Wspomnienie o poetce

Irma Erben-Sedlaczek
Irma Erben-Sedlaczek

Irma (właściwie Irmgard Brunhilde Mercedes Gisela Clotilda) Erben-Sedlaczek urodziła się 13 listopada 1879 roku w Tarnowskich Górach jako trzecie dziecko Heinricha Sedlaczka (07.04.1829-19.11.1886) oraz Ottilii Florentine z d. Böhm (1838-1906). Była prawnuczką założyciela najsłynniejszej tarnogórskiej winiarni – Johanna Sedlaczka (ur. 25.05.1756) i wnuczką Johanna Paula Sedlaczka (27.06.1796-25.01.1878), który handlował winem oraz prowadził księgarnię.

Ta idąca dwutorowo działalność rodzinna podzieliła również zainteresowania dzieci Huga i Ottilli. Najstarszy z synów – Hugo (22.03.1863-04.01.1918) handlował winem w Tarnowskich Górach, a następnie w Mŕd, w okolicach Tokaju. Jego młodszy brat Erwin (ur. 15.08.1871) był chemikiem kształcącym się na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie (w latach 1928-1946 Friedrich-Wilhelms-Universität), broniąc tytułu doktora 10 sierpnia 1895 roku dysertacją pt. Ueber einige Derivate des Methylhydrazins.  Był autorem kilku publikacji w swojej specjalności wydawanych w okresie międzywojennym. Natomiast ich siostra Irma obrała całkowicie odmienną drogę.

Status kobiety-pisarki w początkach XX wieku nie był łatwy. Wejście do środowiska poetów i pisarzy zapewnił jej z pewnością nie tylko talent, ale również małżeństwo z wydawcą i księgarzem dr. Heinzem Erbenem zawarte w jego rodzinnym mieście – Saaz (obecnie Žatec, Czechy). Po jego śmierci (Heinz Erben zginął podczas I wojny światowej) Irma przeprowadziła się w 1918 roku do Wrocławia, gdzie rok później, razem z Robertem Kurpiunem, prezentowała górnośląską kulturę. Z Robertem Kurpiunem z pewnością znała się już wcześniej, gdyż ten mieszkał w Tarnowskich Górach od 1893 roku aż do końca I wojny światowej. Można się również domyślać, że znała tarnogórskiego liryka i autora opowiadań Maxa Niedurnego (1875-1940), jednak brak dowodów na ich bliższe kontakty. Tarnogórskie środowisko artystyczne przełomu wieku nie było liczne, reprezentowane raczej przez jednostki niż charyzmatyczną grupę kształtującą światopogląd kulturowo-artystyczny czasu awangardy. Jednakże poezja Irmy zwróciła uwagę wybitnego bytomskiego pisarza Maxa Taua. Jego pierwszym tekstem jako badacza literatury było studium na temat śląskich poetów, w tym Irmy. (Max Tau: Irma Erben-Sedlaczek, Schlesischer Musenalmanach, Bytom, Jg.5, h.3, April 1919, s. 34-51.). Do 1919 roku udało jej się opublikować dwa tomy wierszy: Aus Kampf und Stille/Z walki i ciszy (Leipzig 1911, wyd.  Schäfer und Schönfelder), Reifendes Land/Dojrzewająca ziemia (Saaz 1913, wyd. dr Heinz Erben Saatz/Czechy) oraz bajkę Vergessen (Österreiche Frauenwelt, Jg. 4., Nr 10-12 (1914). We Wrocławiu opublikowała trzeci tom poezji pt. Die Stimme des Tages/Głosy dnia (Breslau 1922, wyd. Willy John), z którego pochodzą niżej załączone wiersze.

