My som stond

Ksiądz infułat Jan Kapica
Ksiądz infułat Jan Kapica

Gwarowa konspiracja

„My Ślązacy nauczymy się od Was, kochani bracia Polacy z innych dzielnic, ładnie mówić, Wy zaś nauczycie się od nas ładnie pracować” - powiedział w lipcu 1922 r., podczas uroczystości z okazji przyłączenia części Górnego Śląska do Macierzy, ks. prałat Jan Kapica. Mniejsza o pracę. Natomiast to, że Ślązacy nauczyli się pięknie mówić, jest faktem. Mało, że się nauczyli, to jeszcze uczą innych, czego najlepszym przykładem jest prof. Jan Miodek. Czy wkrótce nie dojdzie jednak do sytuacji, że trzeba będzie na powrót Ślązaków gwary uczyć?

W ostatnich latach gwara co prawda odżyła, zaczęła nawet być modna. Skrywana przez lata, pielęgnowana w domach i poniewierana po podwórkach, wybuchła ok. 1989 r. Zrozumieliśmy wreszcie, że bez niej o wiele uboższa byłaby nasza mała Ojczyzna, że jest ona ważnym składnikiem naszej regionalnej tożsamości.

Dyskutujemy często nad stanem naszej gwary. Zastanawiamy się, czy przetrwa i w jakiej formie. Staramy się ją w celach formalnoprawnych skodyfikować. Ale czy dziś jest jeszcze dla niej miejsce w życiu codziennym, czy coraz częściej pozostaje tylko dyscypliną różnorakich konkursów? Żadna dyskusja gwary jednak nie ocali, a i tak zawsze prowadzimy ją w języku literackim. Przecież wiadomo, że po śląsku nie można mówić o rzeczach poważnych! A co dopiero pisać!

Przed laty, gdy gwara była odbierana jako język lumpenproletariatu, Ślązacy za wszelką cenę chcieli, by ich dzieci mówiły „czysto po polsku”. Moi rodzice też. Ale jakież było moje rozczarowanie, gdy wyszłam na dwór pobawić się z rówieśnikami. Zabrałam ze sobą dużego, pluszowego misia, a one chciały, by dać im się pobawić jakimś berkiem. Jednak nie trwało długo, jak z mojego rowerka zrobiło się koło, z domku dla lalek pupensztuba, a z cukierków bombony.

Potem przyszły czasy, kiedy gwarę postrzegano jako kalectwo językowe. I ktoś zwrócił mi uwagę, że nawet, jak używam języka literackiego, słychać w nim śląski akcent. Przeżywałam katusze – ja, filolog, po polsku mówić nie potrafię. Ale gdy zupełnie niedawno pewien językoznawca zdziwił się, że jestem Ślązaczką, bo jakoś tego nie słychać, byłam znów oburzona, ale już z zupełnie innego powodu. Jak to nie słychać! Ma być słychać!
Bo do świadomego posługiwania się gwarą trzeba dojrzeć, jak do wielu doniosłych rzeczy. Śląskość, w tym i gwara, czasem nas uwiera i jak garb staramy się ją ukryć. Ale można też eksponować ją jak rodowy klejnot który przypadł nam w spadku po przodkach.

Mamy dziś wzorce gwary - tej pięknej, klasycznej, i tej tworzonej przez chałturszczyków. Poczytamy więc sobie w domowym zaciszu, raz się zachwycimy, raz zaśmiejemy. A rano, spotkawszy w windzie sąsiada Ślązaka, porozmawiamy z nim o pogodzie i polityce. Literacką polszczyzną oczywiście. Bo w każdej chwili może dosiąść się ktoś trzeci. Gwara urasta do języka konspiracyjnego. Tylko nie wiem, czy jeszcze się wstydzimy mówić po śląsku, czy już nie odczuwamy takiej potrzeby?

Jesteśmy ze swej śląskości dumni. Podkreślamy często, że nasza gwara (albo jak niektórzy wolą, język śląski), jest czymś bardzo intymnym. Używamy jej w domu, w środowisku swojaków. Czy ta intymność to aby nie wymówka. Boimy się, że jak się odezwiemy po śląsku, inni zaczną nas postrzegać jako nieuków, którzy po polsku nie potrafią. I nie jest argumentem to, że nas nie zrozumieją. Część śląskiej gwary to tylko inny akcent czy inna odmiana. A więc dlaczego nie wejdziemy do eleganckiego sklepu w śródmieściu i nie spróbujemy dogadać się z ekspedientką po śląsku? No, może się odważymy w osiedlowym warzywniaku...

