Samotny komin piekarni Balli

 
 

Piekarnia Jana Balli znajdowała się w parterowej chacie przy ulicy Gliwickiej 9 już pod koniec XIX wieku. Zachował się archiwalny projekt budowy pieca piekarniczego z 1892 roku. Inne stare rysunki budowlane dotyczą przebudowy drzwi w domu oraz utworzenia w 1895 roku nowego sklepu

Oprócz piekarni w domu znajdował się sklep rzeźniczy Karola Piwowarczyka a później zegarmistrza Bayera. Kolejny projekt z 1909 roku to plany postawienia komórek na węgiel za chałupą od strony ulicy Lewka. O piekarni Jana Balli zrobiło się głośno w Tarnowskich Górach w marcu 1911 roku, gdy właściciel zamontował pierwszy w mieście piec parowy. Z zachowanej ulotki reklamowej wiadomo, że producentem pieca do wypieku chleba, sucharek, biszkoptów i ciasta była berlińska firma Markische Backofen-Industrie. Do pieca postawiono nowy komin i przebudowano spadzisty dach chaty. W spisie 20 piekarń czynnych w mieście gwarków w 1912 roku wymieniana była między innymi Jana Balli.

Ruiny piekarni Jana Balli
Ruiny piekarni Jana Balli

W burzliwym okresie I wojny światowej i powstań śląskich Jan Balla dał się poznać jako piekarz o narodowym polskim nastawieniu. Międzywojenny tarnogórski cechmistrz Jerzy Sosna napisał o Balli, że: „podczas powstań żywił bezpłatnie pieczywem niejedną formację powstańczą”. Po nastaniu w Tarnowskich Górach polskiej władzy piekarz wspierał darmowym chlebem licznych bezrobotnych. W jego piekarni w chleb zwany komiśniakiem, składający się w 60 procentach z mąki żytniej i zakwasu, przez co zachowywał świeżość nawet przez kilka dni, zaopatrywali się żołnierze 11. pułku piechoty. Jan Balla zmarł w 1927 roku, a piekarnię przejął po nim Norbert Balla, który figuruje jako właściciel w spisie cechowym z 1934 roku. Jednak 3 lata później akta cechu piekarzy już nie wymieniają jako czynnej piekarni Balli. Lata kryzysu gospodarczego i okupacji przyczyniły się do upadku znanej piekarni.

W maju 1946 roku budowniczy miejski Wiktor Warzecha zaproponował władzom miasta zburzyć chatę przy ul. Gliwickiej 9. Uznał jej remont za niemożliwy. „Dach, stropy i mury się walą” - napisał budowniczy. Jego opinię potwierdzili  w lipcu 1946 roku po oględzinach budynku budowniczowie Aleksander Król i Józef Ibrom. Burmistrz Zawisza zezwolił miesiąc później rozebrać chatę i wysłał do Jerzego Balli – syna Jana Balli - nakaz rozbiórki rudery jeszcze przed zimą. Ale sprawa skomplikowała się, bo właściciel nie miał pieniędzy na zburzenie domu i burmistrz postanowił w kwietniu 1947 roku dokonać rozbiórki na koszt magistratu.

Wtedy Jerzy Balla zaoferował miastu kupno chałupy za milion złotych. Jak skrzętnie obliczyli  urzędnicy w magistracie, parcela o powierzchni 643 m kw. i dom z 3 mieszkaniami miał przed wojną wartość 5 tys.144 zł. Po zastosowaniu mnożnika 150 posesja warta była w 1947 roku co najwyżej 700 tys. zł. „Poleca się parcelę zakupić, nadaje się na samodzielne budowisko” - relacjonował Wiktor Warzecha 10 czerwca 1947 roku na posiedzeniu zarządu Miasta. Zrujnowany budynek położony pomiędzy ulicami Gliwicką, Kościelną i Boźniczą przeszkadzał także w ich poszerzeniu.

Transakcji przeszkodził jednak brak pełnomocnictw dla Jerzego Balli od jego siostry Magdaleny, która figurowała w księgach wieczystych jako właścicielka zrujnowanej chaty przy ul. Gliwickiej 9.

