Spółdzielnia w powijakach

Sklep kolonialny Borzuckiego. Ze zbiorów SMZT
Sklep kolonialny Borzuckiego. Ze zbiorów SMZT

Rolnik musi udać się do Żyda, bo nie ma kupca chrześcijanina” – skarżył się zarząd tarnogórskiej Spółdzielni Rolniczo-Handlowej „Rolnik”. Spółdzielcy - popierani przez burmistrza i starostę - w walce z konkurencją niemieckich i żydowskich przedsiębiorców często i gęsto sięgali po argumenty narodowe i religijne. Chociaż spółdzielnia konkurowała także z polskimi handlowcami

W maju 1937 roku 67 uczestników walnego zgromadzenia założyło w Tarnowskich Górach Spółdzielnię Rolniczo-Handlową „Rolnik”. Członkowie nowo powstałej spółdzielni wpłacili po 2 złote wpisowego oraz zadeklarowali kwoty udziałowe od 10 do 100 złotych. Ukonstytuowała się także 14-osobowa rada nadzorcza, w skład której wchodzili, obok rolników, burmistrz Tarnowskich Gór Fryderyk Antes, starosta Paweł Mierzwa, naczelnik gminy Radzionków Jerzy Ziętek, urzędnicy Wincenty Buczek i Teodor Feliks oraz piekarz Jerzy Sosna. Obecność wśród udziałowców burmistrza, starosty i naczelnika gminy oraz urzędników wynikała z poparcia sanacji dla polskiej spółdzielni. Władze komunalne były bowiem inicjatorami utworzenia firmy, która przeciwstawiłaby się w powiecie tarnogórskim przewadze niemieckich i żydowskich przedsiębiorców. SRH „Rolnik”, której prezesem został rolnik Gerwazy Kurek, zamierzała dostarczać rolnikom maszyny, nasiona, nawozy sztuczne, paszę, sól dla bydła i ludzi, węgiel, cement, papę, wapno. Zaplanowała także skupować od rolników mleko, ziarno i dostarczać mąkę tarnogórskim piekarzom oraz żywność do koszar.

Jak wyrugować z rynku Niemca i Żyda

Tymczasem pod koniec lat 30. XX wieku handel z rolnikami prowadziły w Tarnowskich Górach obce firmy. Dostarczaniem mąki zajmowało się przedsiębiorstwo, którego właścicielem był Brandys, Niemiec z Bytomia. Sprzedaż soli prowadził Ryszard Lebioda, drogerzysta z Katowic, natomiast hurtownię monopolu spirytusowego miała Spółdzielnia „Zagroda” z Lublińca, którą kierował Marian Ociepko, dyrektor Komunalnej Kasy Oszczędności w Lublińcu. Zarząd SRH „Rolnik” obliczył, że miesięcznie tarnogórscy piekarze zużywają do pieczenia chleba 25 wagonów mąki wartej 80 tys. złotych. Firma Brandysa za zaopatrywanie w mąkę tarnogórskich piekarni otrzymywała 5% prowizji, czyli około 4 tys. zł miesięcznie. Spółdzielcy z „Rolnika” postanowili przejąć handel mąką z rąk niemieckiego przedsiębiorcy, przez co zyskaliby regularny miesięczny zysk. Dochody zamierzali uzyskać również z handlu solą i spirytusem oraz tytoniem. Według obliczeń Spółdzielnia „Zagroda” zarabiała rocznie 40 tys. zł na handlu alkoholem.

Dlatego jeszcze przed rozpoczęciem 1 sierpnia 1937 roku działalności przez Spółdzielnię Rolniczo-Handlową „Rolnik” jej prezes Gerwazy Kurek powysyłał pisma o przyznanie koncesji. Polski Monopol Solny w Warszawie już 28 sierpnia 1937 r. nie zgodził się, żeby tarnogórska spółdzielnia handlowała solą. Oburzony zarząd „Rolnika” skierował skargi na decyzję solnych monopolistów do burmistrza Fryderyka Antesa oraz Izby Przemysłowo-Handlowej w Katowicach, prosząc o pomoc w załatwieniu koncesji. Katowicka IPH 10 września 1937 roku odpisała, że w mieście gwarków jest już hurtownia soli i Polski Monopol Solny nie mogła przyznać drugiej koncesji, gdyż handel solą nie budził zastrzeżeń. IPH odmówiła także poparcia „nieznanej spółdzielni”.

