Odyseja znad Dunaju

 

Wspomnienia Henryka Sporonia

Jestem Ślązakiem z rocznika 1926. Mając niespełna 18 lat, w 1944 roku, zostałem wcielony do Wehrmachtu. Jako że opisanie wszystkich wydarzeń, które miały miejsce w przeciągu pierwszego roku przebywania w jego szeregach zajęłoby co najmniej kilka stron, pozwalam sobie pominąć w niniejszym tekście ten wojenny okres.

Poniżej natomiast chciałbym skupić się na przedstawieniu tych wszystkich ludzi, dzięki którym wróciłem cały/w jednym kawałku z wojennego frontu w rodzinne strony. Podkreślam tu słowo „cały”, gdyż w połowie marca 1945 r., zostałem zraniony szrapnelem w wyniku wybuchu radzieckiego granatu. Jego odłamek utkwił głęboko w stawie kolanowym, i właśnie w tym momencie rozpoczyna się moja Odyseja znad Dunaju, niedaleko Budapesztu, aż do Tarnowskich Gór i Rusinowic.

Jest sprawą oczywistą, że przebywanie na froncie wyklucza przeprowadzanie wszelkich skomplikowanych zabiegów i poważniejszych operacji, dlatego mogłem liczyć jedynie na zabandażowanie/opatrzenie zranionego kolana, po czym zostałem odwieziony na zaplecze frontu. Po upływie paru dni dostałem się do szpitala polowego położonego w węgierskim mieście Györ. Dopiero tam odprowadzono mi ze stawu kolanowego nagromadzoną w dużej ilości ropę i założono nowy opatrunek. Kolano zdążyło w międzyczasie znacznie spuchnąć sprawiając ogromny ból, zwłaszcza przy każdej próbie poruszania się. Następnego dnia, jako że front walki zbliżał się do Györ, zapadła decyzja o ewakuacji szpitala. Przetransportowani mieli zostać tylko ci ranni, których stan pozwalał na przewiezienie ich furmankami. I właśnie w tym miejscu rozpoczynam wymienianie wszystkich tych, którym będę wdzięczny do grobowej deski; tych, dzięki którym wróciłem cało do domu. Będą to podziękowania bezimienne, gdyż nigdy nie udało mi się poznać ich nazwisk, czy chociażby nawet imion.

1


Decyzję o tym, kto z rannych zostanie ewakuowany wraz z personelem, podejmował lekarz sprawujący nadzór nad daną salą. Jeden z nich, zatrzymując się przy moim łóżku, podyktował towarzyszącym mu sanitariuszom następującą treść: „Ranny nie nadaje się, nie jest zdolny do transportu. Byłoby to dla niego zbyt bolesne”. Na to ja, ogarnięty przerażeniem, począłem go upraszać, błagać, aby mnie zabrali wraz z nimi. Przysiągłem, że nie będę sprawiał kłopotu... Lekarz zaczął tłumaczyć, iż transport furmankami po marnych drogach z pewnością przysporzy mi wiele bólu; lecz ja, nieustępliwie, prosiłem nadal, bo niczego nie chciałem uniknąć tak bardzo, jak dostania się w sowieckie ręce.

Ostatecznie lekarz uległ mym prośbą i zmienił swą decyzję - zabrali mnie ze sobą. I chociaż ból, jak ostrzegał, był przeogromny, zacisnąłem mocno zęby, by nie wydać z siebie jęku cierpienia aż do końca podróży. Jestem pewien, że temu lekarzowi i jego decyzji zawdzięczam życie, więc dzięki mu za to.

2


Nie pamiętam jak długo nasz transport posuwał się do przodu po zatłoczonych drogach, aż dotarliśmy do austriackiego Wiener Neustadt. Miasto te położone jest na południe od Wiednia; a odległość od Györ liczy się na około 150 km.

Postój w Wiener Neustadt spowodowany był tym, że to tutaj mieliśmy zostać przeładowani do pociągów w celu dalszej podróży. Głodni i spragnieni, oczekiwaliśmy na transport, leżąc w chłopskich furmankach, gdy oto z pobliskich domów zaczęły wychodzić ku nam kobiety z dzbankami, butelkami i kubkami w dłoniach. Częstowały nas tym, co tylko były w stanie ofiarować: wodą, mlekiem, herbatą. Mnie udało się dostać nawet odrobinę chleba.

Wspominam to wydarzenie bardzo często, i jestem za to wszystko niezmiernie tym anonimowym kobietom wdzięczny.

