O zabijaniu zająca

b_200_300_16777215_0___.._montes_images_stories_montes_43_10-zajac.gif

Wspomnienie wielkanocne

Na Śląsku małe dzieci, czyli bajtle, skuli Wielkanocy miały dwa razy uciecha - jak dostały zająca i jak go zabijały. Zając był oczywiście z czekolady, a zabijanie oznaczało jego konsumpcję. Na pierwszy ogień zawsze szły uszy.

Na tzw. Zajączka nie było nigdy wielkich prezentów. To taki wiosenny Mikołaj przynoszący słodycze. Dawniej jednak nawet ze słodyczami było krucho. Opowiadała mi mama, jak przed wojną nieraz dostawało się tylko jajka z cukru, czasem baranka. Ale bywało, że ktoś miał szczęście i bogatą ciotkę. Tak było w wielkanocne święta 1939 r. Mama dostała od cioci Trudzi ogromnego, jak jej się wtedy wydawało, zająca z czekolady. Radość była wielka, ale święta minęły i zająca, by nie korcił zapachem i by się na niego nie kurzyło, babcia zawinęła w przezroczystą folię i postawiła w pokoju na kredensie. Bo kto to widział jeść takie cudo. Tylko czasem, gdy nikogo nie było w domu, mama stawała na krześle i odważyła się potrząsać dzwoneczkiem na zajęczej szyi. Myślała wtedy, jakby odłamać kawałek, by nikt nie zauważył, ale jakoś nie miała odwagi. I nie wiadomo, jak długo stałby nieborak na kredensie, gdyby w jego żywot nie wkroczyła historia. 1 września wybuchła wojna. Wszystkich w domu ogarnęła panika. Jakaś sąsiadka lamentowała, że wszystkich zabiją, druga radziła, by uciekać. Ale w całym tym zamieszaniu nikt nie pomyślał, co będzie z zającem. Tak się mogło tylko wydawać, bo pomyślała o nim moja mama. Nie mogła przecież dopuścić, by dostał się w ręce wroga. Zapytała więc zabieganą babcię, czy może wreszcie zabić zająca. Mogła. Zaczęła oczywiście od uszu, potem poleciała głowa. Gdy była przy tułowiu, spamiętała się, że przecież trzeba się podzielić. Ale domownicy mieli głowę zaprzątniętą czymś innym i przechodzili obok zajęczych szczątków obojętnie. Mama nie pamięta już, czy zjadła wszystka naraz, czy zostało coś na drugi dzień. Ale do dziś wspomina przedwojennego zająca i smak ciemniej czekolady, którą osłodziła sobie ten straszny, wrześniowy dzień.

Barbara Szmatloch