Prawdopodobnie za przyczyną Hermanna Stehra, którego wspomina poetka jako swojego duchowego przewodnika, zapisała się do czołowej wrocławskiej grupy artystycznej, otwartej również na artystyczną działalność kobiet, znanej pod nazwą Breslauer Dichterschule. W okresie schyłkowym istniejącej grupy literatów związała się z czasopismem „Der Neue Osten“ wydawanego przez odłam Wrocławskiej Szkoły Poezji i, co warte podkreślenia, była jedyną kobietą w tym środowisku. Ten dwumiesięcznik poświęcony kulturze, sztuce i krytyce był inicjatywą niemieckiego pisarza Alfonsa Hayduka. Został wydany w 1923 roku i wiązał się z takimi nazwiskami jak wspomniany już Hermann Stehr oraz: Bruno Arndt (kolejny górnośląski pisarz, którego docenił Max Tau poświęcając mu osobne opracowanie), Willibard Köhler, Reinhold Konrad Muschler, Pawel Kopal, Frith Walther Bischoff, Paul Heimann, Heinrich Dominik,  Max Hermann-Neisse, Will-Erich Pauckert, Paul Bernay, Friendich Muckermann. W swoim programie odrzucali modernizm na rzecz sztuki ludowej (Heimatkunst), stąd otwierający numer artykuł Hermanna Stehra dotyczył siły oddziaływania poezji Eichendorffa.

Nie wiadomo jak bardzo zmieniła się poezja Irmy pod wpływem pisarzy z Breslauer Dichterschule i założeń programowych „Der Neue Osten“. Brak dostępu do jej twórczości oraz informacji biograficznych tego czasu oraz okresu praskiego (w 1926 roku Irma przeprowadziła się do Pragi) uniemożliwia próbę wszelkich osądów. Nie wiadomo też jakie czynniki wpłynęły na zmianę pobytu, tę i kolejną, jaką był Innsbruck, gdzie poetka została aż do śmierci. Przed wyjazdem do Pragi opublikowała jeszcze nowelę Ein Wintermärchen (w: Deutsches Land. Zwölftes Heft, Jahrgang 1925. Illustrierte Blätter fü Heimat und Haus, für Reise- und Wanderlustige. Zeitschrift für Verkehrspolitik und Verkehrswerbung, red. P. Kabisch, wyd. Helingsche Verlangsanstalt, Leipzig 1925) oraz wspomnienia („Oberschlesien” Berlin, Jg. 2. 1925).

Irma Erben-Sedlaczek jako poetka została całkowicie wymazana ze świadomości tarnogórzan. Swoją poezję wydawała poza rodzinnym miastem, co z pewnością dodawało jej splendoru. Być może w tamtym czasie miasto chwaliło się poetką na łach „Tarnowitzer Zeitung” lub „Tarnowitzer Wochenblatt”. Czy była poetką literackiego Parnasu na arenie międzynarodowej początku wieku i okresu międzywojennego? Z pewnością przynależność do Breslauer Dichterschule była nobilitująca, ale nie przyniosła jej takiej sławy jaką cieszyli się wówczas Hermann Stehr, Carl Hauptmann, Wilhelm Arent, Arthur Silbergleit, Paul Mühsam, Walter Meckauer.

Alfons Perlick pisząc o Irmie, dostrzegał lokalny charakter jej poezji, przywiązanie go górnośląskich pejzaży. Rozsmakowywał się w jej liryce o silnym zabarwieniu uczuciowym: „Jest ona jedną z nielicznych osób, które w wielkim mieście wyczuwają poezję, w zastygłych przedmiotach przeczuwają życie, które na kamiennej pustyni dostrzegają kwiaty, słyszą płochliwego ptaka śpiewającego w klatce, a nade wszystko oplatają poezją rzeczowo-skrzętną egzystencję miasta.” (Alfons Perlick, Aus dem Tarnowitzer Lande: Heimatkundliche Beitrage, Breslau, Oppeln 1941, s. 83.). Wiersze, które przetrwały do naszych czasów głęboko zakorzenione są w ideii „estetyzmu” – odnalezienia w smutku istnienia śladów piękna w świecie dającym sens życia. Jej liryka zamknięta jest w kręgu przeżyć i wzruszeń najgłębiej osobistych związanych niewątpliwie ze śmiercią męża.

Maria Marciniak

***

Wszystkie poniższe wiersze pochodzą z tomu Die Stimme des Tages/Głosy dnia (Breslau 1922, wyd. Willy John). Z uwagi na brak jego dostępności poniżej podaję źródła.