Po pierwszych porażkach w kolejnych pismach zarząd SPH „Rolnik” zaczął w walce z konkurencją używać argumentów narodowych i religijnych. W prośbie, którą 29 września 1937 roku wystosował zarząd do Śląskiej Izby Rolniczej w Katowicach, uzasadnienia zabrzmiały wręcz antysemicko. „Rolnik musi się udać do Żyda, bo nie ma kupca chrześcijanina” – przekonywał prezes i podawał przykłady wyzysku kupujących przez żydowskie firmy, które zarabiają na każdej sprzedanej maszynie do 50%. Siewnik sprzedany Kółku Rolniczemu w Nakle Śląskim przez Spółdzielnię „Rolnik” kosztował 610 zł, natomiast kupcy żydowscy chcieli 750 zł za taką samą maszynę.

W takim samym patriotycznym i katolickim tonie tarnogórscy spółdzielcy prosili o interwencję wojewodę śląskiego. W piśmie wysłanym 28 października 1937 roku do Michała Grażyńskiego prezes Gerwazy Kurek deklarował, że Spółdzielnia „Rolnik” „powstała pod naciskiem władz...przejmie handel z rąk wrogich polskości elementów niemieckich i żydowskich”. Warunkiem była jednak pomoc wojewody, którego tarnogórzanie poprosili o interwencję w sprawie koncesji w Polskim Monopolu Solnym i kredytu w Państwowym Banku Rolnym i „wyrwanie naszej spółdzielni z powijaków”. Skargi i prośby rozsyłane do urzędów i organizacji przyniosły wkrótce korzystny efekt dla rozwoju tarnogórskiej spółdzielni.

Po pierwsze pieniądze i ludzie

A początki – zwłaszcza finansowe - były niełatwe. Kwota 1619 złotych – pochodząca z udziałów członków - kapitału początkowego spółdzielni była zbyt mała, żeby rozpocząć z rozmachem działalność handlową. Zresztą już w pierwszym kwartale istnienia firmy wydano 377 złotych na opłaty notarialne i dzierżawę pomieszczeń. Od 1 sierpnia 1937 roku SRH „Rolnik” wynajmował od Adeli Josztowej magazyn o powierzchni 180 m kw. oraz stajnie dla 6 koni, biuro i skład z pokojem. Opłata czynszowa wynosiła 70 zł miesięcznie. Siedziba spółdzielni mieściła się w budynku przy Rynku 10. Na rozkręcenie interesu spółdzielcy dostali 8 września 1937 r. od Śląskiego Funduszu Rolnego 3 tys. zł bezzwrotnego zasiłku oraz 10 tys. zł kredytu. Także Komunalna Kasa Oszczędności w Tarnowskich Górach pożyczyła spółdzielni 15 tys. zł. Niestety nie udało się firmie uzyskać 50 tys. zł kredytu w Państwowym Banku Rolnym, choć gwarancją były prywatne majątki spółdzielców o wartości 330 tys. zł. Jednak nawet tak niewielkie zastrzyki gotówki pozwoliły SRH „Rolnik” rozwinąć skrzydła.

Poza prezesem Gerwazym Kurkiem i jego zastępcą Józefem Dombkiem spory wkład w uruchomienie spółdzielni miał Wincenty Szwed, magistracki urzędnik oddelegowany z Ratusza do pracy w SRH „Rolnik” od 1 sierpnia 1937 r. do 31 lipca 1938 roku.

W spółdzielni zatrudnione były także Katarzyna Grzegorczykówna i Magdalena Zdeblówna, których pobyt na chorobowym 19 stycznia 1938 roku zgłoszony został w miejscowej Kasie Chorych. Magazynierem został Ryszard Borowik, który wcześniej pracował jako subiekt w sklepie Leo Panofskiego, konsumie kolejowym oraz hurtowni towarów kolonialnych Władysława Borzuckiego, na co przyniósł odpowiednie rekomendacje pracodawców. O zatrudnienie ubiegał się już w styczniu 1937 roku, zanim SRH „Rolnik” rozpoczęła działalność. W biurze spółdzielczym zatrudniona została Wanda Świątek.