Sam Jerzy zamieszkały w domu przy ul. Gliwickiej 11 oświadczył, że nie zna miejsca pobytu siostry. Sprawa rozbiórki ruiny trafiła do Rejonowego Urzędu Likwidacyjnego w Tarnowskich Górach i ciągnęła się przez dwa lata. Wówczas na zlecenie magistratu zdjęcia chaty zrobił 15 marca 1948 roku znany fotograf tarnogórski Józef Adamek.

Kierownik oddziału technicznego magistratu Feliks Konieczny 10 marca 1950 roku ponaglił władze do rozwiązania problemu i pisał: „Na skrzyżowaniu ulic Gliwickiej -Wieczorka – Ratuszowej jest mocne wstrzymanie ruchu ulicznego przez wąskie gardło. Zachodzi potrzeba ruiny domu nr 9 rozebrać i drogę poszerzyć. Właściciel gruntu jest Magdalena Balla, która zbiegła w roku 1945 do nieprzyjaciela. Grunt należy uważać za opuszczony (poniemiecki)”. Innego zdania był tarnogórski Urząd Likwidacyjny, który 27 maja 1950 roku odpisał, że: „nieruchomość rzekomo opuszczona nie figuruje w rejestrze opuszczonych względnie poniemieckich”. Do takiego potraktowania siostry przyczynił się Jerzy Balla nazywający ją Polką – mimo figurowania jej nazwiska w czasie okupacji w III grupie na volksliście - a siebie jedynie zarządcą posesji.

W końcu zniecierpliwieni urzędnicy zburzyli ruderę w lipcu 1950 roku na koszt magistratu. Jerzy Balla, pomimo wezwań magistratu, nigdy nie zapłacił 188 tys. zł za rozbiórkę. Po kilku miesiącach miasto przejęło 34 m sześc. kamieni i 5,5 m sześc. cegieł oraz drewniane dźwigary, które nie zostały uprzątnięte po zburzeniu chaty.

W styczniu 1960 roku przyszła kolej na rozbiórkę - także należącego do rodziny Ballów - sąsiedniego domu przy ul. Gliwickiej 11. Po dokonaniu wizji lokalnej urzędnicy uznali, że budynek był zużyty w 85 procentach, przegniłe były belki stropu a dach zawalony. Wydział Architektury i Budownictwa Urzędu Miejskiego w Tarnowskich Górach nakazał dom rozebrać i przydzielić inne mieszkanie jedynemu lokatorowi. Pismo wysłane do spadkobierczyni Reginy Balli zostało bez echa. W grudniu 1960 roku miasto przejęło plac po rozbiórce jako majątek opuszczony przez Magdalenę Ballę, która zbiegła do Niemiec. Urzędnicy napisali w decyzji: „Wg oświadczenia rodzeństwa przebywa na terenie NRF”. Dodali, że jej brat Jerzy zmarł i nikt nie zgłasza pretensji do placu a brak osoby odpowiedzialnej za porządek. Posesja stała się własnością Skarbu Państwa.

Nieoczekiwanie po 5 latach odnalazła się spadkobierczyni majątku po rodzinie Ballów. Do Miejskiej Rady Narodowej 25 marca 1965 roku nadeszło pismo Hildegardy Dziubek, urodzonej 10 września 1903 roku w Tarnowskich Górach, córki Jana Balli i Franciszki z domu Burczyk. Zamieszkała w Przezchlebiu spadkobierczyni zażądała od miasta wypłaty pieniędzy z połowę parceli, która należała się jej mocą testamentu. Słowa Hidegardy Dziubek potwierdzały jej siostry.

rezydium tarnogórskiej MRN 15 lipca odmówiło wypłaty, bo – jak stwierdzili włodarze miasta gwarków – nie mieli do tego kompetencji. Poradzili spadkobierczyni drogę sądową dochodzenia roszczeń. To był już ostatni akt skomplikowanych losów zabudowań, które przez ponad sto lat  stały początkowo pomiędzy ulicami Gliwicką, Kościelną (obecnie Lewka) i Boźniczą (w latach 50. XX wieku Wieczorka a obecnie nieistniejącą).

Ryszard Bednarczyk
Fot. archiwum UMTG