Boruszowiec - piękno utracone

Zwarta i gęsta zabudowa przemysłowego osiedla
Zwarta i gęsta zabudowa przemysłowego osiedla

„Boruszowca” na ogólnodostępnych mapach szukać nie warto. Szkoda czasu. Owszem, na starych planach niemieckich odnaleźć można „Boruschowitz”, a wyszukiwarka bez większego kłopotu zlokalizuje na terenie gminy Tworóg w powiecie tarnogórskim oficjalne Boruszowice – powstałe z mechanicznego spolszczenia poprzedniej, pruskiej nazwy.

Dzieło „„Boruszowca” jednak – którego symbolem pozostaje powszechnie przez miejscowych niegdyś stosowana, a obecnie zanikająca, archaiczna nazwa – tego „Boruszowca” już prawie nie ma. Kona na naszych oczach, przepoczwarza się w Boruszowice – wieś jak inne w bliskiej i dalszej okolicy. Ginie przygnieciony betonem i kostką brukową, szklistą dachówką i lśniącą z oddali blachą dachów nowopowstających domów, o obowiązkowo pastelowych kolorach, które rozłożywszy się wkoło, niczym hieny oczekują ostatniego tchnienia starego „Boruszowca”. Z drogi, nowe idzie! „Przeszłości ślad dłoń nasza zmiata (…) ruszymy z posad bryłę świata”.

Zwarta i gęsta zabudowa przemysłowego osiedla
Zwarta i gęsta zabudowa przemysłowego osiedla

Stary wszak wciąż jeszcze dyszy. Bo też niełatwo jest w mig zatrzeć ślady ponad stuletniej przeszłości. Zwłaszcza, kiedy powstawały pod czujnym okiem solidnych pruskich majstrów budowniczych. Toteż zrąb, szkielet dawnej kolonii przyfabrycznej nadal istnieje. Jak długo jeszcze?

Najefektowniej prezentują się pozostałości „Boruszowca” od strony Pniowca – wiejskiej dzielnicy siedemdziesięciotysięcznych Tarnowskich Gór – gdy po monotonnej wędrówce leśną drożyną niespodzianie zza drzew wychyną zarysy pierwszych budynków; ściany z czerwonej, klinkierowej cegły, kryte zmurszałą karpiówką w łuskę lub koronkę wielospadziste dachy o wymyślnych kształtach, zielone okna z łukiem, czasem jeszcze takież ażurowe okiennice, no i tworzące ten niezapomniany i bajkowy widok – czarne zastrzały szachulca na tle białego tynku.

Ilekroć przejeżdżam rowerem, niezmiennie zdumiewa, jakby zupełnie z innej scenografii architektura kolonii. Być może nie byłaby niczym szczególnym gdzieś nad Renem lub Mozelą. W leśno-rustykalnej przestrzeni odległych rubieży konurbacji górnośląskiej spodziewać się jednak można raczej typowo wiejskiej zabudowy – rozrzuconych wzdłuż drogi domów, masywnych stodół, zabudowań gospodarczych, dominującej nad pozostałymi budynkami wieży kościoła.

Tymczasem oczom gościa, który niechcący zabłądzi do „Boruszowca”, ukazuje się nagle zwarta i gęsta zabudowa przemysłowego osiedla. Wąskie uliczki biegną pomiędzy dwu lub czterorodzinnymi domami, otoczonymi ogródkami i chlewikami o fantastycznych formach. W niewielkiej odległości od osady znajduje się fabryka, czy raczej to, co dziś po niej pozostało. Swego czasu, w drodze na szychtę robotnicy mijali okazałą willę dyrektora przedsiębiorstwa, następnie uspołecznioną i zamienioną w przedszkole. Znajdowała się tam również szkoła, pełniąca najpierw funkcję tancbudy a później kaplicy przyzakładowa świetlica, a także lecznica i poczta. Do linii kolejowej Tarnowskie Góry – Opole, otwartej w 1858 r. jest raptem dwa kilometry.

