Nauka po niemieckiej stronie

Zdjęcie niemieckiej szkoły mniejszościowej przy ulicy Sienkiewicza. Fot. z archiwum SMZT
Zdjęcie niemieckiej szkoły mniejszościowej przy ulicy Sienkiewicza. Fot. z archiwum SMZT

Z powodu nieprzyjęcia dzieci do niemieckich szkół mniejszościowych w powiecie tarnogórskim rok przed wrześniową klęską wybuchł strajk szkolny. Rodzice przestali swoje pociechy posyłać do polskich szkół.

Leśniczy z Pniowca Henryk Hellebrandt wysłał 6 sierpnia 1937 roku do Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego skargę na tarnogórskie starostwo, które nie wydało mu zezwolenia na swobodne przekraczanie granicy polsko-niemieckiej. Leśniczy bowiem jako obywatel polski niemieckiego pochodzenia codziennie wysyłał z Pniowca, leżącego w Polsce, do tartaku kopalni „Bytom” w Niemczech dwie furmanki z drewnem. Wyjaśniał, że zatrudnia dwóch woźniców i „co miesiąc przywozi z Niemiec 300 marek i wydaje w Polsce”, kiedy nie otrzyma karty granicznej zmuszony będzie interes zlikwidować. Pisał także, że w Tworogu na terenie Rzeszy u jego matki przebywają i chodzą do szkoły jego dzieci, z którymi nie może „zerwać łączności”.

I właśnie tą ostatnią informacją zainteresował się Wydział Oświecenia Publicznego, którego urzędnicy nakazali sprawdzić tarnogórskiemu Inspektoratowi Szkolnemu, czy leśniczy zamieszkały w Polsce posiada zezwolenie na posyłanie dzieci do szkoły w Niemczech. Kierownik szkoły w Pniowcu K. Siwiński 14 listopada 1937 roku odpisał, że leśniczy bez zezwolenia posyła dzieci do niemieckiej szkoły w Tworogu. Poinformował również, że wnioski o ukaranie Hellebrandta grzywną nie zostały załatwione przez Okręgowy Urząd w Piasecznej.

Do szkoły za granicę

Sprawa dzieci Henryka Hellebrandta ukazuje, jak istotną w okresie międzywojennym była kwestia pozwoleń na naukę w niemieckich szkołach dzieci zamieszkałych w polskiej części Górnego Śląska. Zezwolenia takie wydawał rodzicom w powiecie tarnogórskim Śląski Urząd Wojewódzki, ale opiniował je Inspektorat Szkolny w Tarnowskich Górach. Niekiedy prośby rodziców załatwiane były pomyślnie. Zgodę na posłanie syna Rudolfa do zagranicznej szkoły otrzymał przykładowo 19 maja 1936 roku Reinhold Kansy z Tarnowskich Gór. W tym samym roku dziecko do niemieckiej szkoły mógł także wysłać Józef Bauer ze Strzybnicy. Jednak o wiele częściej zdarzały się przypadki nielegalnego uczęszczania dzieci do szkół w Niemczech. Jednym z takich dzieci był urodzony w 1927 roku Werner Pieper ze Świerklańca, który uczył się w niemieckiej szkole w Bytomiu. Zanim ojcu Wernerowi Pieperowi wymierzono jakąkolwiek karę, zdążył wyprowadzić się 15 października 1936 roku do Niemiec. Mniej szczęścia miał Augustyn Kapica z Radzionkowa, który syna Alfreda zapisał bez pozwolenia polskich władz do niemieckiej szkoły. Sąd Okręgowy w Katowicach ukarał go za to 20 października 1936 roku grzywną w wysokości 30 zł z zamianą na 3 dni aresztu.

Do silnego konfliktu władz oświatowych z rodzicami, którzy woleli, żeby ich dzieci uczyły się w niemieckich szkołach, doszło w mieście gwarków rok przed wybuchem II wojny światowej. Wpływ na zaognienie sytuacji z pewnością miało dążenie hitlerowskiego rządu do podporządkowania sobie Polski. Żródłem sporu nie była już nielegalna nauka dzieci za niemiecką granicą lecz w szkołach mniejszościowych w Polsce. W Tarnowskich Górach istniały wtedy Publiczna Szkoła Powszechna dla mniejszości z językiem niemieckim i Prywatna Wyższa Szkoła Męska i Żeńska z językiem wykładowym niemieckim. Edukację w obu szkołach mogły podjąć dzieci dobrze znające niemiecki. Tymczasem znajomość niemczyzny wśród maluchów wcale nie była dostateczna do rozpoczęcia nauki w placówkach z wykładowym językiem niemieckim. W lutym 1938 roku do mniejszościowych szkół niemieckich nie przyjęto 23 dzieci z powiatu tarnogórskiego.

Szkolny strajk w obronie niemczyzny

Skoro wiele ze zgłoszonych dzieci lepiej mówiło po polsku niż niemiecku, jakie były przyczyny wysyłania przez rodziców swoich pociech do niemieckich szkół? Powody były dość przyziemne. „Rodzice dzieci pracują po stronie niemieckiej albo pobierają renty inwalidzkie ze strony niemieckiej” – objaśniał rodzicielskie motywacje Wojciech Wróblewski, inspektor szkolny w Tarnowskich Górach, w piśmie wysłanym 2 marca 1938 roku do Wydziału Oświecenia Publicznego Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach.

Jeden z ojców nawet wprost oświadczył inspektorowi, że gdyby dostał odzież, to posłałby dzieci do polskiej szkoły. Z kolei bezrobotni liczyli na otrzymanie pracy w Niemczech. Ale oprócz motywacji czysto materialnych trafiały się też typowo nacjonalistyczne jak w przypadku Mariana Cygana, który stwierdził, że „nienawidzi wszystko co polskie”.

Część rodziców w złej sytuacji materialnej w obawie przed szykanami z niemieckiej strony przestała demonstracyjnie posyłać dzieci do polskich szkół. W październiku 1938 roku od obowiązku szkolnego uchylało się w powiecie tarnogórskim 65 dzieci. Taka ilość uczniów unikających nauki w polskich placówkach spowodowała, że władze oświatowe oficjalnie pisały już 26 listopada 1938 roku o „strajku szkolnym dzieci, których nie dopuszczono do szkół z niemieckim językiem nauczania” i domagały się sprawozdań od kierowników szkół.

Próbowano również karami skłonić rodziców do zaprzestania bojkotu polskiej edukacji. Sądy wymierzyły 5 rodzicom po 100 zł grzywny, ale żadnej nie ściągnięto, bo ukarani odwołali się do wyższej instancji. Zaskarżyli także do Najwyższego Trybunału Administracyjnego decyzje o nieprzyjęciu dzieci do niemieckich szkół. Jednym z nielicznych skutecznie ukaranych był Józef Bauer z Piasecznej, który odsiedział 3 dni w areszcie oraz wykonywał prace na rzecz gminy. „Ta ostatnia kara musiała mu dokuczyć, gdyż groził, że on sprawi, iż w Piasecznej wyrośnie szkoła niemiecka jak grzyb po deszczu” – raportował inspektor szkolny Wojciech Wróblewski. Przepowiednia mieszkańca Piasecznej ziściła się rok później po włączeniu polskiej części Górnego Śląska do III Rzeszy.

Ryszard Bednarczyk

 

Okładka Montes nr 54

Okładka Montes nr 54