Czy więc nie jest za późno, by autentyczną gwarę ocalić? Powstały słowniki, ale przecież gwary nie można uczyć jak angielskiego. Trzeba ją mieć w sercu. I odczuwać potrzebę jej używania. Myślę, że mimo wszystko gwary nie przestaliśmy się wstydzić. Mam znajomych z którymi rozmawiam po śląsku. Gdy dzwonię i zaczynam godać, często pada pytanie: Jesteś w domu? Jesteś sama? Pełna konspiracja. W dalszym ciągu nie możemy pojąć, że w miejscach publicznych też można godać po naszymu. I że nikogo to tutaj nie powinno dziwić. Bo czemu miałoby dziwić. Przecież jesteśmy u siebie!
Wstydzimy się gwary, boimy się, że to może zostać źle przyjęte. Może, ale nie musi. Miałam w swym życiu ogromne szczęście, bo nigdy z powodu posługiwania się gwarą nie byłam dyskryminowana, nawet nie miałam z tego powodu nieprzyjemności. Gdy przed 20 laty rozpoczęłam pracę w redakcji dużego dziennika, naczelnym był Ślązak. Więc nie dziwota, że godało sie po śląsku. Ale po nim nastał szef który już Ślązakiem nie był. A ja, zamiast się opamiętać, do niego także godałach po śląsku. Kiedy zorientowałam się, że dziwnie na mnie patrzy, postanowiłam poczekać, aż zwróci mi uwagę. Ale on zamiast tego, zaczął się dopytywać, co niektóre słowa znaczą. Czasem nawet próbował coś zapamiętać, ale nijak mu to nie wychodziło. I gdy spotkaliśmy się po kilku latach, z żalem oznajmił, że wszystko, czego się nauczył, zapomniał. On miał prawo zapomnieć, my nie.

Powstańcy śląscy często po śląsku pisali swoje raporty. Bo jeśli już chodzili do jakiś szkół, to do niemieckich, a walcząc o Polskę, po niemiecku przecież pisać nie wypadało. Józef Ryszka z Szopienic, syn Józefa, śląskiego powstańca, pisał w czasie okupacji w prasie konspiracyjnej wiersze w dwóch wersjach - po śląsku i w języku literackim. A w „Kilofie” swe felietony podpisywał Buks. Przedtem pisano po śląsku, bo tylko tak potrafiono. Potem to już chyba tylko Stanisław Ligoń miał w gwarze swobodne pióro. I czyta się to nawet teraz z zapartym tchem. Przeglądając to, co stoi dziś na księgarskich półkach widzimy, że są tacy, którzy po śląsku pisać chcą. Z różnym zresztą skutkiem. Bo o ile z mówieniem po śląsku jeszcze pół biedy, to z pisaniem znacznie gorzej. I nie o wielką literaturę tu chodzi. Myślę o naszym prywatnym, intymnym pisaniu. Z kilkoma osobami koresponduję po śląsku i jakoś nie mamy problemu z zapisywaniem gwarowych wyrazów. I nieważne, że każdy pisze trochę inaczej, bo pochodzimy z różnych okolic Śląska. Przecież wiadomo, o co chodzi, a ile przy tym uciechy. Ale na szerszą skalę? Po co się narażać, skoro można po cichu, w poczuciu dobrze spełnionej śląskości, opowiedzieć dzieciom bajkę o utopcach.

A ja, po napisaniu tego tekstu, oczywiście urzędową polszczyzną, bo inaczej jakoś nie uchodzi, u znajomej w dworcowej budce kupię ponki, kołoc i jakeś bombony. Gdy jej nie będzie, w innym kiosku kupię jabłka, ciasto i cukierki. Pełna konspiracja.

Tylko czasem, gdy wydaje mi się, że spogląda na mnie roześmiana twarz Ligonia, łobuzerska Ryszki i zatroskana powstańca Dorna z Przełajki myślę, że powinni mnie porządnie postraszyć. Może więc spróbujmy wyjść z tego podziemia i udowodnić, żeśmy mowy naszych ojców nie zapomnieli. Może jeszcze nie jest za późno.

Barbara Szmatloch