Ucieczki zza krat

Budynek tarnogórskiego sądu. Pocztówka z początku XX wieku ze zbiorów SMZT
Budynek tarnogórskiego sądu. Pocztówka z początku XX wieku ze zbiorów SMZT

Po drabinie przez mur, uchyloną bramą lub przez wykute dziury w ścianie i wyłamane kraty – tak w międzywojennych czasach uciekali więźniowie z tarnogórskiego aresztu
W tarnogórskim więzieniu sądowym śledczo-karnym, zbudowanym jeszcze przez Niemców w 1898 roku, w okresie międzywojennym dochodziło do licznych ucieczek skazanych. Prokurator Sądu Apelacyjnego w Katowicach, który nadzorował placówkę, często i gęsto w wysyłanych okólnikach strofował naczelnika i dozorców za niedociągnięcia ułatwiające osadzonym rejteradę zza krat.

Pierwsze pisma katowickiej prokuratury apelacyjnej dotyczące dwóch zbiegów z tarnogórskiego więzienia pochodzą z lipca 1922 roku. Jednak dokładne opisy ucieczek skazanych rozpoczynają się dopiero dwa lata później, kiedy to naczelnik tarnogórskiego więzienia został zobowiązany do wysyłania do prokuratury apelacyjnej kwartalnych sprawozdań na ten temat. Zarządzenie prokuratury spowodowane było zapewne tym, że rok 1924 był naprawdę pechowy dla personelu, bo ucieczek wydarzyło się całkiem sporo.

List gończy za zbiegem

Czarna seria zaczęła się 2 kwietnia 1924 r. Wtedy podczas rewizji przechwycony został gryps, który zamierzał wysłać więzień Karol D. do swojej siostry przebywającej na wolności. W liście napisanym po niemiecku skazany pochwalił się siostrze, że zamierza uciec z więzienia. Skruszony winowajca przyznał się do winy, że przed Wielkanocą chciał wręczyć list siostrze. Za próbę porozumienia się z osobą spoza aresztu ukarany został ograniczeniem pożywienia do chleba i wody przez 4 tygodnie.

Udana za to była ucieczka Pawła K., który trafił na rok do celi za kradzież i fałszerstwo. Odsiedział już połowę wyroku, gdy 26 kwietnia 1924 r. wraz z 10 innymi więźniami wysłany został do czyszczenia ogrodu strzeleckiego. Skazani w grupie sprzątali liście, tylko Paweł K. samotnie pracował w pobliżu bramy. Po placu kręcił się także dzierżawca ogrodu, w którym znajdowały się zabudowania restauracji, pawilonu muzycznego i ustępów. Nagle osadzony podniósł dzbanek z chochlą i poszedł w kierunku wyjścia, sugerując, że idzie nabrać wody. Po przekroczeniu uchylonej bramy – jak później zeznawał dozorca Wiktor Gdawiec - „oddalił się w stronę lasu”. Za 28-letnim zbiegiem wysłano list gończy z dokładnym rysopisem, z którego wynikało, że Paweł K. miał 168 cm wzrostu, był blondynem o niebieskich oczach i znał języki polski i niemiecki. Za częściowo winnego ucieczki uznano dozorcę, który przyznał, że nie zamknął bramy.

Tylko częściowo udana była rejterada zza murów więzienia Walentego S., do której doszło 1 maja 1924 r. W tym dniu na podwórzu aresztu pracowało 32 osadzonych. Walenty S. nieco z boku liczył worki. Kiedy zauważył w kącie leżącą drabinę, podniósł ją i przystawił do muru od strony szpitala. Jak później zeznał, po przeskoczeniu muru, „zbiegłem w stronę lasu ku Czarnej Hucie”. Uciekinier miał jednak pecha, bo strażnik Józef Mendecki wszczął natychmiastowy alarm. Z meldunku dozorcy wynikało, że pościg dotarł za uciekinierem do lasu „gdzie natychmiast zauważono i jego pochwycono”.