Czym zajmowali się pracownicy „Rolnika”? Poza wspomnianą sprzedażą nakielskiemu kółku rolniczemu siewnika za 610 zł, dostarczyli w grudniu 1937 roku kupcowi Adolfowi Bazanowi z Woźnik ważącą 26 kg wirówkę do mleka „Vega” wartą 135 zł. Przekazali 5 kg nasion trawy zamówione przez Urząd Gminy w Bobrownikach Śląskich. Jednak pierwsza większa transakcja z katowickim Młynem Kaszy i Makuchów Maksa Weichmanna zakończyła się kłopotami z rozliczeniem.

„Rolnik” zamówił 19 listopada 1937 roku 5 ton otrębów pszennych i żytnich. Za 100 kg obiecał zapłacić 15 zł 10 gr. i 65 gr. za każdy worek. Kiedy wagon otręb dotarł do tarnogórskiej spółdzielni, jej zarząd skrupulatnie wyliczył, że Max Weichamnn powinien zapłacić 130 zł za 200 worków i uzupełnić manko, które wynikło „wskutek pomyłki”. Otóż w każdym worku, jak napisał prezes spółdzielni „ważonym brutto na netto”, brakowało po pół kilograma otręb, czyli razem 262 kg. „Różnicę powyższą proszę nam przysłać najlepiej przy sposobności przez ich furmankę” – zaproponował zarząd „Rolnika”. Z taką wyceną transakcji nie zgodził się Max Weichmann i wypomniał spółdzielcom pomyłkę w piśmie wysłanym do spółdzielni 11 grudnia 1937 roku, przypominając, że „otręby były zapakowane w workach po 50 kg”, dlatego ważyły tylko 162 kg „dalsze 100 kg nie należą się panom”. Z zachowanej faktury wynika, iż spór zakończył się przelaniem przez katowickiego młynarza 154 zł na konto bankowe tarnogórskiej spółdzielni.

Bratobójcza walka o handel

W następnym roku SRH „Rolnik” zaopatrywał się już w mąkę na giełdach zbożowo-towarowych w Poznaniu i Katowicach płacąc każdorazowo po ok. 3 tys. zł. Spółdzielnia korzystała również z pośrednictwa Juliusza Fafloka, prowadzącego w Tarnowskich Górach firmę Zastępstwo Młynów. W ten sposób kupiła w styczniu 1938 roku 10 ton mąki żytniej w Młynie Parowym Krotoszyn. 100 kg maki żytniej kosztowało wtedy 30 zł 15 gr. Miesiąc później Józef Napieralski sprzedał „Rolnikowi” 10 ton ospy żytniej po 15 zł za 100kg . Do transportu rolnik wypożyczył spółdzielni na 10 dni 200 worków. W przypadku niezwrócenia worków w terminie opłata za udostępnienie worka wynosiła 1 grosz. Zakupiona przez spółdzielnię mąka, otręby i ospa sprzedawane były z zyskiem piekarzom i rolnikom.

Dodatkowe dochody przyniósł spółdzielcom handel. Od 1 marca 1938 roku w siedzibie „Rolnika” przy Rynku 10 uruchomiona została sprzedaż tytoniu. Zgodę na sprzedaż papierosów wyraził Polski Monopol Tytoniowy, z którego przedstawicielem Marianem Kozłowskim umowę, w imieniu spółdzielni, zawarł 26 stycznia 1938 r. Wincenty Buczek.

Konkurenci nie zasypiali gruszek w popiele i w obronie własnych interesów protestowali przeciwko rozwijaniu przez spółdzielnię handlu detalicznego, także uderzając w narodową strunę. Przyczyną ataków miejscowych kupców stał się zwłaszcza obrót produktami kolonialnymi. Tarnogórski oddział Polskiego Związku Stowarzyszeń Kupieckich 31 stycznia 1938 roku skierował nawet skargę do magistratu, w której napisał: „sprzedaż detaliczna kolonialnych artykułów uderza w tutejsze polskie kupiectwo”. Największą hurtownię kolonialną prowadził bowiem w mieście gwarków Władysław Borzucki.