Tłumaczyła Renata Markiewicz urodzona w Nowej Rudzie na Dolnym Śląsku, absolwentka germanistyki Uniwersytetu Wrocławskiego, emerytowana nauczycielka języka niemieckiego, pracuje jako tłumacz przysięgły, mieszka w małej miejscowości Szczuczyn na Podlasiu. Tłumaczyła opowiadania austriackiej pisarki Jeannie Ebner, które ukazały się na łamach czasopism „Literatura” i „Zwierciadło”. Przełożyła zbiory wierszy Piotra Chrzczonowicza Sens istnienia/Der Sinn des Daseins i Sceny z życia/Augenblicke des Lebens oraz cykl wierszy Aresa Chadzinikolau pt. 21 kobiet.

Do mojego Górnego Śląska

Kraju mój, jak brzmiała twa pieśń?
Twardo i ostro od młotów dudnienia!
Mimo to była tak piękna, tak zwycięska.
Kominy fabrycz ne górowały nad krajem
dumniej niż ściana twych lasów.
Praca, ta święta kobieta,
o dłoniach szorstkich i spękanych,
błogosławiła twój rozkwit.
Kraju mój, gdzie została twa pieśń?
Jęcząc zamarła jej melodia,
kiedy zakrzyczały ją powstania!
A wstęga twych trzepoczących dymów
jak żałoba powiewała nad krajem.
Praca, ta święta kobieta,
o dłoniach szorstkich i spękanych,
odwróciła swą twarz.

Kraju mój, jeszcze żyje twa pieśń!
My, twoje dzieci, strzeżemy jej wiernie;
my, twoje dzieci śpiewamy ją na nowo!
My, twoje dzieci, pracowitymi rękami
zachowamy twego ducha, mój śląski kraju
Praco, ty święta kobieto,
pobłogosław śląskie błonie!
Pomóż nam zachować ojczyznę!
(w:) August Klink:  Der junge Oberschlesier
in der Heimat und im Beruf als angehender
Staatsbürger: ein Lese- und Hausbuch
für die schulentlassene männliche Jugend
in ländlichen Fortbildungsschulen, Jugendheimem
und ähnlichen Anstalten, Breslau Oppeln 1928.


An mein Oberschlesien

Mein Land, wie klang dein Lied?
Hart und herbe vom Hammergedröhn!
Dennoch war es so sieghaft, so schön.
Stolzer als deiner Wälder Wand
ragten die Schlote über das Land.
Arbeit, die heilige Frau,
mit Händen rissig und rauh,
hat dein Gedeihen gesegnet.

Mein Land, wo blieb dein Lied?
Stöhnend erstarb seine Melodie,
seit der Aurruhr sie niederschrie!
-Und deiner Rauchfahnen flatterndes Band
wehte wie Trauer über das Land.
Arbeit, die heilige Frau,
mit Händen rissig und rauh,
hatte ihr Antlitz gewendet...

Mein Land, noch lebt dein Lied!
Wir, deine Kinder, hegen es treu;
wir, deine Kinder, singen es neu!
Wir, deine Kinder, mit schaffender Hand,
wahren dein Deutschtum, mein schlesisches Land!
Arbeit, du heilige Frau,
segne die schlesische Au!
Hilf uns die Heimat erhalten!
Drzewa w wielkim mieście

Wzniecony tysiącem kroków kurz
pokrywa ich zieleń. W krzykliwej różnorodności -
jak wzburzona fala - zgiełk miasta
przetacza się obok ich pnia.
A one stoją spokojne i wolne
i wznoszą nietknięte liściaste korony
w nietknięte ciche regiony.
I to marzenie, które było w nich od prapoczątku:
marzenie o wielkiej, świętej ciszy lasu
sączy się, jak ciche błogosławieństwo, niewidzialnie
z ich gęstych, delikatnie kołyszących się gałęzi.

(w:) Alfons Perlick, Aus dem Tarnowitzer Lande:
Heimatkundliche Beitrage, Breslau;
Oppeln 1941, s. 84-85.