Na opuszczanie aresztu bez zezwolenia decydowały się także uwięzione kobiety. Do takich odważnych dam należała Elżbieta Sz., która często prowadzona była do mieszkania służbowego dozorcy Józefa Skrzydły, gdzie sprzątała pokoje i korytarz. Ale 18 maja 1924 r. osadzona pracowała od rana przy szyciu ubrań. Kiedy zakończyła pracę, poszła do ubikacji. W tym czasie klawisz na 3 minuty wszedł do części administracyjnej więzienia, żeby zamknąć biura na klucz. Nieobecność dozorcy wykorzystała Elżbieta Sz. i wyszła przez drzwi prowadzące z korytarza biurowca do ogrodu internatu. Strażnik zaczął ścigać zbiegłą, ale nie złapał jej, bo znikła wśród ulicznych przechodniów. Sprytna więźniarka wykorzystała to, że wcześniej zorientowała się, że zamek drzwi z biurowca zamykany był na zatrzask i wystarczyło popchnięcie, żeby wydostać się na wolność.

Kary dla dozorców

Po tych dość bezczelnych ucieczkach dokonanych na oczach strażników Tadeusz Krzysztoforski, prokurator Sądu Apelacyjnego w Katowicach, w pisemnym okólniku rozesłanym do wszystkich naczelników więzień w województwie śląskim przestrzegał przed niedociągnięciami. Skazani „wykonują prywatne prace w prywatnych mieszkaniach dozorców – bez należytego nadzoru”. Zalecił między innymi „unikać wysyłania na prace poza więzieniem większej liczby więźniów z jednym dozorcą”.

Upomnienia udzielane dozorcom przez zwierzchników niewiele wpłynęły na poprawę sytuacji w tarnogórskim zakładzie karnym. Już latem na przygotowaniach do ucieczki złapany został Karol M. Więzień zatrudniony w warsztacie szewskim 11 lipca 1924 r. ukradł 2 pilniki. „Ukryłem je za spodnie i zabrałem do celi” – zeznał później. Najpierw próbował narzędziami wyłamywać mur w suficie. Zamierzał przez wykuty otwór wydostać się na strych, następnie po rynnie zejść na dół i uciec na wolność. Ale nie udało mu się rozbić zbyt twardej ściany budynku. Po krótkim odpoczynku o świcie usiłował przepiłować kraty. Jednak po 45 minutach do celi wszedł dozorca i zauważył uszkodzenia muru i nadpiłowane kraty. Podczas rewizji znalazł ukradzione pilniki. Za próbę ucieczki „więźnia M. nakazałem zamknąć do karceru od 12 lipca” – poinformował prokuraturę naczelnik więzienia Stanisław Twardowski. Niedoszły zbieg ukarany został 4 tygodniami odosobnienia.

Kierownictwo aresztu przesłuchało także więziennych strażników, żeby wykryć, jak doszło do kradzieży narzędzi z warsztatu szewskiego. Dozorca Józef Mendecki przyznał, że słyszał około godziny 2 w nocy jakieś szmery, ale zagłuszyły je odgłosy parowozu jadącego po torach w pobliżu dworca. Zaprzeczył tym zeznaniom Karol M., który oświadczył, że w nocy „była cisza i żaden parowóz nie jechał”. Ze swojego niedopatrzenia musiał wytłumaczyć się również drugi dozorca Wiktor Gdawiec, który przyznał, że nie zrewidował więźniów w warsztacie. Jedynie przed wejściem do celi kazał im rozebrać się do spodenek i podkoszulek, pod którymi „nic podejrzanego ukryć nie mogli” – wyjaśniał. Właśnie za to niedopatrzenie Wiktor Gdawiec ukarany został upomnieniem.