W połowie XVIII w. uruchomiono w „Boruszowcu” hutę żelaza, by pod koniec XIX stulecia wybudować w jej miejsce fabrykę materiałów wybuchowych, Pulverfabrik Pniowitz GmbH. Trudno zresztą o lepsze położenie dla niebezpiecznego i wrażliwego ze swej natury zakładu niż kryjówka – schowana pośrodku lublinieckich lasów, z dala od rozrastających się przemysłowych miast regionu lecz w pobliżu szlaku komunikacyjnego. To właśnie wówczas, na przełomie XIX i XX wieku zaprojektowano i wzniesiono osiedle w typowym dla swoich czasów stylu.
W międzywojniu „Boruszowiec” przydzielony został Rzeczpospolitej. Nie więcej niż kilkaset metrów dzieliło go jednak od granicy. Do Republiki Weimarskiej, a za moment III Rzeszy przynależał sąsiedni (obecnie stanowiący jedną z Boruszowicami wieś), lecz jakże inny – całkowicie agrarny Hanusek. W 1924 r. zmieniono profil miejscowego zakładu, w którym ulokowała się Pniowiecka Fabryka Papieru „Lignoza” S.A.

Istotnie, estetyka dachówki i muru pruskiego nie jest na Górnym Śląsku widokiem szczególnym.  Któż nie spostrzegł jej w różnym natężeniu we wszystkich miejscowościach regionu, tak ośrodkach miejskich, jak i wiejskich? Nigdzie jednak nie zachwyca swą urodą tak, jak w „Boruszowcu” właśnie.

Wrażenie potęguje z pewnością położenie osady na skraju lasu oraz przejawiająca się na każdym kroku fantazja budowniczych przypominająca tę, znaną z siedmiogrodzkiej Sighişoary – toutes proportions gardées. I nie ma w tym porównaniu przesady. Domy rzadko są w „Boruszowcu” jednakowe, różnią się w zasadzie wszystkim: wielkością, kubaturą, bryłą, formą dachu i okien, umiejscowieniem wejścia, ornamentem belek szachulcowej konstrukcji itd.

Wszakże dopiero osobliwa spójność stanowi o specyfice i wyjątkowości kompleksu. To ona nadaje architekturze ramy estetyczne. Umożliwia wariacje z cegłą i dachówką w roli głównej, ograniczone jedynie wyraźną stylistyką narzuconą kolonii. Dlatego właśnie niespotykana na żadnym innym, ozdobna wieżyczka budynku poczty nie razi, wpisuje się przecież w ogólne wzornictwo projektu. Spójność nie przeszkadza różnorodności.

To, co współstanowi o unikatowości „Boruszowca”, na naszych oczach staje się jednak jego przekleństwem. Położony na obszarze powszechnie zwanym „zielonymi płucami Śląska”, podobnie jak reszta okolicy, przyciąga zamożniejszych mieszkańców konurbacji, którzy w poszukiwaniu stosunkowo nieodległych od centrum, a jednocześnie pozbawionych zgiełku i zanieczyszczeń stron, coraz częściej właśnie tam decydują się na zakup działki i budowę domu.

Trudno utyskiwać na gwałtowną zmianę wyglądu okolicznych wsi: Pniowca, Hanuska, Brynka, Mikołeski, Nowej Wsi Tworoskiej, Tworoga, Kotów, Potępy i tylu innych. Smutna ale naturalna jest także ewolucja charakteru pobliskich miejscowości: z rolniczych i hodowlanych w coraz bardziej podmiejskie (nawet jeśli oddalone od miast) – mniej lub bardziej ekskluzywne siedziby „miastowych”, którzy zamknięci ogrodzeniem parceli lub szybami klimatyzowanych samochodów, funkcjonują jakby zupełnie w oderwaniu, bez integracji z miejscową wiejską wspólnotą. Ale to już oddzielny i czekający wciąż na solidną analizę problem socjologiczny.

To, co poprzez swą powszechność uchodzi w okolicznych siołach, jest zabójcze dla „Boruszowca”, gdyż narusza historyczną tkankę unikalnej zabudowy osiedla. Jako całość pozostaje ona świadectwem przeszłości, pamiątką dorobku minionych pokoleń, podręcznikowym przykładem typowej architektury industrialnej (tak właśnie, budownictwa przemysłowego na wsi!), nieprzeciętne walory osady długo można by zresztą jeszcze wymieniać.

Niestety, przypadki dowolnej przebudowy znajdujących się w samym sercu kolonii obiektów nie są wcale rzadkie. Podobnie jak powstające w najbliższym sąsiedztwie, stylistycznie zupełnie odbiegające od tradycyjnego szablonu, domy i rezydencje. Z przykrością należy zauważyć, że trend ten nieobcy jest również miejscowemu Kościołowi katolickiemu.
Do niedawna funkcjonująca w dawnej świetlicy przyfabrycznej świątynia stanowiła naturalną część „Boruszowca”. Problem niedostatecznych rozmiarów budowli postanowiono jednak zniwelować w najprostszy z możliwych sposobów.