Bäume in der Großstadt

Von Tausenden von Schritten aufgewühlt,
deckt Staub ihr Grün. In grellem Vielerlei -
wie eine aufgepeitschte Woge - spült
der Lärm der Stadt an ihrem Stamm vorbei.
Sie aber stehen ruhevoll und frei
und heben unberührte, laub’ge Kronen
in unberührte, stille Regionen.
Und der von Urbeginn in ihnen war:
der Traum vom großen, heil’gen Waldesschweigen
rinnt, wie ein leiser Segen, unsichtbar
aus ihren dichten, zartbewegten Zweigen.
Ostatnia melodia

Wielki bożek Pan niżej nastroił swą fletnię
i ciszej rozbrzmiewa melodia roku;
a dźwiękami słodkiej melancholii wzywał
tych co odchodzą - i przyszli wszyscy!

Przybyły kolory i płomienie słońca,
by kłębić się w czerwonych bachanaliach -
o zmroku padają martwe
zapłoną i zapalą się innym razem -

I nic już nie wiedzą o kurczeniu się czasu
w ostatnim, wielkim upojeniu świata słońcem.
Dopóki dużego białego całunu
nie będzie ciężko trzymał szary świt.

(w:) „Der Oberschlesier“ 1926, Jg. 8, Heft 11.


Letzte Weise

Der große Pan stimmt seine Flöte tiefer
und leiser klingt des Jahres Melodie,
Doch mit den Tönen süß von Wehmut, rief er
die Scheidenden und - alle kamen sie!

Die Farben kamen und die Sonnenflammen,
zu schwingen sich in rotem Bachanal -
sie sinken in der Dämmrung tot zusammen
und lohn und lodern auf zum andern Mal -

Und wissen nichts mehr von der Zeit Verringen
im letzten, hohen Sonnenrausch der Welt...
Bis schwer das große, weiße Sterbelinnen
ein grauer Morgen in den Händen hält.
Ręce

Wędrowałam daleko
przez bezkresną zimę
samotności.

Chciałam zagubić się w dali i w śniegu
a mój ból - mój krwawiący, palący ból
miał wraz ze mną zginąć, - sczeznąć...

A był jakiś ruch we mgle - osobliwy i bezładny.
Tak - jakby wyciągały się bez końca
ręce, szukające mnie po omacku ręce.

Jedne żądały - władczo i szorstko!
Sięgały po płaczącą kobietę,
by wydrzeć ją białej,
bezdusznej samotności!
Te odtrąciłam!
Lecz nowe
Przeciskały się ku mnie, wabiły i wzywały:
„Nie idź tą samotną ścieżką! Wybierz tę,
która wiedzie do przyjaciół. - Ciesz się
swą młodością - poszukaj szczęścia!”
Te ominęłam. - Wtedy zbliżyły się
inne - które p r o s i ł y!
Jedynie o mnie -
o mnie i moje znużone, zubożałe życie...
Tym je oddałam!

(w:) Paul Knötel, Oberschlesien:
ein Land deutscher Kultur, 1921, s. 35.


Hände

Ich wanderte weit
durch den endlosen Winter
der Einsamkeit.

Wollte in Ferne und Schnee mich verlieren
und mein Weh - mein blutendes, brennendes Weh
sollte mit mir erstarren - erfrieren...

Da war ein Bewegen im Nebel, seltsam und kraus.
So - als streckten ohn’ Ende,
Hände, tastende Hände suchend sich nach mir aus.

Manche forderten herrisch und rauh!
Griffen nach der weinenden Frau,
sie der leblosen, weißen
Einsamkeit zu entreißen!
Diese stieß ich zurück!
Doch neue
drängten sich an mich, lockten und wiesen:
„Geh nicht den einsamen Pfad! Wähle diesen,
der zu Gefährten dich fuhrt, - Erfreue
dich deiner Jugend, - such dir ein Glück!”
Und ich wich ihnen aus. - Da nahten
andere sich, die - b a t e n!
Einzig um mich -
Mich und mein müdes, verarmtes Leben...
Denen - hab ich’s zurückgegeben!
Choinka

Było tak: kiedy dzień ciągnął się bez końca,
a my w dzieciństwie nie mogliśmy doczekać się Dzieciątka,
że chyba ze sto razy biegaliśmy do matki:
„Czy jeszcze długo do wieczora?”
A ona z czułym uśmiechem
przystawała przy małym urwisie:
„Zaczekaj jeszcze chwilkę, żeby się ściemniło,
Wtedy w pełnym blasku zobaczysz swą choinkę!”

