Jutra może niy być

b_200_300_16777215_0___.._montes_images_stories_montes_41_12-lysko1.jpg

Żołnierski dziennik Alojzego Lyski

Alojzy Lysko, podejmując trud udokumentowania losów swego ojca wcielonego podczas II wojny światowej w szeregi Wehrmachtu, stworzył epopeję wojenną Górnoślązaków. Miał odwagę, by opisać sprawy trudne, przez wiele lat przemilczane i bolesne. Miał też ogromną wiedzę, talent oraz obiektywizm, by nie opowiadać się po niczyjej stronie i szacunek do bohaterów i historii.

W ubiegłym roku ukazał się pierwszy tom tryptyku powieściowego „Duchy wojny”, gdzie w żołnierskim dzienniku zrekonstruowane zostały dwa lata tułaczki – kronikarski zapis 667 dni - od chwili powołania do wojska, aż do śmierci. Zapis przeżyć, doświadczeń, obserwacji, ale także wspomnień, które tworzą barwny obraz śląskiej kultury.

Gdy w 2000 r. ukazała się książka „To byli nasi ojcowie”, we wstępie do niej Alojzy Lysko napisał:

„Moje pokolenie, w naturalnym odruchu ludzkim, całą siłą swych serc przez pół wieku chroniło pamięć o ojcach poległych w drugiej wojnie światowej w mundurach Wehrmachtu. Teraz, kiedy z bolesnych stygmatów śląskich zdjęto już zasłony milczenia, a życie mojego pokolenia powoli dobiega kresu - pragnienie zachowania tej pamięci na dłużej stało się jeszcze silniejsze.

To byli nasi ojcowie

b_200_300_16777215_0___.._montes_images_stories_montes_41_12-lysko2.jpg

b_200_300_16777215_0___.._montes_images_stories_montes_41_12-lysko3.jpg

Wojna oblekła naszych ojców w mundury feldgrau, dała im broń i przymusiła do walki. Wojna była przyczyną ich życiowych tragedii: dla jednych kalectwa, niewolniczej pracy, pogardy, zepchnięcia na margines życia, dla drugich - śmierci na polu walki lub straszliwej śmierci w sowieckich łagrach. Lecz wojna, zarówno tym, co przeżyli, jak i tym, co padli nigdy nie odebrała człowieczeństwa, nie pozbawiła sumień, nie zagasiła serc. Do końca pod żołnierskimi mundurami kryli się prości chłopcy śląscy, świadomi swej godności i pochodzenia.

Poszli na wojnę, siłą wyrwani z rodzinnych gniazd. Wychowani bogobojnie i prawomyślnie, według sprawdzonych reguł moralnych obowiązujących w rodzinach śląskich, nie byli, bo nie mogli być żołdakami. Byli naszymi ojcami, mężami naszych matek, synami naszych babć i dziadków, braćmi - wszyscy w niewielkim środowisku wiejskim dobrze rozpoznani jako ludzie.

Historia nigdy by nam nie wybaczyła, gdybyśmy temu ludzkiemu wymiarowi ich przymusowej służby w niemieckim wojsku pozwolili utonąć w morzu niepamięci”.

Światło dzienne ujrzały wówczas „bojszowskie rodzinne legendy” poświęcone tym, którzy nie powrócili z wojny. Jednym z nich był Alojzy Lysko - rocznik 1912, ojciec autora. I teraz odnajdujemy go na kartach nowej książki - „Duchy wojny”. Dziennik żołnierski 1942-1944 -  w postaci głównego bohatera Alojzego Ochmana.

Książka, w której autor wciela się w postać swojego ojca, skonstruowana jest w sposób niesamowity. Bo choć mamy sobotę 7 marca 1942 r., akcja rozpoczyna się nie sceną obrazującą krwawą wojnę, ale opisem przyrody niczym w Reymontowskich „Chłopach”: „Idzie wiosna. Kaj sie niy obejrzysz, wszyndy jom widzisz. Na polach zielyni sie żytko, puszczajom pączki na stromach, świergolom ptoszki, a jo – smutny. Chodza za pługiyem, dumom i gryza sie. Wczoraj bloklajter przynios pismo z gminy, kieregoch sie niy spodziywoł. Za dwa tydnie musza sie brać na wojna. Mom sie stawić w koszarach w Bad Reichenhall, a brat Paweł  - w Ingolstadt”.