Forma nowego kościoła, zbudowanego w najbliższej okolicy uroczych domków głośno woła… o pomstę do nieba. Jedynym nawiązaniem do estetyki miejsca ma być potężne wole oko dachu od strony zachodniej oraz metalowa imitacja belek pruskiego muru. Marna to komunikacja z tradycją; nie tylko nie łagodzi dysonansu nieproporcjonalnie wielkiego dachu, dosłownie kosmicznych wieżyczek bocznych, nieprzystającej do reszty dzwonnicy lecz wzmaga wręcz poczucie irytacji widza. Wszechobecny beton, białe kolumny, wkrótce najpewniej uzupełnione różową kostką brukową – sprawiają, że podobna konstrukcja stanąć mogłaby gdzieś pośrodku wielkomiejskiego blokowiska, ale w „Boruszowcu” powinna być odrzucona jeszcze na etapie projektowania.

Jednak nie została, więc zapisze się jako signum temporis, świadectwo swojej epoki, ignorancji wobec miejscowej tradycji i ducha miejsca. Będzie gryzła się z otoczeniem, póki, pospołu z nowymi posiadłościami, nie przytłoczy go i nie zdusi do reszty. Po jednej stronie kruchy klinkier, po drugiej świeży beton – czy naprawdę tak trudno przewidzieć efekt zmagań starego z nowym, „Boruszowca” z Boruszowicami?

Kościół, którego na przestrzeni wieków, charakteryzowała ponadprzeciętna wrażliwość na piękno (nierzadko przybierał rolę mecenasa sztuki), współcześnie wydaje się całkowicie bezsilny wobec tandetnego trendu w budownictwie sakralnym. Nie dotyczy on zresztą samej tylko  architektury, ale także rzeźby (zalew polimerowych Janów Pawłów) i muzyki.

Zrozumiałe jest, że prawie pół wieku trwania skrajnie nieprzyjaznego religii systemu politycznego, w obliczu istotnych zmian demograficznych zmusiło hierarchów do akceptacji, lub może raczej czasowego przymknięcia oka na  szpetotę nowych kościołów. Niemniej to Prymasowi Tysiąclecia, któremu przyszło przewodzić wspólnocie w czasach PRL-u, przypisywane jest zdanie: „Umęczone formy są świadectwem umęczonej duszy”. Jak bardzo nadal muszą być umęczone, skoro dwadzieścia lat po zmianach ustrojowych, w miejscu wyjątkowego natężenia genius loci, rośnie świątynia zupełnie wbrew estetyce otoczenia?

Boruszowicki kościół to jednak także przykład porażki rozmaitych instytucji, powołanych do sprawowania pieczy nad ładem przestrzennym: począwszy od diecezjalnych komisji sztuki sakralnej i diecezjalnych konserwatorów zabytków, po administrację publiczną – rządową i  samorządową – powiatowego i wojewódzkiego konserwatora zabytków. Wreszcie jest klęską systemu edukacji estetycznej i kształtowania wrażliwości na piękno.

Trudno w tym miejscu nie odnieść „boruszowieckiego” osiedla do katowickiego Giszowca. Nim dostrzeżono subtelną urodę tego ostatniego i nim „Czarnym ogrodem” rozsławiła je na cały kraj Małgorzata Szejnert również znosić musiał w milczeniu okrutne sąsiedztwo bloków z wielkiej płyty.

Czy przykład „Boruszowca” stanie się przestrogą dla amatorów niczym nieograniczonej twórczości budowlanej, domorosłych architektów, miłośników radosnego eklektyzmu? Wątpliwe. „Boruszowiec” nie został nigdy wpisany na listę zabytków, Boruszowice jeszcze mogą się na niej znaleźć. Święty ku temu czas, by resztki leśnego kompleksu uchronić przed dalszą dewastacją, zachowując dla potomnych niepowtarzalny klimat i magię miejsca.

Kamil Łysik
Pierwotnie artykuł ukazał się w styczniu br.
w miesięczniku „Śląsk” Fot.: Autor

 

Okładka Montes nr 54

Okładka Montes nr 54