3


Po dłuższej podróży pociągiem, która co rusz urozmaicana była nalotami samolotowymi, dostałem się do wojskowego lazaretu położonego w niewielkiej czeskiej miejscowości oddalonej nieznacznie od miasta Tabor. Nie jestem w stanie stwierdzić tego z całkowitą pewnością, ale o ile sobie przypominam, miejscowość ta zwała się Voporszany. Dopiero tam, nareszcie zostałem zoperowany. Noga była już w tym czasie bardzo opuchnięta, tak że przypominała swoją objętością/grubością konewkę. Nie można było zatamować wycieku ropy z rany; nie wspominając już o towarzyszącym mi przez ten cały czas bólu.

30 marca położono mnie na stole operacyjnym. Przed podaniem narkozy usłyszałem dwóch rozmawiających między sobą lekarzy, ferujących, że najprawdopodobniej nogi nie da się już uratować. Jednakże tuż przed samą operacją dołączył do nich jeszcze jeden, nieco starszy już lekarz, polecając mnie uśpić.

Po przebudzeniu, już w szpitalnym łóżku, spostrzegłem, iż zostałem unieruchomiony w gipsowym opatrunku sięgającym od stopy, aż do wysokości 7 żebra mej piersi. Gdy po jakimś czasie zjawiła się przy mym łóżku sanitariuszka, dowiedziałem się od niej, że uratowanie mej nogi zawdzięczam ich „Chefarztowi”, czyli lekarzowi naczelnemu, który jako jedyny, wbrew pozostałym, zdecydował się na operację nogi, wierząc w szansę jej powodzenia.
Często później zaglądał do mnie, dopatrując gojenia się tej wielkiej rany, którą była moja noga. Jemu więc zawdzięczam to, że wróciłem do domu cały, jak już na początku wspomniałem. Już wówczas serdecznie mu za to podziękowałem i dzisiaj również ponownie pragnę to uczynić.

4


Po wkroczeniu na te tereny Armii Czerwonej, przewieziono nas przy pomocy furmanek do szpitala jenieckiego położonego niedaleko miejscowości Tabor. Tam rozpoczął się okres wielkiego głodu. Karmiono nas wyłącznie glinianą imitacją chleba, co doprowadziło u mnie do ostrej niewydolności jelit, a w konsekwencji do poważnego zachorowania.

Zostałem wówczas przeniesiony na dużą salę dla ciężko chorych, gdzie co chwila, któryś z pacjentów umierał. Personel był tam, jak i w pozostałych salach, niemiecki. Niestety, nie dysponował on żadnymi lekarstwami, a mimo to uratował moje życie. Zawdzięczam to głównie tamtejszym lekarzom oraz pielęgniarkom, które codziennie po parę razy, przynosiły mi garnuszek „Mehlsuppe”, czyli zupy mącznej. Już po tygodniu wróciłem na zwykłą, „głodującą” salę. Za ten ratunek składam im serdeczne dzięki.

5


W międzyczasie stawiałem już pierwsze kroki. Co prawda, wciąż obciążony gipsem, lecz obejmującym już wyłącznie nogę. Nadszedł kwiecień, dzięki czemu mogliśmy uzupełnić nasze skromne racje chleba listkami szczawiu, zrywanego na dziedzińcu w pobliżu drutu kolczastego, gdzie przebywać nie wolno było.

Pewnego dnia, a raczej nocy, zdarzył się na mej sali „cud”. Zbudziwszy się rano, zauważyłem leżący obok mnie bochenek chleba. Podzieliłem się nim z sąsiadem - Ślązakiem, tak jak ja. Dokarmialiśmy się tym chlebem przez parę dni, ale dopiero później dowiedziałem się, kim był sprawca owego „cudu”. Po upływie kilku dni zostałem zapytany przez młodego lekarza, który kwaterował w pobliżu, jak smakował mi podrzucony przez niego chleb. Naturalnie, podziękowałem mu za to bardzo serdecznie.

6


W czerwcu 1945 roku, zostałem zwolniony z naszego obozowego szpitala. Oznaczało to mniej więcej tyle, że nie byłem na tyle zdolny do pracy, by wysłać mnie do obozu w głąb ZSRR. Wraz z jednym, nieco starszym Ślązakiem, wybraliśmy się w podróż powrotną ku rodzinnym stronom.

Najpierw udaliśmy się wagonem węglowym do Wiednia, gdzie z kolei przesiadaliśmy się do normalnego już pociągu, zmierzającego przez Czechy w kierunku Górnego Śląska. Krótko po nas wsiadł do tego samego wagonu oficer Armii Czerwonej. Ponieważ wciąż miałem na sobie mundur Wehrmachtu, zatrzymał się przy nas, żądając, abyśmy się wylegitymowali. Uczyniliśmy to, po czym on zupełnie nieoczekiwanie przysiadł się do nas.