Ale nie czas martwić się swoim losem. By iść na wojnę, dla żołnierza każdy czas jest zły. A jeszcze kiedy nie jest to jego wojna. Idzie wiosna, w polu sporo roboty, a w domu ukochana żona i mały synek.

I tu widzimy hierarchię wartości śląskiego chłopa – rodzina, Bóg, ojcowizna, a dopiero potem ojczyzna – i to do końca nie wiadomo, która.

W pierwszym tomie przez cały czas wisi w powietrzu groza wojny, ale nie ma jej okrucieństwa - może tylko odczuwamy je w scenie, gdy podczas przepustki bohater spotyka wycofanego z ruskiego frontu młodego gefrajtra z Gliwic. „Z godki i wyglądu synek ułożony, ale ogromnie schacharzony. Na co sie u niego niy wejrzało, to było pokaliczone abo zbolałe. Gymba zasiekano, poharatano, kark zeżarty od wszy, urwane pół ucha, ubity mały palec w rynce, pod pażami jakiś śpetne wrzody”. I jeszcze w chwilach, gdy przychodzi wiadomość, że ktoś znajomy poległ na froncie. Wojna jest niby na drugim planie, daleko, tutaj - jeszcze nie dziś, najwyżej jutro. Ale przez cały czas Alojzy Ochman ma świadomość, że „jutra może niy być”.

Bez Boga ani do proga

Na wsi jedna robota goniła drugą, ale zawsze był czas na modlitwę. „Jak wszyscy gospodorze we wsi, chodza na suma. Ogromnie rod chodza w niedziela do kościoła, bo choć roz na tydziyń moga sie piyknij oblyc i jak człowiek iść ku ludziom. Moga se w kościele pośpiywać, a po mszy, pod farskim płotym postoć, spokojnie wykurzyć cygareta i porozprowiać na chwilka z chłopami. Teroz, bez wojna, to ta w kościele niy ma żodnej wesołości. Wszystko beblajom po niymiecku”. Wesołości nie ma też w ludziach – „Żyli, jakby musieli żyć” – zauważa bohater. Bo „Taki to jest los Ślązoków. Jedni ryjom jak krety pod ziymiom, drudzy muszom iść wojować. Jedni i drudzy som na froncie, ginom abo zostajom dziadami”.

Ale gdy zatroskana żona nieśmiało zapyta: – „Alojz, a jakbyś tak niy poszeł do tego wojska, co by było”?, on odpowiada: „Musiołbych sie ukrywać, a wos by wziyni do lagru i spolili”. I jak nadchodzi chwila rozstania, mówi do ukochanej żony: „Pamiyntej Wichciu, nojważniejsze jest dlo ciebie niy gospodarstwo, ino dziecko i choro matka”. A mały Alojzik ma dopiero miesiąc. Potem „klynknął, obłapił Mamy za nogi i wydukoł: Bóg zapłać, Mamo, za wszystko, zostońcie z Bogiym”.

Bóg zawsze był w ich życiu obecny. Śląscy chłopi w niemieckich mundurach listy do rodziny rozpoczynali od słów: „Kochany Bracie, Witom sie z tobom jak Mama uczyli: Niech bydzie pochwalony Jezus Krystus” albo: „Kochany Braciszku, nojsomprzód Cie pozdrowiom tymi słowami, jak sie pozdrowiali Pan Jezus z Apostałami. Choć sie niy moga z Tobom witać rękami, to Cie witom Bożymi słowami „Niech bydzie pochwalony Jezus Chrystus”. A jak mieli „dwie godziny fraj”, udali się do kościoła, żeby się spotkać z Panym Bogiem.