Nie na wiele zdała się ta kara, bo już 29 października 1924 r. podczas wydawania posiłków dozorca nie zamknął więźnia w celi tylko zostawił go na korytarzu. Jan T. wykorzystał okazję i podczas zmiany służby strażników zbiegł na podwórze przez drzwi, których dozorca zapomniał zamknąć. Augustyn Podzimski ukarany został za te niedociągnięcia 50 zł grzywny. Klawisz ten miał wyjątkowego pecha, bo 14 marca 1925 r. ponownie nie dopilnował więźnia Antoniego K., który na podwórzu aresztu przystawił deskę do muru i pomimo drutu kolczastego przedostał się na drugą stronę i uciekł.

Tym razem Augustyn Podzimski za to, że „spowodował ucieczkę więźnia” ukarany został przez prokuratora 75 zł grzywną.

Po tej kolejnej ucieczce Tadeusz Krzysztoforski, prokurator Sądu Apelacyjnego w Katowicach, w okólniku skierowanym 6 maja 1925 roku do naczelników więzień w województwie śląskim zalecił zastąpić na murach aresztów drut kolczasty, który „nogami i rękami można uchwycić”, szkłem wmurowanym w cegły. Nakazał także pilnować drabin, desek, skrzyń oraz zamontować w drzwiach bezpieczne zamki i zasuwy.

Na przełomie lat 1924 i 1925 sporo zamieszania narobiło w więzieniu samobójstwo Wincentego T., który 19 grudnia 1924 r. powiesił się na kracie w celi. Dozorca Józef Skrzydło zaklinał się podczas przesłuchania, że nie znalazł podczas rewizji u więźnia szelek ani paska. Z powodu podejrzeń prokuratury, że osadzony „jeden z tych przedmiotów posiadał” przesłuchani zostali jeszcze jeden dozorca i więzień, którzy zgodnie zeznali, iż pasek już wcześniej zaginął z depozytu.

Strażnika za kark i w nogi

Najbardziej zuchwała ucieczka wydarzyła się jednak w tarnogórskim areszcie trzy lata później. Około godziny w pół do szóstej rano 1 listopada 1927 r. dozorca Wiktor Gdawiec jak co dzień otworzył drzwi do celi nr 24, żeby wymienić kubły. Niespodziewanie strażnik poczuł, że ktoś łapie go za ręce i nogi. To był więzień Oskar P., który przyznał podczas późniejszego przesłuchania: „porwałem go jedną ręką za kark, drugą zasłoniłem mu usta”.

Do ataku przyłączyli się dwaj pozostali skazani Błażej D. i Józef Sz., którzy schwytali dozorcę i przenieśli na łóżko, gdzie zawiązali mu ręce i nogi. „Bili mnie i pchali do ust kawałki płótna z koszuli” – zeznawał Wiktor Gdawiec. Po skrępowaniu i zakneblowaniu strażnika skazani ukradli mu klucze do cel i bram więzienia. Częściowo poprzebierani w cywilne ubrania więźniowie zamknęli dozorcę w celi oraz pootwierali drzwi do cel nr 31 i 50. Następnie uciekli na podwórze aresztu, gdzie po desce przystawionej do muru wydostali się na wolność. Do uciekinierów przyłączyli się także trzej więźniowie z otwartych cel Albert M., Mieczysław G. i Franciszek R. „Widząc, że inni przechodzą przez mur, udałem się tamże i uciekłem” – wyjaśnił Mieczysław G., zaprzeczając równocześnie, że „nie był w zmowie” z trzema prowodyrami ucieczki, którzy – jak sami zeznali - zaplanowali ją już 27 października 1927 r.

