miasta przez sowietów. Być może ofiar było nawet dwa razy więcej. W Miechowicach liczby mówią o 380 osobach, ale i to nie jest z pewnością ostateczny bilans. W Szywałdzie (Bojkowie) zamordowano ponad 120 osób, w tym wiele kobiet i kilkoro dzieci. Jak zawsze wtedy, kiedy stosuje się zasadę odpowiedzialności zbiorowej, represje dotknęły przede wszystkim Bogu ducha winnych ludzi; głównie kobiet, starców i dzieci tylko dlatego, że byli Niemcami lub za takich uważali ich czerwonoarmiści. Rozstrzeliwano z zemsty lub dla rabunku. Mordy nie ominęły również mieszkańców miejscowości położonych na przedwojennej polskiej części Górnego Śląska. 27 stycznia 1945 r. żołnierze Armii Czerwonej dokonali masakry na mieszkańcach Przyszowic. Śmierć poniosło ponad 50 osób. Najmłodsza ofiara miała dziesięć dni, najstarsza – 78 lat. Większość kobiet i dziewcząt zgwałcono. Z dymem poszło ok. 70 zabudowań. Nie oszczędzano również księży. W Brzezińce zastrzelono proboszcza, wikarego i chorego rezydenta. Tego ostatniego wywleczono z łóżka, a po postrzeleniu zabroniono udzielenia mu pomocy medycznej. Następnie podpalono probostwo. W Bytomiu bestialsko zamordowano dwóch księży. Jednego z nich wcześniej torturowano, by następnie strzelić mu w oko. W Starym Ujeździe zabito pastora, który próbował gasić pożar. Ginęli również księża stający w obronie gwałconych kobiet lub próbujący mediować z rozwydrzonymi żołnierzami. Ci często przyznawali bez ogródek, że urządzają „polowania na popów”. Często nie pomagały ani przedwojenne legitymacje Związku Polaków w Niemczech, ani znajomość języka polskiego. Krwawe żniwo nie ominęło nawet robotników przymusowych, którzy oczekiwali czerwonoarmistów jak wyzwolicieli.

Bezmyślny, można by rzec spontaniczny terror ustał po dwóch, trzech dniach. Żołnierze zostali zdyscyplinowali, a represje stały się bardziej metodyczne. Specjalne Grupy Operacyjne NKWD rozpoczęły tzw. akcje oczyszczania tyłów, polegające na aresztowaniu były członków organizacji nazistowskich, a w zasadzie wszystkich, których z różnych powodów uznano za przeciwników politycznych. Na podstawie specjalnych list, opracowanych przy udziale członków kolaborujących z sowietami Komitetów Antyfaszystowskich (tzw. Antify) albo zwykłych donosów, każdego dnia aresztowano setki ludzi. Funkcjonariusze NKWD wchodzili do mieszkań i kontrolowali zakłady pracy. Często zabierano na przesłuchania przechodniów wprost z ulicy. Wielu przewożono następnie do tzw. obozów filtracyjnych, a stamtąd deportowano na Wschód, w głąb ZSRS. Było to w pewnym sensie preludium do wielkiej akcji internowania i deportacji, którą przeprowadzono w połowie lutego 1945 r.

Większość miast górnośląskich w zasadzie nie ucierpiała na skutek bezpośrednich działań wojennych, a walki, do których tu i ówdzie doszło, nie miały charakteru uporczywych walk ulicznych, intensywnie wspomaganych lotnictwem i ostrzałem artyleryjskim. Większość zniszczeń budynków użyteczności publicznej, kamienic i różnorodnej substancji miejskiej było wynikiem działań czerwonoarmistów już po ustaniu walk. W Katowicach pijani żołnierze celowo podpalili budynki w centrum miasta. Również w Bytomiu Rynek i wiele kamienic na przyległych doń ulicach doszczętnie spłonęło już po zajęciu miasta. W euforii zwycięstwa podpalono zameczek w Miechowicach. W Gliwicach zniszczeniu uległo około 30 proc. budynków w śródmieściu, w tym spora część kamieniczek na Rynku, budynek teatru i gmach reprezentacyjnego hotelu „Haus Oberschlesien”, który płonął jeszcze kilka dni po ustaniu walk.