Chca być ino Ślązokiem

Na kartach książki widać doskonale, że wielu Ślązaków nie zdążyło jakoś zadomowić się w tej oczekiwanej i wytęsknionej Polsce. „Zrobiły sie powstania, przyszła Polsko, kiero niy chciała słyszeć o żodnych niymieckich inwalidach wojynnych. Tata byli straśnie niyradzi tej nowej Polsce… - My sie tam przy Polsce niczego niy dorobiymy. W 1926 roku jak dźwigli podatki, bo Piłsudski potrzebowoł piniyndzy na kulki, żeby strzylać do swego norodu, tata sie zawziyni. – Niy byda płacił chacharom i fertig”.

W niemieckim wojsku, „Jak śpiywom to „Hajli  hajlo”, to mi sie Niymce podobajom i w duszy coś mi godo, żech jest Niymiec. Jak se zaś przypominom jakoś polsko pieśniczka, kierej nauczyła polsko szkoła – to mi sie zdo, żech jest Polok. Może jest żech Ślązok? Som niy wiym, kim żech jest. Tak nom na tym Śląsku mącom w głowach, że człowiek niy wiy, do kogo przywstać”.

„Niyroz żech chcioł być Niymcym, bo wszystko w tym norodzie było poukłodane. Porządek zawdy mi sie podoboł. Teroz, jak widza wiela trucizny bez moc muszom wypijać dziynnie Niymce, jak ta trucizna działo, jak depto sie tu sumiynia, jak pogordzo człowiekiym, jak wyganio Boga z ludzkich serc, jak sie szafuje młodym życiym – to jo sie wyrzekom takigo norodu. Chca być ino Ślązokiem. Mieli recht nieboszczyk ojciec, jak mi tuplikowali: - Aniś Polok, ani Niymiec! Tyś Ślązok! Niechta, że dostaniesz od jednego i drugigo po pysku, ale bydziesz sobom”. I gdy „Orkiestra gro niymiecki hymn. Stoja i niy piyrwszy roz myśla: - Wto jo richtig jest? Komu jo byda przysięgoł? Czy ta przysięga jest ważno, jeśli niy wierza w to, co byda wymawioł”. Ale w niemieckich koszarach miała miejsce i taka scena: „Wszyscy już mieli dość. Już jim fest kopciło i wziyni sie za śpiyw. Nasi chłopcy zaczli wyśpiywywać jedna za drugom śląskie pieśniczki. Miyndzy jedna a drugo piosneczka próbowali sie jakoś wciś Niymce, ale nijak niy poradzili. Jednym razym Niymce zaśpiewali Deutschland, Deutschland ueber alles … Wstali, chycili sie za ramia i ryczeli jak zarzynane woły. Jak Niymce tak – to nasi chłopcy też wstali i wziyni sie za ramia i zaczli śpiywać: Jeszcze Polska nie zginęła. Ta piosneczka też sie Niymcom fest podobała. Myśla, że wielu z nich nawet niy wiedziało, że śpiywo hymn Polski. Jak ta pijano banda była w swym nojwiynkszym żywiole, drzwi do sztuby nogle sie otwarły i znod sie w nich feldfebel Knoelle. Zawreszczoł, że sie zdało, że szyby popękajom w oknach: - Stille, Ja wam dam Jeszcze Polska. Zaczła sie wściekło tresura”.

Bydziesz musioł zabijać

W duszy Alojza Ochmana jest cały czas ogromna tęsknota za wszystkim, co swojskie. Za kwitnącymi drzewami, za ciężką pracą, za bliskimi. I nadzieja, że przyjdzie z domu list. A tu niespodziewanie, zamiast niego, na dworcu w Salzburgu z okna pociągu dostrzega ukochaną Wichcię, która jedzie do pustych już koszar by pokazać mu syna. Spotkanie krótkie, jakby wykradzione z żołnierskiego życia, radość którego przez cały czas mąci natychmiastowe rozstanie i świadomość, że „jutra może niy być”.

I choć pod szczytami Alp ogląda śliczne jak bombonierka wille, słucha koncertów, bierze kąpiele dra Kneippa i dziwuje się temu pięknemu, odkrywanemu światu, to widzi swoją wiosnę na Śląsku. A gdyby mógł, „przywiódł by se tu żona, żeby razem podychali”.