A dziś, gdy ze zmęczonym sercem
jak dzieci błagamy Ojca wszystkich ojców:
„Kiedy, Panie, kiedy wreszcie zapłoną moje świeczki,
Kiedy wreszcie ujrzę swe spełnienie?”
Delikatny powiew, jak matki kojący gest,
muska nasze czoło:
„Zaczekaj jeszcze chwilkę, aż się ściemni,
wtedy w wiecznym blasku będzie stała twa choinka!”

(w:) „Der Oberschlesier“ 1925, Jg. 7, Heft 12.


Weihnachtsbaum

Es war: als nie der Tag ein Ende nahm,
wenn man im Kinderlande harrte auf den Christ,
dass man wohl hundertmal zur Mutter kam:
„Ob es noch immer lang bis Abend ist?”
Und lächelnd blieb, mit zärtlicher Gebärde,
die Gute bei dem kleinen Wildfang stehn:
„Wart noch ein Weilchen, bis es dunkel werde,
dann sollst du deinen Baum im Glänze sehn!”

Und heut, da wir mit müdgewordnen Herzen
zum Vater aller Väter kindlich flehn:
„Wannn, Herr, wann endlich brennen meine Kerzen,
wann endlich soll ich die Erfüllung sehn?“
Streichts, wie der Mutter tröstende Gebärde,
hin über unsre Stirn mit lindem Wehn:
„Wart noch ein Weilchen, bis es dunkel werde -
dann soll dein Baum in ew’gem Glänze stehn!“
Jesienne powroty

I znowu nad spokojną ziemią rozciąga się
ostatni, smutny uśmiech późnej jesieni.
Ulice, te niedawno jeszcze hardo i jasno
migoczące w skwarze słońca długie ulice,
leżą teraz łagodnie rozmarzone w ciepłym blasku
i - z wolna usypiają pragnienie wędrówki.
Czar ojczyzny - prawie zapomniany  oszołomieniu obczyzną,
ten czar kłania się z każdego kamienia.

Niepokój wiosny milknie w naszej krwi,
a letnie marzenia umarły przy drogach...
bezruch, w którym spoczywa s p e ł n i e n i e,
powoli nabrzmiewa ku dojrzałości.

(w:) Paul Knötel, Oberschlesien:
ein Land deutscher Kultur, 1921, s. 30.
Heimkehr im Herbst

Und wieder steht das letzte, wehe Lächeln
des späten Herbstes über stillem Land.
Die jüngst noch hart und hell im Sonnenbrand
gegleißt, die weitgedehnten, weißen Straßen,
sie liegen mild verträumt im warmen Schein
und - schläfern sacht die Wandersehn sucht ein
Den wir im Rausch der Fremde fast vergaßen,
der Reiz der Heimat grüßt aus jedem Stein.

Des Frühlings Unrast schweigt in unserm Blut,
und Sommerträume starben an den Wegen...
Ein Stillesein, in dem E r f ü l l u n g ruht,
schwillt langsam seinem Reifetag entgegen.

 

Zapomnienie

bajka Irmy Erben-Sedlaczek

W długi czerwcowy dzień uboga kobieta poszła do lasu szukać jagód i ziół. Miała skulone plecy, jednak nie ze względu na wiek, lecz z trudu cierpienia, jakie los zgotował kobiecie  przez wszystkie lata jej życia. Szła wolno, pogrążona w posępnych myślach, zatrzymała się dopiero gdy usłyszała zmęczony, drżący głos staruszki proszący o jałmużnę. Żebraczka przytrzymała ją chwilę za rękę. Kobieta bez zastanawiania sięgnęła do kosza, przełamała chleb i oddała jego większą część. Skurczona postać staruszki nagle uniosła się do góry, łachmany opadły na ziemię, a przed przestraszoną kobietą stanęła łagodnie uśmiechnięta piękna wróżka.

