Odyseja znad Dunaju

Henryk Sporoń z wieloletnim przyjacielem posłem Janem Rzymełką
Henryk Sporoń z wieloletnim przyjacielem posłem Janem Rzymełką

Wspomnienia Henryka Sporonia CZ. II

7

W Ostrawie musieliśmy przesiąść się do pociągu zmierzającego ku Polsce, a konkretnie, do Czechowic-Dziedzic. Udaliśmy się zatem, wraz z moim towarzyszem podróży, na odpowiedni peron, gdzie nieomal zginęlibyśmy niechybnie pod kołami pociągu. Na peronie, mianowicie, zgromadzonych było wielu ludzi, a wśród nich paru krzykliwych, nacjonalistycznych podżegaczy. Zaczęli na nas napierać, najpierw atakując słownie, następnie spychając nas w kierunku toru kolejowego, na który, lada chwila, miał wjechać pociąg. Sytuacja przedstawiała się naprawdę groźnie, gdyż staliśmy już w odległości bliższej niż metr od niżej położonego toru. I w tym właśnie momencie nadszedł z zupełnie niespodziewanej strony ratunek.

Rosła kobieta, przyzwoicie ubrana, z komunistycznym znaczkiem sierpa i młota w klapie marynarki, zbliżyła się do napierającej na nas grupy i poczęła głośno nawoływać do opamiętania się. Podżegacze rozeszli się, a ona pozostała przy nas, milcząc, aż do momentu, gdy wsiedliśmy do pociągu, który nadjechał chwilę po jej interwencji.

Przypuszczam, że musiała być tam znaną postacią, gdyż stojący na peronie odnosili się do niej z respektem, a podżegacze zamierzający zepchnąć nas pod pociąg, rozeszli się. Krotko jej podziękowaliśmy i wsiedliśmy szybko do pociągu, szczęśliwi i wdzięczni za to, że nas uratowała.

8

Przejazd do Czechowic-Dziedzic nie trwał długo, lecz niestety właśnie tam, nasza radość z przybycia do kraju szybko znalazła swój kres, gdy prosto z dworca przewieziono nas do miejscowego obozu. Umieszczano w nim byłych żołnierzy Wehrmachtu, miejscowych Niemców, oraz Ślązaków, których za takich uważano. Nie pomogło mi nawet świadectwo ze Szkoły Podstawowej w Rusinowicach, które zabrałem ze sobą na wojenną tułaczkę. Znów znalazłem się, wraz z kolegą, za drugą stroną druta kolczastego, tym razem polskiego.

Jednakże i tam napotkałem dobrą duszę, która ofiarowała mi swą pomoc. Otóż pewna młoda dziewczyna miała w zwyczaju przyganiać pod obóz dwie krówki, wypasając je między polami. Odważyłem się zagadnąć ją poprzez drut kolczasty, czy nie byłaby skłonna wysłać listu do mej rodziny, która nic o moim pobycie tutaj nie wiedziała. Zgodziła się, przynosząc mi nawet kartkę papieru, ołówek i kopertę. Po napisaniu listu przekazałem go jej kolejnego dnia. Dziewczyna już na swój koszt, ofrankowała i wysłała list. Nie poznałem jej nazwiska, lecz jeszcze raz serdecznie jej dziękuję. Być może, że, żyje jeszcze…

9

List ten szczęśliwie dotarł do mego rodzinnego domu. Resztą zajęli się już mój ojciec, moja młodsza siostra Otylia, i nasza przyjaciółka z lat dzieciństwa, córka naszych sąsiadów Gojowczyków – Róża. Ta, dopiero parę miesięcy wcześniej wróciła wraz z siostrą Anielą z oświęcimskiego obozu koncentracyjnego. Ich starsza siostra, Gertruda, powróciła z kolei z KL - Sachsenhausen. Wszystkie trzy zostały uwięzione za brata, który zdezerterował z Wehrmachtu. Ich rodzice przypłacili to życiem.

Moja siostra Otylia, i Roża Gojowczyk przyjechały po kilku dniach do Czechowic-Dziedzic, przywożąc komendzie obozu odpowiednie zaświadczenie z Urzędu Gminnego w Rusinowicach. Chodziło o potwierdzenie, że jestem politycznie „czysty”, to znaczy, że nie należałem do żadnych hitlerowskich organizacji, etc. Jednocześnie, Róża, jako była więźniarka KL- Auschwitz złożyła odpowiednie oświadczenie.
W rezultacie, gdy po kilkunastu dniach przyjechała do komendy obozu odpowiednia komisja z Katowic, która miała zadecydować o dalszych losach wszystkich tam więzionych; mnie, oraz kilku innych, zwolniła.

Jeszcze raz, niniejszym, bardzo dziękuję mej siostrzyczce i już nie żyjącej Róży Gojowczyk, po mężu Dryjańskiej.

***

Podsumowując to bogate w różne niebezpieczne przeżycia, pierwsze półrocze 1945 roku, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, iż przeżyłem je szczęśliwie tylko dzięki dobrym, chętnym do pomocy ludziom. Pochodzili z różnych krajów, władali różnymi językami, lecz jedno mieli wspólne – dobre serca. I o tym, Czytelniku, pamiętaj; wśród wszystkich ludów, narodów świata, tacy się trafiają. Warto ich naśladować!