Gułag w Lasowicach

 

Wystarczył donos sąsiadów, żeby znaleźć się w obozie przesiedleńczym w Lasowicach. W ciągu kilku miesięcy 1945 roku do tego gułagu trafiło prawie 5 tysięcy Niemców i volksdeutschów

W byłym hitlerowskim obozie jenieckim w Lasowicach, dzielnicy Tarnowskich Gór, zaraz po wkroczeniu do miasta w 1945 roku radziecka komendantura wojenna utworzyła obóz dla miejscowych Niemców i volksdeutschów I oraz II grupy, których zaplanowano wysiedlić do Rzeszy. Zarząd placówki powierzono Powiatowemu Urzędowi Bezpieczeństwa Publicznego w Tarnowskich Górach, którego szefem był Stanisław Wójcik. W połowie lutego 1945 roku do Lasowic trafili pierwsi więźniowie. Był wśród nich m.in. Antoni Kruż, szynkarz Bractwa Strzeleckiego. Aresztowania przeprowadzono bez nadzoru polskiej prokuratury przede wszystkim na podstawie sąsiedzkich donosów.

Po selekcji część osadzonych skierowano do więzień w Mysłowicach i Sosnowcu, resztę - głównie kobiety i dzieci - postanowiono wysiedlić do Niemiec. Od maja 1945 roku wysłano koleją do Niemiec 3 transporty. Jednak deportacje były nieudane, bo część wysiedlonych uciekła z pociągów lub odesłana została z powrotem do lasowickiego obozu.

Jedna z osadzonych, nauczycielka z Miasteczka Śląskiego aresztowana została przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa i milicji 10 lipca 1945 roku. Doprowadzona została do obozu przejściowego w Lasowicach, dokąd tej nocy zwieziono furmankami z powiatu tarnogórskiego 290 Niemców w wieku od 4 dni do 92 lat. – Przy wejściu do obozu zostałam pobita pięściami, bo odważyłam się pozdrowić dostrzeżonego w tłumie znajomego – wspomina.

Więźniów ulokowano w dwóch barakach z drewnianymi podłogami. Spać musieli na słomie pozbawieni nawet koców. Przez trzy dni nie dostali nic do jedzenia i picia. Później na obiad otrzymywali ćwierćlitrowe porcje zupy z przegotowanego żyta z kilkoma ziarenkami grochu, które jedli ze znalezionych puszek po konserwach. Szybko wybuchła epidemia czerwonki. Umarło wielu ludzi.

Mężczyźni byli stale bici a kobiety gwałcone. Wspomniana aresztowana kobieta, którejś nocy została zabrana do innego baraku, rzekomo do rozpalenia w piecu ognia. Mimo próśb i płaczu pod groźbą pistoletu została zgwałcona. Kolejnej nocy inny 30-latek wszedł przez okno do jej baraku i chciał wywabić bezskutecznie na zewnątrz. – Na to on rzucił mnie na podłogę baraku i zgwałcił mnie mimo mojego oporu, w obecności wszystkich innych – zapamiętała kobieta.

Została wypuszczona na wolność w październiku 1945 roku wraz ze sporą grupą ludzi.
Zwolnienia więźniów spowodowane było zainteresowaniem się sytuacją w obozie tarnogórskiego starosty Józefa Marka. Z jego inicjatywy tydzień po niespodziewanej ucieczce komendanta obozu Wieczorka, funkcjonariusza tarnogórskiego Urzędu Bezpieczeństwa, przeprowadzono w październiku 1945 roku kontrolę, podczas której wyszło na jaw, że osadzeni od 24 godzin nie otrzymywali żywności. Dopiero wtedy do obozu przyjechał lekarz, który zajął się chorymi.

W obozie przebywało wówczas 218 osób, głównie kobiet i dzieci. – Element najmniej szkodliwy, przy czym wszyscy, tak dorośli jak i dzieci mówią językiem polskim. Główną ich winą jest to, że mężowie względnie ojcowie byli członkami niemieckich organizacji i dotychczas nie wrócili bądź to z wojska bądź też uchodzili z wojskiem niemieckim – donosił starosta Józef Marek w piśmie z 8 października 1945 roku do Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach.

Z raportu starosty wynikało, że niemożliwe było natychmiastowe wysłanie uwięzionych transportem kolejowym do Niemiec. Większość kobiet i dzieci nie miała ciepłej odzieży i butów oraz obłożnie chorowała. Starosta poinformował też o nieskuteczności wysiedleń. Podczas ostatniego transportu, który trwał 14 dni, przesiedleńcy otrzymywali jedynie kawę i 6 zmarło. W dodatku w Zgorzelcu starosta i komendant UB kazali wysiedleńcom wracać do domu. Dlatego starosta podjął decyzję o uwolnieniu volksdeutschów, którzy za zgodą władz mogli wyjechać indywidualnie do Niemiec lub pozostać w domach krewnych.

- Utrzymanie obozu przez zimę jest niemożliwe z powodu braku aprowizacji i zagrożonego stanu zdrowotnego i niemożliwości utrzymywania najniezbędniejszych warunków higienicznych – zakończył swój raport starosta. Efektem pisma było zlikwidowanie w obozie 1 listopada 1945 roku posterunków wartowniczych. Sam obóz zamknięto miesiąc później, uwalniając pozostałe 134 osoby.

Bedrys

Na zdjęciu: Przedstawiciele władz w maju 1945 r. (w pierwszym rzędzie od lewej): przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej w Tarnowskich Górach - Jakub Skrzypulec, komisarz wojenny na miasto - mjr Brusow, starosta - Wincenty Łukowski, komendant węzła kolejowego w Tarnowskich Górach, kpt. Laskowski, sekretarz KP PPR - Paweł Bendkowski; burmistrz Józef Marek (pierwszy z lewej w drugim rzędzie), wł.: Muzeum w Tarnowskich Górach