„Nie bój się dziecko”, powiedziała, a jej głos był jak ciepły podmuch wiatru, który delikatnie muska kwiaty, „nie bój się, bo ja chcę dobro dobrem spłacić. Lata udręki i goryczy mogły znieczulić twoje serce na cierpienie innych. Najszlachetniejsze ludzkie uczucie – litość – jest nadal żywe w twoim sercu. Moja władza jest ograniczona, mogę spełnić tylko jedno życzenie, dlatego zastanów się, czego byś chciała”.

Kobieta zastanowiła się, ale nie znajdowała niczego, co wydawałoby się warte życzenia. Bogactwo? Po co? Nie potrzebowała go. W jej skromnym życiu wystarczały do pracy jej ręce, a ci, o których chętnie by się zatroszczyła, już nie żyli… Zdrowie? Mogą go pragnąć ci, którzy mają przed sobą jeszcze długie życie, jej nie zostało wiele, była gotowa odejść każdego dnia.

Wtedy odezwał się w jej myślach ponury głos – ogromne i przygniatające cierpienie, które jej nigdy nie opuszczało. Śledziło ją na wszystkich drogach, a nocą siedziało przy niej i szeptało do niej w snach; rano stało w wąskim oknie i zasłaniało światło. Kobieta przestała się zastanawiać. Padła wróżce do nóg, uniosła błagalnie ramiona i krzyknęła: „Daj mi zapomnienie!”

Oczy wróżki były poważne, kiedy pochyliła się nad proszącą. „Czy zastanowiłaś się nad tym, czego żądasz? Mogę spełnić twoje życzenie, ale tylko całkowicie i bezwarunkowo! Z dzisiejszym dniem całe twoje dotychczasowe życie zostanie w tobie wymazane z pamięci; będziesz z tego zadowolona?”
„Tak! Tak! Tak!” – krzyknęła kobieta w ekstazie.

Wróżka zawahała się. „Muszę ci dać to, o co prosisz”, powiedziała spokojnie, „moje słowo zobowiązuje mnie samą, ale zanim uśpię twoje myśli, pozostawię coś w twojej świadomości: za rok powinnaś się pojawić o tym samym czasie i w tym samym miejscu; ty będziesz tego nieświadoma, ale moja wola przywiedzie cię tutaj. Wtedy będę oczekiwać i pytać, czy mój dar zapewnił ci szczęście, ponieważ chciałam cię obdarować dobrem”.

Po tych słowach wróżka pochyliła się nad klęczącą, pogłaskała ją delikatnie, dotykając czoła i oczu. Dotknęła również jej serca i wyciągnęła ręce, jakby dawała coś niewidzialnego. Jeszcze raz zwróciła się do kobiety, która pod wpływem delikatnego dotyku był pogrążona we śnie, a jej wzrok spoczywał na wróżce ciężko i boleśnie, po czym wróżka rozpłynęła się jak delikatna mgiełka, niczym sen.

Pierwsze cienie zachodzącego słońca przebłyskiwały już przez gęste gałęzie, kiedy kobieta obudziła się. Spała tak głęboko, o niczym nie śniąc, że nie mogła sobie długo przypomnieć, gdzie właściwie była. Kiedy jasnymi oczami rozejrzała się dookoła, las wydawał się jej tak dziwnie obcy i zmieniony, jakby widziała go po raz pierwszy. Sięgnęła do koszyka, który stał obok niej wypełniony po brzegi dojrzałymi jagodami. Pomiędzy owocami wetknięte były intensywnie pachnące zioła związane w bukieciki.

„Byłam dzisiaj bardzo pracowita”, pomyślała kobieta, „dziwne, że nie mogę sobie w ogóle przypomnieć, gdzie nazbierałam tak dużo jagód; jak mocno musiałam zasnąć!”

Wstała, wzięła swój koszyk i ruszyła w drogę do domu. Mimo że była wypoczęta, droga wydawała się jej długa, dużo dłuższa niż zazwyczaj – szła dzisiaj po raz pierwszy sama – zazwyczaj były przy niej jej myśli… Tak obco i bezdusznie szumiał obok niej potok. Nie myślała już przy jego wartkim strumieniu o srebrnym głosiku chłopca o blond włosach, jej pierworodnego synka, który zawsze wybiegał naprzeciw, kiedy wracała z lasu. Drepcząc obok niej, gawędził na wyścigi z bystrym nurtem wody.

