Z hutnika malarz

Dom Ludowy, dawna loża masońska. Fresk Apollo i muzy, malowany przez Józefa Machwitza (na zdjęciu), około 1940 rok, fot. Jan Melcer, wł. Brygida Melcer-Kwiecińska
Dom Ludowy, dawna loża masońska. Fresk Apollo i muzy, malowany przez Józefa Machwitza (na zdjęciu), około 1940 rok, fot. Jan Melcer, wł. Brygida Melcer-Kwiecińska

Malarz Józef Machwitz dobrze znał język niemiecki. Po polsku do końca życia mówił i pisał niezbyt poprawnie. Nie przeszkodziło mu to w czasie kampanii wrześniowej służyć w polskim wojsku a pod koniec wojny w Wehrmachcie.

Ściana w holu na parterze tarnogórskiego Ratusza w czasie II wojny światowej ozdobiona była malowidłem przedstawiającym nadanie miastu gwarków herbu przez Jerzego Hohenzollerna. Jeden z mieszczan miał twarz autora fresku Józefa Machwitza, mieszczka miała oblicze żony malarza, a ojciec miasta podobny był do Leopolda Michatza, niemieckiego burmistrza Tarnowskich Gór w latach 1922-1934.

Malowidło to oraz inne ukazujące sceny z historii miasta zostały skute wraz z tynkiem z ratuszowych ścian po zakończeniu wojny. – Mój ojciec był Niemcem, który do końca życia nie nauczył się dobrze pisać po polsku. Jednak nie należał do żadnych vereinów i bundów. Po prostu wykonywał swój zawód – wyjaśnia Józef Machwitz, syn malarza.

Podobny los jak ratuszowe freski spotkał, przedstawiający Apolla i muzy, apolityczny malunek Józefa Machwitza na ścianach w budynku starego Domu Kultury. Pozostałe ocalałe obrazy, freski i polichromie artysty przedstawiały sceny religijne, pejzaże lub portrety i cieszyły się uznaniem publiczności. „Szczególną uwagę zwróciła seria prac „Martwe natury” wykonywanych w technice pastelowej – małe obrazki malowane z wielką wrażliwością, dbałością o detal, w wyszukanej formie” – chwali dzieła Machwitza tarnogórski malarz prof. Werner Lubos.
Wędrówki po wiedzę

Kim był Józef Machwitz, który w 1940 roku na zlecenie nazistowskich władz przedstawił  malowidłami na ścianach Ratusza niemiecką wersję dziejów Tarnowskich Gór? Przyszły malarz urodził się w 1900 roku w Chorzowie. Jego rodzice Gottlieb i Waleska przybyli do tego miasta spod Kluczborka. Ojciec pracował w hucie Królewskiej (później huta Kościuszko), gdzie w 1908 roku miał wypadek, w wyniku którego zmarł. Józef Machwitz wychowywany przez matkę od najmłodszych lat zdradzał plastyczny talent. Cały czas miał przy sobie kredki i coś malował. Bardzo młodo rozpoczął pracę trasera w hucie, gdzie wcześniej zatrudniony był jego ojciec.

- Matka chciała koniecznie zrobić z syna księdza, ale on chciał malować, dlatego w wieku 16 lat uciekł z domu – wspomina ojca Józef Machwitz. Znalazł w gazecie ogłoszenie firmy ze Szklarskiej Poręby, która szukała chętnych do odnawiania kościelnych malowideł. Podczas tej pracy początkujący artysta nauczył się konserwatorskiego fachu. Właściciel firmy Ruchpolding szybko poznał się na jego talencie i umożliwił mu naukę w szkole plastycznej w Monachium. Dorosły Machwitz został wolnym słuchaczem na monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych. Następnie wędrował po Niemczech i praktykował w różnych firmach. – Ojciec uwierzył w swój talent i był przekonany, że ważniejsza była praktyka niż wiedza teoretyczna – opowiada syn malarza.

Powroty na Górny Śląsk

Kiedy w 1921 roku ogłoszono plebiscyt, Józef Machwitz wrócił na Górny Śląsk, żeby głosować za Niemcami. Wkrótce poznał młodszą o 7 lat Franciszkę, z którą po ślubie zamieszkał w Chorzowie. Do pracy w firmie malarskiej dojeżdżał do Bytomia.
W 1928 roku przeprowadził się do Tarnowskich Gór. – Przyciągnęła go do miasta gwarków artystyczna bohema oraz to, że potrzebowano tu artystów i nauczycieli – wyjaśnia syn.

Początkowo mieszkał w domku przy ulicy Wyszyńskiego, później na Osadzie Jana. Sporo prac zlecał Machwitzowi dyrektor Spółki Brackiej. Malował szpitale oraz budynek Opery w Bytomiu, a także kościoły. W 1935 roku założył własną firmę. Rok później zamieszkał we własnej willi wybudowanej na rogu dzisiejszych ulic Rymera i Staropolskiej.

Po wybuchu wojny został zmobilizowany do polskiego wojska i dostał się do radzieckiej niewoli pod Szeptówką. Wypuszczony przez Sowietów wrócił piechotą do Tarnowskich Gór.

- Wezwany na gestapo musiał się mocno tłumaczyć z tej służby w polskiej armii – mówi syn Józef Machwitz. Niemcy szybko znaleźli dla starszego już malarza zajęcie w policji. Jako funkcjonariusz pomógł wielu osobom uniknąć wywiezienia na przymusowe roboty. W 1942 roku został wcielony do Wehrmachtu i wysłany na wschodni front. Pod koniec wojny trafił do radzieckiej niewoli na terenie Słowacji i został szybko zwolniony.

Malarstwo na własny rachunek

Po powrocie z wojny Józef Machwitz z obawy przed wysiedleniem do Niemiec ukrywał się przez 1,5 roku u księdza w Miasteczku Śląskim. Dorabiał wtedy malowaniem kartek świątecznych. Dobrzy znajomi uratowali przed deportacją jego rodzinę oraz uniemożliwili zarekwirowanie willi przez Państwowy Urząd Repatriacyjny. Po wyjściu z ukrycia Machwitz  na zlecenie proboszczy malował freski w kościołach w Małopolsce i na Opolszczyźnie, projektował witraże, konfesjonały oraz ogrodzenia, złocił także figury świętych. – Po obu stronach Małej Panwi zrobił 73 polichromie – przypomina syn artysty. Od lat 60. XX wieku zatrudniony był w firmach swoich dawnych uczniów.

Profesor Werner Lubos, który zaprzyjaźnił się z artystą pod koniec jego życia, opisał ostatnie odwiedziny w domu malarza w 1973 roku. Obdarowany został wtedy przez plastyka namalowaną na poczekaniu pastelą „Głowa anioła”. Machwitz na pożegnanie powiedział wtedy Lubosowi pamiętne słowa: „Dusza nie boi się śmierci, ciało boi się bólu.” Dwa dni później zmarł. Pochowany został na starym cmentarzu w Tarnowskich Górach.
Obecnie obrazy Machwitza znajdują się w zbiorach prywatnych oraz w Muzeum Śląskim w Katowicach i w Muzeum tarnogórskim. W obu placówkach zorganizowano już publiczne wystawy jego dzieł. Zachowały się także malowidła w małopolskich i śląskich kościołach.

Ryszard Bednarczyk