Przede wszystkim dla Śląska

Rozmyślania o Górnym Śląsku

Pochłonięty z małą resztą (by nie rzec „bez reszty”) sprawami Górnego Śląska, trudno bym nie poruszył w tych „montesowych rozważaniach” sprawy wejścia do koalicji rządzącej sejmikiem wojewódzkim, przedstawicieli Ruchu Autonomii Śląska. Znaczenie i wagę tego faktu dostrzeżono szybko, w wielu miejscach, różnie go też zinterpretowano.

Obok zaniepokojenia i zatroskania Jerzego Buzka pojawiły się ostrzejsze głosy „prawdziwych Polaków”, patriotów, obrońców polskiej racji stanu. Ludwik Dorn ostrzega przed secesją, stowarzyszenie „Unum Principium” z Bydgoszczy skierowało pismo do premiera Tuska z żądaniem delegalizacji RAŚ. W najbliższym czasie należy się spodziewać lawinowego wzrostu liczby komentarzy, petycji, ostrzeżeń, czy zwykłych, ordynarnych ataków. I o ile te, z ust i spod pióra osób zależnych od wiadomej partii i dotkniętych oddziaływaniem rozgłośni z Torunia, można wytłumaczyć dbałością o jedność i czystość etniczną, wiarą w wyższość centralizmu zarządzania, o tyle dziwić mogą protesty i krytyczne uwagi bądź, co bądź Ślązaków. Znawców i obserwatorów najnowszej historii Górnego Śląska, taka postawa znanych postaci „stąd” nie dziwi. Śląsk traktowany przez władzę ludową instrumentalnie i cepeliowsko, jak jedna z ciekawszych i oryginalniejszych cząstek jednorodnej, zwartej, polskiej mozaiki, zawsze posiadał swoje ikonki – powszechnie znane i szanowane osoby, które stanowiły ważny element takiej układanki, jednocześnie stanowiąc o jej zwartości. Dawniej był to wojewoda Jerzy Ziętek, minister Jan Mitręga z Pstrowskim i Bugdołem, dobrotliwy Gustaw Morcinek, który („nie chcem ale muszem”) zaproponował nazwanie Katowic Stalinogrodem. Obecnie takimi ikonami są Jerzy Buzek, Maria Pańczyk, Jan Miodek. Choć różni te osoby cel i przedmiot krytyki (profesora Buzka niepokoją polityczne reperkusje wejścia w koalicję z RAŚ, dwoje najsłynniejszych tarnogórzan przeciwnych jest uznaniu gwary za język regionalny), intencje pozostają takie same: przeciwstawienie się konkretnym, wyraźnie wyartykułowanym działaniom, podkreślającym inność Górnego Śląska i wyrażającym żądania (nawet, o zgrozo - konstytucyjne!) pod adresem centrali w Warszawie.

Górny Śląsk - taka jego historia, od stuleci miał swych synów (i córki) na salonach polskiej - a także austriackiej, pruskiej, niemieckiej - władzy. By na tych salonach pozostać, by robić na nich dalszą karierę, musieli, gdy wymógł to na nich interes, sytuacja, sugestia „wyższego rzędu” zabierać głos, zajmować pozycję, wyrażać zaniepokojenie, lub „własną” opinię. Jedni robili to szczerze, gdyż wieloletnia dyspozycyjność i oddalenie od życia i spraw na Śląsku „wypłukało” z nich resztki śląskości i myślenie ich przebiegało już w kategoriach mocodawców, nagłośnione (jakżeby inaczej) wypowiedzi innych sprawiają wrażenie wymuszonych, dużo w nich zaskakujących określeń, celowych zmyśleń i udawanej niewiedzy. Jak mógł profesor Buzek ostrzegać przed: „pokazywaniem niepokojącej inności”? On - główny strażnik różnorodności krajów i kultur w Unii Europejskiej, mieszkaniec regionu, w którym inność i wielokulturowość jest podstawą i wyznacznikiem jego istnienia. Który czerpie z niej siłę i dumę. Dlaczego działacze PiS-u mówią prawie o chęci oderwania Śląska od Polski?

Jaka jest przyczyna tej zgodnej (w tej kwestii lider Napieralski, prezydent Komorowski i harcownicy z PiS-u wyznają te same poglądy) i ostrej reakcji na obecność zaledwie trzech osób w kilkudziesięcioosobowym gremium jednego z 16 województw? Przecież, wyłączając osoby niezrównoważone psychicznie, nikt w Polsce tak naprawdę nie wyobraża sobie, by Górny Śląsk mógł odłączyć się od Polski i poprosić np. Niemcy o wpisanie go w ich system federalny. Nawet najgłupszy działacz partyjny wie także, że autonomia znaczy samorządność, a nie niepodległość. Cóż więc tak zaniepokoiło liderów partyjnych, Ślązaków na świeczniku?

Pierwszych wytrąciło z równowagi pojawienie się silnej konkurencji, zdolnej już rywalizować i wygrywać z partiami zaprawionymi w bojach wyborczych i mogących liczyć na hojne i stałe państwowe dotacje. Jej siłą jest autentyzm, bezinteresowność, poświęcenie dla swej ziemi, wierność ideałom, otwartość i szczerość intencji - cechy obce działaniom partyjnym. Jej dalekosiężne, a jednocześnie konkretne, wyraźnie określone cele, przyciągają coraz więcej zwolenników i nie może być w tym przypadku mowy o koniunkturalizmie, okresowej popularności, czy przemijającej modzie politycznej. Coraz więcej mieszkańców Górnego Śląska zdało i zdaje sobie sprawę z tego, że - jak napisał Kazimierz Kutz – istnieje tylko jedna organizacja, (spośród naprawdę liczących się), która działa ze Śląskiem w sercu i myśli Śląskiem - Ruch Autonomii Śląska. A Śląsk to za wielka sprawa, by wpływały na nią mody, by była łasa na popularność. Ślązacy utwierdzają się też w przekonaniu, że pożytek ze swych „reprezentantów” w Warszawie ulokowanych w poszczególnych klubach poselskich, jest coraz bardziej iluzoryczny. Skoro zaś uznane autorytety na najwyższym salonie w Polsce - w Senacie, odmawiają poparcia zabiegom „miejscowym” wokół ich języka, trzeba znaleźć fachowców, którzy w wiedzy praktycznej powoli te sławy przerastają i oprzeć się na działaniach młodych pasjonatów z „Dangi” i z „Pro Loquela Silesiana”, którzy pod przewodem profesor Jolanty Tambor dokonali już wiele. Idzie nowe. W polityce regionalnej, w sposobie myślenia o Śląsku, w prowadzeniu działalności społecznej, w publicystyce.

Idee, w które wierzy RAŚ, cele, do których dąży, korzystne są nie tylko dla mieszkańców regionu, poprawią byt każdemu Polakowi. Zdecydowanie lepiej gospodarujący Górny Śląsk przysporzy bogactw całemu krajowi (jak Bawaria Niemcom). Sił i zapału zwolennikom RAŚ nie zabraknie. Potrzebne im nasze wsparcie. W piętnowaniu oczywistych kłamstw i oszczerstw na ich temat, w usuwaniu nieporozumień. I czasami konkretna postawa - najbliższa okazja podczas przyszłorocznego spisu powszechnego. Nasze deklaracje spisowe dadzą obraz społeczeństwa Górnego Śląska. A od niego zależeć będzie wiele.

Jan Hahn