W koszarach trzymają się razem – Ślązacy, a jeszcze lepiej, jak z jednej wsi. I nawet dowódca mówi: „Jo jest Franz! Godej mi za jedno! Mie też jest miło, jak se ze swiomi pogodom”. I słuchają nauk starych frontowców, że „W dziurze nojważniejsze jest, żeby niy narobić ze strachu w galoty. Na defiladzie nojważniejszy zaś jest śpiyw i równy krok”. A kiedy cieszyniok Franz Dzieggel pyto: „Alojz, poradziłbyś tu i teroz zabić człowieka?”, ten odpowiada: „Tu i teroz na pewno niy! Sumiyni by mi niy dało. Niy jo życi doł, żebych to życi komuś odbiyroł. Pon Bóg by mie skoroł”. Ale w odpowiedzi usłyszy: „Bydziesz musioł zabijać, bo to jest wojna. Przygotuj sie do tego”.

Musztry, ćwiczenia, marsze, ale ziemia, także ta niemiecka, nie może leżeć odłogiem. Więc po szkoleniu Alojzy Ochman wraca do pracy na polu. Ale nie swoim, a bauera. Gospodyni Johanna Radlinger, baba-szarf, patrzy mu na ręce, a gdy dostaje wiadomość o śmierci syna, wyrzuca z siebie z żalem i nienawiścią słowa: „Co bydziesz godoł, żeś ty niy Polok, jak po niymiecku niy poradzisz. Krawaczysz, aże brzuch boli. Nojlepij by było, żebyś sie teroz cofnon z mego domu. Floriana zabili ludzie z tego samego plymia, co ty!”. Ale to tylko słowa, bo gdy okazuje się, że nikt tak jak śląski chłop na polu robić nie potrafi, musi tam wrócić. Wojna i śmierć są coraz bliżej, ale ciągle na drugim planie. Nadchodzi środa 8 lipca 1942 r., pożegnanie z koszarami. Pociąg z żołnierzami, pociąg historii, zawiezie ich do Holandii, bronić Wału Atlantyckiego.

Książkę trzeba przeczytać koniecznie, ale nie będzie to łatwe.

I to nie tylko o tematykę tutaj chodzi. Napisana jest przepiękną, śląską gwarą, w którą po prostu trzeba się wczytać. Ale ten dokument wciąga jak powieść sensacyjna. Gromadzenie materiałów zajęło autorowi sporo czasu, a znając go odnoszę wrażenie, że robił to przez całe swoje życie. Szukał ich u rodzin poległych - zbierał listy wojenne, ocalałe dokumenty i zdjęcia, notował relacje świadków, gromadził przekazy historyczne. Odwiedził dwukrotnie miejsca, w których przebywał jego  ojciec – Bad Reichenhall w Bawarii, Holandię, Ukrainę.

Uważam, że mam moralne prawo ustosunkować się do tej książki jako córka Ślązaka, byłego żołnierza wcielonego przymusowo do Wehrmachtu, którego szlak bojowy prowadził z Chorzowa przez Opole, Wiedeń, Saloniki, Rzeszów pod Stalingrad. Brat ojca Rudolf stracił życie w 1944 r. na froncie wschodnim. Rozjechany przez radzieckie czołgi w okolicach Pskowa, nie posiada nawet zbiorowej mogiły. Od kiedy pamiętam, wątek służby w Wehrmachcie, tak samo jak powstań śląskich w których uczestniczył dziadek, był obecny w rodzinnych rozmowach i wspomnieniach. Ale ze mną los obszedł się łagodniej niż z autorem „Duchów wojny”. Mojemu ojcu dane było wrócić do domu.

Pisanie o swojej rodzinie, najbliższych, to zadanie bardzo trudne, bo ma w sobie coś z publicznego obnażania swojej duszy. Tym większe więc uznanie dla autora, że  podjął ten trud ku pamięci poległych, ale także aby ci, którzy nastaną po nas, pamiętali.

Barbara Szmatloch

Alojzy Lysko. „Duchy wojny. Dziennik żołnierski 1942-1944.W koszarach pod szczytami Alp”.
Wydawnictwo „Śląsk”. Katowice 2008.
Drugi tom „Duchów wojny. W bunkrach Wału Atlantyckiego” ukazał się wiosną br.