Żołnierze zwycięskiej armii najczęściej nie przywiązywali większej wagi do mienia poniemieckiego. Podpalali zabudowania zapewne z zemsty, niekiedy w pijackim amoku, kiedy indziej nie umiejąc uruchomić ogrzewania palili w domach ogniska, używając do tego mebli i desek z parkietów. Ogień był także najczęściej jedynym światłem, z jakiego korzystano plądrując nocami opuszczone mieszkania, w poszukiwaniu precjozów i alkoholu. Żołnierze, którzy w chwili wkroczenia mordowali, gwałcili, chaotycznie rekwirowali żywność, ogołacali mieszkania i sklepy szybko odeszli dalej z frontem. Byłoby jednak niesprawiedliwością wszystkim żołnierzom Armii Czerwonej wkraczającym w styczniu 1945 r. na Górny Śląsk przypisywać wyłącznie zbrodnie, gwałty i rabunki. Byli wśród niech również i ci, którzy zachowali resztki człowieczeństwa. Pomagali osobom starszym i bawili się z dziećmi, wspominając pozostawione na wschodzie rodziny. Wydaje się jednak, że niestety byli w mniejszości.

Górnośląskie miasta na przełomie stycznia i lutego 1945 r. zostały przekształcone w zaplecze dla walczącej armii, a władzę administracyjną objęły Komendantury Wojenne, które wspomagały Wojska Ochrony Tyłów NKWD. Szpitale, szkoły i budynki użyteczności publicznej przekształcono w większości na prowizoryczne lazarety. Życie gospodarcze praktycznie zamarło. Częściowo nie działały zakłady przemysłowe. Przestał również funkcjonować niemiecki system dystrybucji i zaopatrzenia w żywność. Szybko kończyły się zapasy, stanął handel, a sklepy w większości były zamknięte. Do wielu miast i miasteczek wdarł się głód.

Przejęcie władzy w miastach przez sowieckie władze wojskowe odbyło się na mocy prawa międzynarodowego zawartego w IV Konwencji Haskiej uchwalonej 18 października 1907 roku. Zgodnie z regulaminem praw i zwyczajów wojny lądowej oraz zasad okupacji wojennej, opracowanych na podstawie uchwał tej konwencji, zwycięska armia miała prawo, w sferach frontowych i przyfrontowych, tworzyć administrację wojskową lub wojskowe komendantury wojenne. Sowieci zaczęli je tworzyć od razu po przejściu frontu. Ich zadaniem była organizacja i ochrona szlaków komunikacyjnych, zwalczanie sabotażu i dywersji, organizacja zaplecza frontu i zapewnienie aprowizacji dla walczących jednostek oraz dla rannych żołnierzy i rekonwalescentów w licznych lazaretach. Zazwyczaj w skład Komendantury, oprócz komendanta, który sprawował nadzór nad całością problemów, wchodzili trzej zastępcy - do spraw politycznych, gospodarczych i ludności cywilnej. Tworzyli oni na danym terenie wojskową administrację okupacyjną.

Komendantury na ziemiach należących przed 1939 r. do Niemiec musiały opierać się na dotychczasowej niemieckiej strukturze administracyjnej. W obliczu toczących się działań wojennych nie było czasu na wprowadzanie innowacji, dlatego postanowiono utrzymać niemiecki podział administracyjny.

Na nieznanym wcześniej terenie komendanci sowieccy chętnie korzystali z pomocy ludności miejscowej, zwłaszcza, jeśli jej przedstawiciele deklarowali lojalność wobec zwycięzców, a tym bardziej komunistyczne przekonania. Co więcej sowieccy komendanci często mieli większe zaufanie do członków niemieckiej KPD lub mieniących się takowymi, niż do roszczeniowo nastawionych przedstawicieli PPR. Komitety Antyfaszystowskie współpracowały z sowietami przede wszystkim na obszarze dawnej rejencji opolskiej – w Bytomiu, Gliwicach i Zabrzu, gdzie jeszcze wiosną 1945 r. próbowali, często skutecznie, neutralizować wpływy polskiej administracji cywilnej.

Na barkach Komendantur Wojennych leżało również uruchomienie przemysłu w takim zakresie, w jakim był on konieczny do dalszego prowadzenia działań wojennych oraz dokonanie spisu mienia (ruchomego i nieruchomego) oraz zorganizowanie jego wywózki. Wspomniany rozkaz dowództwa Armii Czerwonej z 9 sierpnia 1944 r. określał mienie poniemieckie jako „zdobycz wojenną”. Należy przy tym podkreślić, że przemysł Górnego Śląska nie ucierpiał zbytnio na skutek prowadzonych działań wojennych. Niemcom nie udało się też przeprowadzenie wcześniej zaplanowanego planu „R”, który zakładał demontaż i wywiezienie w głąb Rzeszy cenniejszych maszyn i urządzeń. Huty i kopalnie w regionie do ostatnich chwil pracowały pełną parą. W zasadzie niezniszczone znalazły się w rękach sowietów. Administracja wojskowa uruchomiła, jedynie te zakłady, których produkcja była przydatna dla potrzeb frontu. Jednocześnie rozpoczęto przygotowania do ich demontażu i wywózki. Przy dowództwach frontów powstały specjalne Oddziały Trofeów Wojennych, które jako pierwsze sporządzały plany i spisy obiektów przeznaczonych do transportu w głąb Związku Sowieckiego. Realizacją demontażu i wywózki urządzeń kierował przedstawiciel Państwowego Komitetu Obrony ZSRS (GOKO) gen. Maksym Z. Saburow. Jego sztab mieścił się w Bytomiu. Otrzymał on do pomocy ekspertów - inżynierów i technologów, których ubrano w mundury wojskowe i nadano im wysokie rangi, od majora do generała włącznie. Wybierali oni na miejscu to, co ich zdaniem, było niezbędne dla potrzeb sowieckiej gospodarki.