Zarząd spółdzielni borykał się jednak nie tylko ze sprawami handlowymi. Sporo kłopotów przysparzały kwestie personalne. Dochodziło do konfliktów pomiędzy udziałowcami, członkami zarządu oraz pracownikami. Po roku działalności w „Rolniku” z nieznanych przyczyn zrezygnował z funkcji w zarządzie Antoni Bujoczek z Nakła Śląskiego. Inny członek zarządu Teodor Feliks, urzędnik starostwa, pochodzący z Bobrownik Śląskich, publicznie zarzucał uchybienia swoim spółdzielczym współpracownikom. Odgrażał się nawet, że powiadomi o nieprawidłowościach Radę Spółdzielczą w Warszawie. W tej sprawie interweniował sam burmistrz Fryderyk Antes i prosił o zgłaszanie uchybień właśnie jemu, jako przewodniczącemu rady nadzorczej SRH „Rolnik”.

Bez poparcia magistratu

Dopóki Fryderyk Antes pełnił urząd burmistrza Tarnowskich Gór spółdzielnia mogła liczyć na poparcie magistratu oraz starostwa tarnogórskiego, bo starosta Paweł Mierzwa również był jej udziałowcem. Komunalne władze szły więc firmie na rękę, czego przykładem było wypożyczenie z wydziału powiatowego do 15 kwietnia 1938 r. wagi z 5 ciężarkami i 2 skrzyniami do ważenia, nawozu i szufelki oraz sprzedaż za 335 zł supertomaszyny. Przy poparciu magistratu „Rolnik” otrzymywał też pożyczki z Miejskiej Kasy Oszczędności i mógł liczyć na przedłużenie spłaty. Jednak po odejściu ze stanowiska burmistrza Fryderyka Antesa w styczniu 1939 r. magistrat nie był już tak przychylny dla spółdzielni. Nowy burmistrz Jan Grzbiela 8 kwietnia 1939 roku upomniał się o zapłatę Ratuszowi 4466 zł za roczną pracę oddelegowanego do „Rolnika” Wincentego Szweda. Spółdzielnia miała wypłacać urzędnikowi co miesiąc 372 zł pensji. Tymczasem przez rok delegowania Wincenty Szwed pobierał wynagrodzenie z kasy magistratu.

Pogorszenie się stosunków z władzami uwidoczniło się w kontroli przeprowadzonej 7 lutego 1939 r. przez trzyosobową komisję. W protokole rewidenci wspomnieli, że księgi rachunkowe przejęły organy śledcze i sprawdzanie działalności finansowej przeprowadzili na podstawie odręcznej księgi. W uwagach komisja odnotowała brak wpisania słownie kwoty na jednym z rachunków. Dostrzeżono dwie pomyłki. W pierwszej pomniejszono o 20 gr. rachunek, w drugim przypadku kwotę zawyżono o 10 zł. Nie można było stwierdzić zgodności kwot podanych na listach utargu dziennego z kwitami bloczków. Dlatego rewidenci oświadczyli w protokole pokontrolnym: „Poleca się na kartce bloczka wymieniać ilości zakupionych towarów i należnej za nie kwoty”.

Ale prawdziwym ciosem w istnienie spółdzielni było żądanie natychmiastowej spłaty 15 tys. zł kredytu udzielonego przez Komunalną Kasę Oszczędnościową. Franciszek Palik, dyrektor KKO domagał się także od SRH „ Rolnik” zapłaty do 15 marca 1939 r. 8,5% odsetek, czyli 506 zł.  „Rolnik” mimo kłopotów utrzymał płynność finansową dzięki przelewom z 3. Pułku Ułanów oraz kontrahentów z Katowic, Krakowa i Sosnowca. W kwietniu 1939 roku spółdzielnia zamówiła w katowickiej firmie Pawła Wieczorka 8 ton cementu, płacąc 3,5 zł za 100 kg . Materiały budowlane sprzedała z zyskiem rolnikom. Ostatnim śladem działalności SRH „Rolnik” już po wybuchu II wojny światowej była zapłata zaległego rachunku przez szpital powiatowy. Lecznica 31 grudnia 1939 roku wpłaciła na konto firmy 83 zł za ocet, cytryny, 3 kopy jaj i 50 kg cukru. Jako polska spółdzielnia nie mogła już istnieć w czasie okupacji.

Ryszard Bednarczyk

 

Okładka Montes nr 51

Okładka Montes nr 51