Koń by się popłakał

Zaprzęg konny w kopalni dolomitu. Ze zbiorów SMZT
Zaprzęg konny w kopalni dolomitu. Ze zbiorów SMZT

Wypadki pojazdów konnych były w międzywojniu równie groźne jak samochodowe. Nader często pod kołami furmanek i końskimi kopytami ginęli i łamali nogi tarnogórscy przechodnie

W okresie międzywojennym po drogach powiatu tarnogórskiego jeździło jeszcze sporo powozów konnych. Większość towarów rozwożono furmankami nie tylko na wsiach ale i w miastach. Podróżowano także bryczkami z konnym zaprzęgiem oraz na wierzchowcach. Często spotykanymi jeźdźcami byli tarnogórscy ułani z jednostki wojskowej przy ulicy Opolskiej. Nic dziwnego, że nierzadko dochodziło do wypadków drogowych z udziałem koni.

Jak wynika z raportów sytuacyjnych przesłanych przez komendanta tarnogórskiej powiatowej policji do zwierzchników w Komendzie Policji Województwa Śląskiego w Katowicach, tylko w 1931 roku konie były poszkodowane w kilkunastu kraksach ulicznych i szosowych.

Zazwyczaj winę za wypadek ponosił woźnica powożący furmanką bądź jeździec dosiadający wierzchowca. Tak zdarzyło się 24 stycznia 1931 roku o godzinie 12.30 na ulicy Sobieskiego w Tarnowskich Górach, gdy uczeń kowala Nemezjusza Musioła najechał koniem na Zofię Mrozek. Kobieta ze złamaną nogą trafiła do szpitala. Koń, który był własnością Gerarda Kandzi z Żyglina, nie doznał uszczerbku na zdrowiu. Urazów nie odniósł także niesforny jeździec, który po podkuciu kopyt rumaka, w tak niefortunny sposób podczas ulicznej przejażdżki osobiście sprawdził jakość kowalskiej roboty. Równie nieostrożny był uczeń rzeźnicki Stefan Bugajski, który 7 sierpnia 1931 roku na ulicy Powstańców Śląskich, jechał zbyt szybko furmanką rzeźnika Kusa. Najechał około godziny 18 na 5-letniego Alojzego Gąsiora. Dziecko ze złamaną nogą przewieziono do szpitala.

Jednak o wiele groźniejsze były wypadki spowodowane na podmiejskich szosach przez prowadzących konne zaprzęgi oraz jeźdźców z ułańską fantazją. Podczas ćwiczeń tarnogórskiego 3. Pułku Ułanów 28 kwietnia 1931 roku o godzinie 10 na Jana Nawrota z Piekar Śląskich, maszerującego szosą z Kozłowej Góry do Świerklańca, najechał koniem jeden z ułanów. Spłoszony wojskowy wierzchowiec przewrócił piechura. Cywil doznał tak silnego wstrząsu mózgu, że zmarł 1 maja 1931 r. w szpitalu w Szarleju.

Do sporego karambolu doszło 25 czerwca 1931 r. o godzinie 3.20 na szosie w Żyglinku. Wracający z Katowic do Woźnik Władysław Skop, kierowca autobusu, którego właścicielem był Feliks Potempa z Woźnik, najechał na furmankę. Wozem konnym podróżował na targ do Tarnowskich Gór rolnik Franciszek Flak z Gniazdowa. Spłoszony warkotem silnika koń nagle wskoczył pod autobus, który został zniszczony. Nerwowy rumak zginął pod kołami. Ciężko ranny w nogi został właściciel autobusu, sam szofer doznał jedynie obrażeń ręki. Woźnica wyszedł z wypadku cało.

Mniej szczęścia miał Rajmund Michalski z Radzionkowa, który 9 lipca 1931 r. jechał na rowerze do pracy w kopalni Buchacz. Około godziny 5.45 najechał na niego furmanką woźnica Wrodarczyk z Radzionkowa. Rowerzysta dostał się pod końskie kopyta i koła wozu. Doznał złamania obojczyka i obu szczęk. Całkowicie zniszczony został rower. Pierwszej pomocy poszkodowanemu górnikowi udzielił sanitariusz z kopalni. Potem ranny trafił do szpitala w Szarleju. Płochliwy był także koń zaprzężony do furmanki prowadzonej przez 16-letniego Ferdyna z Chechła. Podczas przejazdu 19 sierpnia 1931 r. przez wiejską szosę w Starym Chechle ekipy przewożącej niedźwiedzie, zaprzężony do furmanki Ferdyna koń poniósł. Woźnica po upadku z wozu i przejechaniu przez koła doznał złamania nogi.

Do o wiele większej kraksy – chociaż niegroźnej - doszło 27 sierpnia 1931 r. na szosie z Nakła Śląskiego do Tarnowskich Gór. Około godziny 14 półciężarówka Towarzystwa Budowy Dróg „Sibit” wjechała w dwie furmanki. W jednym wozie konnym złamał się dyszel, w drugim uszkodzone było tylne koło. Podróżująca furmanką 55-letnia Getruda Małota z Nakła Śląskiego po upadku z wozu zwichnęła rękę. Wypadek spowodowany był wymijaniem się na wąskiej drodze furmanek, pomiędzy które wjechała ciężarówka.

Konie w okresie międzywojennym były na tyle cennym zwierzęciem pociągowym, że często padały łupem złodziei. Kradzież konia, który pasł się w Tarnowskich Górach na łące koło tartaku przy ulicy Sienkiewicza, zgłosił na posterunku policji 2 listopada 1931 roku Józef Hozen. Właściciel podał opis, wartego 200 złotych, porwanego 14-letniego wałacha maści kasztanowej, którego cechą szczególną był biały kwiat na lewej pęcinie.

Międzywojenni policjanci, aby zapobiegać licznym wypadkom z udziałem koni, często przeprowadzali kontrole drogowe zaprzęgów. A z przestrzeganiem przepisów przez woźniców nie było najlepiej. Tylko w czasie jednej kontroli drogowej 21 grudnia 1931 roku aż 3 furmanów nie miało dowodów tożsamości koni, w 5 wozach brakowało oświetlenia, jedna furmanka nie miała tablicy rejestracyjnej. W dodatku powożący konnymi pojazdami byli na bakier z przepisami ruchu drogowego. Trzech woźniców nieprawidłowo wymijało inne pojazdy, a jeden jechał beztrosko lewą stroną szosy. Winni ukarani zostali mandatami, co jednak nie wpłynęło na poprawę bezpieczeństwa, bo wypadków z udziałem koni wcale nie ubyło.

Paweł Bednarek

 

Okładka Montes nr 59

Okładka Montes nr 59