W marcu 1945 r. na Górny Śląsk przybyła komisja pełnomocnika Rządu ZSRS, która dokonała analizy śląskiego przemysłu zarówno w polskiej, jak i niemieckiej części Górnego Śląska. W oparciu o sporządzone wtedy materiały przeprowadzano dalsze demontaże i wywózki do ZSRR. Prace demontażowe prowadziły ekipy złożone z internowanej ludności miejscowej i jeńców wojennych, pracujące pod kierownictwem funkcjonariuszy sowieckich Oddziałów Trofeów Wojennych. Zatrudnieni pracowali w pośpiechu, a większość nie posiadała odpowiednich kwalifikacji do wykonywania tego typu prac, wskutek czego wiele maszyn i urządzeń uległo dewastacji. Demontowali prawie wszystko co miało jakąkolwiek wartość – poczynając od wielkich maszyn hutniczych, a kończąc na wyposażeniu małych zakładów i warsztatów kończąc. Przykładowo tylko w marcu 1945 r. z huty „Zgoda” w Świętochłowicach wywieziono 360 obrabiarek, z huty „Batory” w Hajdukach (Chorzowie Batorym) 46 maszyn. Huta „Małapanew” w Ozimku straciła dwieście obrabiarek, sześć pieców elektrycznych, trzydzieści maszyn formierskich i sto silników. W Zabrzu zdemontowano w całości największą i najnowocześniejszą elektrownię na Śląsku. Podobny los podzieliły m.in. elektrownie w Blachowni, Kędzierzynie i Miechowicach By sprostać całej akcji przejęto większość linii i taboru kolejowego, a tory przystosowano do rozstawu obowiązującego w ZSRS. W drugim kwartale 1945 r. jego tempo było już tak duże, że sowieci nie nadążali z wywózką rozebranych zakładów. Mniejsze urządzenia i maszyny wywożono samochodami. W czerwcu 1945 r. na terenie DOKP Katowice znajdowało się około czternaście tysięcy wagonów kolejowych załadowanych zagrabionymi dobrami. Demontaż i wywózka infrastruktury przemysłowej był elementem konsekwentnie przeprowadzanej polityki zwycięzcy, często z całkowitym pominięciem stanowiska strony polskiej, proceder ten trwał jeszcze długo potem jak linia frontu przesunęła się daleko na zachód i bynajmniej nie skończył się z chwilą zakończenia walk na froncie zachodnim w Europie, w maju 1945 r. Kres tej akcji przyniosły dopiero umowy polsko-sowieckie podpisane już po konferencji poczdamskiej w sierpniu 1945 r. Do tego czasu Sowieci zdążyli jednak skutecznie ogołocić większość zakładów. Bilans strat był ogromny, a spadek produkcji w poszczególnych gałęziach przemysłu wahał się od 50 do 70 proc.

Zabójstwa ludności cywilnej, terror, gwałty, internowanie i wywózka mężczyzn, zorganizowany i metodycznie przeprowadzony rabunek mienia, grabieże, składają się na tragiczny bilans wkroczenia i obecności Armii Czerwonej na Górnym Śląsku w 1945 r. Lansowana przez półwieku teza o „wyzwoleniu” regionu może mieć w tej sytuacji rację bytu wyłącznie w kategoriach emocjonalnych, jednak z pominięciem faktów, a te niezbicie kwestionują prawdziwość sielankowych relacji, których pełne są książki wydawane przed 1989 r. Nawet jeśli wkroczenie Armii Czerwonej przerwało eksterminacyjną politykę III Rzeszy, to zachowanie zdobywców – zarówno na obszarze wchodzącym przed 1939 r. w skład niemieckiej rejencji opolskiej, jak i polskiego województwa śląskiego – nosiło wszelkie cechy podboju i za takowy winno być uważane.

Bogusław Tracz (IPN Katowice)
Materiał z sesji popularnonaukowej z okazji Dnia Pamięci o Tragedii Górnośląskiej 1945. 26 stycznia 2012 Muzeum w Tarnowskich Górach

 

Okładka Montes nr 60

Okładka Montes nr 60