Nie płakała również, kiedy przechodziła obok małego wiejskiego cmentarza, nie odwróciła też głowy w kierunku czarnego krzyża, który wystawał z pięknie zadbanego grobu. Przeszła obok kościółka i nie pamiętała o pięknej, szczupłej panience, której czoło całowała, błogosławiąc, zanim uklęknęła obok przystojnego męża przed ołtarzem. Weszła przez drzwi do swej ubogiej chaty i nie pomyślała po raz pierwszy od lat o tym, jak jej mąż często wychodził jej na powitanie, uśmiechnięty i życzliwy, zmęczony, ale zadowolony z ciężkiej pracy dla jego bliskich…

Małe, czyste izby ze starymi meblami wydawały się jej zimne i głuche. Mała kołyska w kącie, z którą się nigdy nie chciała pożegnać, nie miała niczego do powiedzenia o pięknym młodym życiu, które w niej gaworzyło, pokrzykiwało z radości i wypełniało małą chatę słońcem.

Stary fotel koło pieca milczał, w przeciwnym razie zacząłby o zachodzie słońca szeptać głosem kochanej babci. Ze ściany patrzył obraz mężczyzny w marynarskim mundurze, ale nie przemawiał już do kobiety. Nie mówił niczego więcej o gorzkim i ciężkim pożegnaniu na zawsze, nic o odległym, słonecznym dniu, o tańcu pod wiejską lipą, przy której wszystkie dziewczęta podglądały zazdrośnie jak ładny, niezapomniany młody chłopak nieoczekiwanie wrócił do domu i tańczył tylko z nią…

Wkrótce kobieta położyła się do łóżka. Zasnęła mocno, nie śniąc o niczym i kiedy się obudziła, zobaczyła ponownie po latach jak jasny, ciepły poranek lśnił w jej oknie. Oddychała niezwykle lekko, napięcie i ciężar napierały na jej piersi, ale ona miała w sobie przenikliwą pustkę. Ta pustka o nieokreślonym źródle pozostała w kobiecie; szła, jakby miała zapaść się pod ziemię. Marzła w samym słońcu a sąsiedzi, którzy wymieniali z kobietą kilka słów, spłoszeni schodzili jej z drogi, bo bali się jej oczu, które spoglądały bezdusznie i obco.

Samotna kobieta w nieokreślonym strachu i utrapieniu zaczęła szukać cennego dobra, które kiedyś miała i które wyślizgnęło się jej z rąk. Szukała tego, co kiedyś posiadała, czego nie mogła dokładnie nazwać i za czym tęskniła dzień po dniu, godzina po godzinie. Szukała zaufanych głosów, które powinny ją uratować z otaczającego lodowatego milczenia – szukała czegoś ciepłego, żywego, co wypełniłoby okropną, skostniałą pustkę w jej piersi…

Tak minął rok. Kobieta poczuła nieunikniony przymus, by skierować swe kroki do lasu, w to samo miejsce, gdzie spotkała ją wróżka. W południe przed kobietą stanęła wysoka, uśmiechnięta i nieskończenie łagodna postać.

„Nie musisz mi nic mówić, biedne dziecko, twoje oczy mówią wyraźnie o tym, że mój dar nie przyniósł ci szczęścia i błogosławieństwa. Dlatego chcę ci go zabrać, niczego więcej nie wymagam, ale kiedy oddam ci twoje cierpienie, poznaj jak bardzo je kochasz i jak nieodłączne związane jest z twoim życiem!”
Wróżka pocałowała kobietę w czoło, oczy, serce i zniknęła. Kobieta poczuła, jakby wyważono tysiące zamkniętych w niej bram – szeroko rozłożyła ramiona, by objąć na nowo swoje cierpienie, ale ono zagnieździło się w niej poufnie i uśmiechało się do niej smutnymi oczami wspomnień.

tłum. Barbara Marciniak-Jędrzejczak

 

Okładka Montes nr 51

Okładka Montes nr 51