Cena prawdy

Góra Św. Anny
Góra Św. Anny

Rozmyślania o Górnym Śląsku

Powoli prawda o pogmatwanych i niejednoznacznych losach Ślązaków karczuje sobie drogę poprzez gąszcz kłamstw, półprawd, stereotypów i frazesów. 21 maja na Górze Św. Anny w 90. rocznicę wybuchu III powstania śląskiego usłyszeliśmy w oficjalnych przemówieniach słowa, które dotychczas padały rzadko, a z ust dostojników takiej rangi – chyba nigdy.

I o ile mogliśmy oczekiwać ze strony księdza biskupa Andrzeja Czai – następcy arcybiskupa Alfonsa Nossola, słynącego z głoszenia prawd niepopularnych i nie owijania słów w bawełnę – wyrazów oddających hołd ofiarom po obu stronach konfliktu, to prezydent Bronisław Komorowski sprawił Ślązakom miłą niespodziankę, doceniając ich aspiracje, „krzepnącą w coraz większą siłę samorządność”, dostrzegając, że: „dramat tamtego czasu podzielił nie tylko śląskie wioski i miasta, ale także familoki, a często i poszczególne śląskie rodziny”.

Jakżeż różnią się te słowa od treści wypowiadanych przez polityków (nie napiszę: niektórych, gdyż prawie każdy, próbujący coś o Górnym Śląsku powiedzieć, wychodził na ignoranta). Jak widać niezrozumienie Śląska, to zjawisko w Polsce powszechne, nie jest jednak tak (jak przekonuje Kazimierz Kutz), że ma charakter zwyrodnienia i usunąć go nie sposób. Z Góry Św. Anny przykład popłynął od najwyższej rangą osoby w państwie: można zbliżyć się do zrozumienia specyfiki śląskiej, jeśli się tego chce i wykazuje dobrą wolę. Doświadczamy tego w nadmiarze w ostatnich miesiącach: na łamach wielu periodyków ukazały się artykuły naukowców i dziennikarzy próbujące uczciwie i obiektywnie przedstawić „syndrom śląski”. Mam tu na myśli osoby i czasopisma spoza Górnego Śląska. Ślązacy swój wizerunek Śląska noszą w sobie, inni mieszkańcy regionu – dojście do sedna problematyki mają na wyciągnięcie dłoni. Najwięcej złej woli, prowadzącej do kłamstw, insynuacji i ataków, wykazują politycy. To nie dziwi, zważywszy na doniosłość i aktualność zagadnienia i fakt rozpoczynającej się walki wyborczej. Zaskakiwać może intensywność tych ataków i sposób ich przeprowadzenia. Dużo można się także dowiedzieć i o charakterze formacji, i o osobie „harcownika” (harcownik – wojownik wysyłany na wstępny bój, mający pokazać siłę „delegującej” go armii). Skupmy się na dwójce, a właściwie na jednym, z śląskich posłów.

Jan Rzymełka – chociaż z PO jest przeciw uznaniu śląszczyzny za język regionalny. Był w każdym bądź razie w październiku 2010 roku w Senacie zaproszony przez Marię Pańczyk - Pożdziej. Przy okazji wytropił i ujawnił, że: „pewne grupy mieszkańców naszego regionu, a nawet tacy, co mieszkają w Warszawie, uważają, że musi być język śląski, a jak nie, to zrobimy czwarte powstanie, a jak nie, to ogłosimy autonomię”. Może już myśli inaczej, gdyż powszechnie jest znany z talentów przystosowawczych i giętkości (po chociażby zacytowanych wyżej słowach wiadomo, że mam na myśli kręgosłup).

Po drugiej stronie barykady stoi drugi śląski poseł: Jerzy Polaczek. Polecenie partyjne lub inicjatywa własna kazała mu wytoczyć cięższe działa. W grę mogła też wchodzić chęć przebicia gorliwością szefa partii w regionie. Wystosował on do ministra kultury list postulujący utworzenie muzeum powstań śląskich, przy okazji jednak oskarżający RAŚ o „zawłaszczanie” historii Śląska, wypaczanie idei bohaterskich powstań i szarganie pamięci poległych. W swoich blogach i w wywiadach prasowych używa dawno już zużytych i błędnych sformułowań typu: „po sześciu wiekach powróciła do Rzeczpospolitej część prastarych ziem piastowskich oderwanych od Macierzy”. Obala twierdzenie (także Prezydenta RP), że Ślązacy walczyli po obu stronach konfliktu, dowodząc, że po stronie niemieckiej walczyli wyłącznie żołnierze jednostek wojskowych i ochotnicy z głębi Niemiec (głównie z Bawarii). Dowodem potwierdzającym państwowo-militarny i obcy etnicznie charakter działań strony niemieckiej w 1921 roku, miałby być ....brak pomników i nagrobków upamiętniających Ślązaków walczących po stronie niemieckiej! To pisze poseł z Górnego Śląska, znający dobrze proceder wysadzania w powietrze pałaców tylko z tego powodu, że właścicielem był Niemiec, równania z ziemią cmentarzy ewangelickich, skuwania i zamazywania napisów, bo były pisane gotykiem. Aby nie kompromitować się wynajdywaniem tak absurdalnych dla Ślązaków „dowodów”, wystarczyło zerknąć do literatury przedmiotu i przeczytać na przykład nazwiska poległych po stronie niemieckiej członków „Czarnej gromady” (tłumaczenie moje), ugrupowania powstałego w Bujakowie w 1920 roku i walczącego o Górę Świętej Anny. Nazwiska Gralka, Morczinek, Dzierżawa, Dzionsko, Stanowicz, Grabowski, Dombrowski nie sugerują pochodzenia ich właścicieli z Górnej Bawarii, czy Fryzji. Wystarczyło też popytać trochę po piekarskich rodzinach. Z pewnością znaleźli się w nich członkowie, o okolicznościach śmierci których nie tylko nie pisało się na nagrobkach, ale też do dziś się milczało. Ale przecież nie chodzi tu o prawdę, ani o jej dociekanie.

Właściwie ten przejaw aktywności posła skwitować by można wzruszeniem ramion. Pamiętam Jerzego Polaczka z początków lat dziewięćdziesiątych, kiedy to był pomysłodawcą i założycielem Centrum Kreowania Liderów „Kuźnia”. Z „kuźnicowych” wydawnictw czerpałem wiedzę o Górnym Śląsku (gdyby J. Kaczyński wiedział, że drukowana w nich była m.in. „Historia narodu śląskiego” Dariusza Jerczyńskiego!), podziwiałem zainicjowane akcje, zazdrościłem młodym ludziom ich energii i zaangażowania. Jerzy Polaczek kreował liderów i był niezaprzeczalnym liderem: samorządności, promocji regionu i twórczych inicjatyw. A teraz? Co kazało mu kapitał wiedzy, niezależności, obiektywizmu, rozmienić na dobry numer w kolejce, poklask szefa i pewne miejsce w ławie sejmowej? Cóż: zaczęła się szarpanina o kolejność miejsc na liście – wszystkie chwyty, salta i przewrotki dozwolone.

Jan Hahn