Powiedział nam, że od tej chwili odbywamy podróż pod jego „opieką”; i tak mamy mówić ewentualnym nowym „kontrolerom”. Dopiero nieco później przekonaliśmy się, dlaczego było to takie ważne. Mianowicie, na jednej z mijanych przez nas kolejno stacji, wtargnęło do naszego wagonu dwóch uzbrojonych radzieckich żołnierzy. Już zmierzali w naszym kierunku, lecz gdy tylko ujrzeli siedzącego obok nas wyższego rangą od nich oficera, zasalutowali jedynie i przeszli dalej. Potem dowiedzieliśmy się od niego, iż był to patrol z transportu wiozącego jeńców niemieckich do ZSRR; szukający „Ersatzu”, czyli zastępstwa. Polegało to na tym, że w wypadku gdyby którykolwiek z jeńców miał umrzeć w drodze, czy po prostu uciec, patrol miał za zadanie natychmiast uzupełnić stan, tak aby odstawić dokładnie taką samą liczbę jeńców, jaką mu pod nadzór przekazano. Gdybyśmy więc zatem sami jechali, to już stamtąd nie na Śląsk, a na Syberię.

Dojechaliśmy wraz z naszym radzieckim oficerem aż do Morawskiej Ostrawy, gdzie on przeniósł się na noc do dworcowego hotelu, a nam polecił pozostać w przedziale do rana. Przy okazji poprosił o przypilnowanie jego dosyć sporego bagażu. Nad ranem odebrał go i odjechał w swoją stronę innym już pociągiem. Z rozmowy z nim dowiedzieliśmy się, że przed wojną, w cywilu, był na Syberii przewodniczącym kołchozu. Po dziś dzień pamiętam, że po rosyjsku brzmiało to: „priedsjedatel kolchoza” Był to kolejny na mej drodze człowiek przez wielkie „C“, któremu mogłem zawdzięczać wtedy, że wróciłem do swoich. Dzięki mu za to!

Sporoń Henryk  Franciszek

Urodzony 7.08.1926r w Świerklańcu, publicysta historyczny.  W czasie II wojny światowej wcielony do Wehrmachtu, walczył w Słowacji i na Węgrzech. Ranny w marcu 1945r., przebywał w szpitalu w Czechach, a następnie w niewoli sowieckiej. Powrócił po wojnie na Śląsk. Absolwent Liceum Pedagogicznego w Tarnowskich Górach, Instytutu Kształcenia Kadr Naukowych w Warszawie - historia powszechna (1954) i WSP w Krakowie- geografia (1964). Studia Podyplomowe na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach (1974-76).

Pracował jako nauczyciel geografii i historii w szkołach podstawowych i średnich w Tarnowskich Górach, Radzionkowie, Świętochłowicach, Rusinowicach, Mierzęcicach, Katowicach, Świerklańcu, Koszęcinie oraz w Norymberdze i Schweinfurcie w Niemczech - gdzie obecnie mieszka.
W czasie stanu wojennego internowany, przebywał w więzieniach w Katowicach, Jastrzębiu Szerokiej, Uhercach i Rzeszowie Załężu. Po zwolnieniu wyjechał w roku 1983 - bez prawa powrotu - z całą rodziną do Niemiec. Zajmuje się dokumentacją najnowszej historii Polski - okresem stanu wojennego, śląsko-polsko-niemieckimi tematami. W Niemczech „broni Polski przed nacjonalistami, w Polsce tępi narodową megalomanię i walczy ze stereotypami”. 

Publikuje na łamach prasy emigracyjnej, polonijnej i śląskiej. Wydał zbiór wspomnień i dokumentów: „Z rodzinnych stron i emigracji”, „W poszukiwaniu historycznej prawdy”; „Wspomnienia z ośrodków internowania PRL w czasie stanu wojennego 1981/82”, Józef Mackiewicz pisarz objęty klątwą, za głoszenie historycznej prawdy, zwłaszcza tej o Katyniu...

Na podst. „Pracownicy polskiej  książki i prasy w Niemczech”,  pod red. Marii Kalczyńskiej, Opole 2003.
Henryk Sporoń stale podkreśla swe związki z Tarnowskimi Górami. Za zasługi dla osób szczególnie zasłużonych dla miasta, 10 września 2006 r. został uhonorowany przez burmistrza miasta nagrodą „Srebrnego Skrzydła”.

Dokończenie w następnym numerze

 

Wspomnienia...