Zamknięty w celi dozorca wydostał się z więzów i zaczął krzyczeć przez okno, że zbiegli więźniowie. Uwolniony przez kolegę natychmiast zaczął gonić zbiegów. Strzelił nawet z pistoletu w stronę muru więziennego, ale trafił jedynie w pozostawioną na drutach marynarkę jednego z uciekinierów. Zaalarmowani strażnicy wspólnie z wezwanymi policjantami ruszyli w pościg, udany jak się okazało wkrótce. Około godziny 9,30 w lesie w pobliżu gajówki Tłuczykąt ujęci zostali 3 uciekinierzy: Mieczysław G., Franciszek R., Oskar P. Kolejny ze zbiegów Józef Sz. sam zgłosił się do więzienia 22 listopada 1927 r. Do powrotu nakłonili go krewni, u których ukrywał się przez 3 tygodnie. Następnego uciekiniera Alberta M. policja ujęła 11 stycznia 1928 r. Wszyscy schwytani zbiegowie ukarani zostali za ucieczkę 6 tygodniami o chlebie i wodzie. Upomnienia otrzymali także naczelnik więzienia Stanisław Twardowski i dwaj dozorcy.

Bijatyki i demolki w celi

Po takiej widowiskowej i głośnej ucieczce w tarnogórskim więzieniu tak zaostrzono nadzór nad osadzonymi, że przez kilka lat nie odnotowano poważniejszych incydentów. Dopiero 8 stycznia 1931 r. uciekł z aresztu Paweł Z. Więzień ten uznany za niegroźnego, bowiem dwukrotnie wracał do więzienia z przepustki, został skierowany do pomocy woźnemu sądowemu. Skazany codziennie rano rozpalał w piecach ogrzewających budynek sądu. Jednak wspomnianego styczniowego poranka skusiła go wolność. „Przy wywożeniu popiołu uciekł mi więzień, którego otrzymuję do palenia” – zameldował po fakcie Roch Wiśniewski, woźny tarnogórskiego sądu. Winą za ucieczkę obarczono woźnego, o którym Stanisław Wojciechowski, naczelnik Sądu Grodzkiego w Tarnowskich Górach, w raporcie napisał: „jest to 70-letni starzec i usunąć go ze służby trzeba”.

W dokumentach odnotowano także inne więzienne incydenty. Przykładowo zdemolowanie celi nr 10 przez skazanego za napady rabunkowe 23-letniego Augustyna W., który 20 kwietnia 1932 r. zniszczył stół, krzesło, szafkę, miskę oraz ramę okienną, z której wcześniej wybił 6 szyb. Administracja więzienna obliczyła, że straty wyrządzone przez skazanego wyniosły 156 zł. Przyczyną niszczycielskiej furii było wypisanie osadzonemu przez więziennego lekarza tylko jednego proszku medycznego łagodzącego objawy dolegającej mu choroby alkoholowej. Cierpiał także na chorobę weneryczną, a – jak wyjaśnił podczas przesłuchania - „lekarz nie przeznaczył mnie do szpitala więziennego”. Furiat ukarany został dyscyplinarnie.

W areszcie doszło także 8 maja 1932 r. do pobicia Jakuba K., który w czasie posiłku pokłócił się ze współwięźniem o chleb. Podczas sprzeczki 37-letni Ryszard Sz. z Lublińca uderzył Jakuba K. w nos pantoflem. Za karę krewki aresztant spędził 3 dni o chlebie i wodzie oraz pozbawiony został przez tydzień spacerów po więziennym dziedzińcu. Dozorcy udaremnili również dwie próby ucieczki. W celi, gdzie odsiadywał wyrok Jan S., odkryli 15 listopada 1932 r. wyłom w ścianie, który skazany wydłubał nożem i żelazem oderwanym od pieca. Z kolei 27 grudnia 1932 r. za uszkodzenie piłą kraty i zniszczenie koców oraz prześcieradeł, z których upletli sznur do opuszczenia się z okna celi poza więzienie, Wincenty G. i Alfred Ż. ukarani zostali 48-godzinnym postem o chlebie i wodzie.

Na temat ucieczek, które zdarzyły się w późniejszych latach w tarnogórskim zakładzie karnym nic nie wiadomo, bo nie zachowały się żadne dokumenty na ten temat.

Ryszard Bednarczyk