Miejsca niezwykłe

b_200_300_16777215_0___.._montes_images_stories_montes_41_01-moneta1.jpg

Tarnowskie Góry

Gra w piny

Do gry wystarczał zwykły dom z cegły. Budynki otynkowane nadawały się do grania wtedy, gdy na parterze odpadł spory płat elewacji, odsłaniając cegłówki. Na początku lat 60. XX wieku w śródmieściu Tarnowskich Gór wybudowano sporo plomb w miejscu zrujnowanych zabudowań. Najlepiej jednak do gry nadawały się nowe budynki z cegły postawione w rejonie ulic Górniczej, Zamkowej i Legionów. Budowlańcy zawsze zwlekali z otynkowaniem murów, więc wspaniałe gołe ściany bloków aż prosiły się o grę w piny. A tamtędy przebiegał szlak szkolnych wędrówek ówczesnych dzieci.

 

b_200_300_16777215_0___.._montes_images_stories_montes_41_01-moneta.jpg

Zasady gry w piny były proste. Wystarczyło mieć jakieś stare monety lub zagraniczne miedziaki i już można było rozgrywać pasjonujące pojedynki. W zabawie mogło uczestniczyć dwóch graczy albo i więcej. Spora ilość zawodników gwarantowała większą wygraną, bo monet do wzięcia było więcej. Ale żeby zainkasować parę miedziaków, to trzeba było wykazać się nie lada umiejętnościami.

Gracz uderzał swoją monetą o wybraną cegłówkę murowanego domu i w odpowiednim momencie, wykorzystując odbicie, wypuszczał pieniążek, który wylatywał z palców na sporą odległość. Niektórzy spece potrafili długo sprawdzać i obstukiwać cegły, zanim wybrali tę gwarantującą najlepszy lot pieniążka. W zależności od sytuacji lot musiał być daleki bądź bliski i dokładny. Gra polegała na tym, żeby odbić pieniążek tak, aby upadł jak najbliżej monety rywala, który rozpoczynał grę.

Odległość mierzono rozstawionymi palcami. Za odległość dłoni rozciągniętej od kciuka do małego palca otrzymywało się jeden punkt. Za odległość od kciuka do palca wskazującego należały się dwa punkty, za zbliżenie na grubość kciuka pięć punktów. Kiedy monety zetknęły się ze sobą dostawało się dziesięć punktów. Za uderzenie w monetę rywala przysługiwał jeden punkt. Nakrycie monety przez pieniążek, nazywane deklem, wyceniano na dwadzieścia punktów.

Każda moneta biorąca udział w grze była odpowiednio punktowo wyceniona. Za współczesny bilon dostawało się po kilka punktów. Halerze, feningi, grosze to był zwykły chłam. Wycena starych monet ze szlachetnych kruszców sięgała nawet stu punktów. Międzywojenna srebrna pięciozłotówka to pięćdziesiąt punktów. Tyle samo dawano za dwie srebrne marki. Sto punktów dawano za srebrne pięć marek lub srebrne dziesięć złotych. Współczesny mosiężny jeden pens brytyjski – choć sporych rozmiarów - wyceniano jedynie na dziesięć punktów. Radziecką kopiejkę na pięć punktów, a rubla na dwadzieścia.

Najczęściej spotykanymi monetami były srebrne międzywojenne marki i złotówki, których sporo zachowało się w portmonetkach babć i dziadków, którzy lubili ze szlachetnego bilonu robić prezenty dorastającym wnukom. Reszta współczesnych monet trafiała do rąk graczy dzięki podróżom rodziców. Zapewne mało kto z dorosłych wiedział po co ich pociechom potrzebne były stare monety.

I nie obywało się bez awantur rodziców, gdy ich synalek przegrał całą portmonetkę. Towarzystwo młodych hazardzistów rozpierzchało się w popłochu, gdy na plac gry wkraczał rozsierdzony rodzic. Zdarzały się bijatyki, gdy przegrany nie chciał oddać monet i zwycięzca wymuszał je siłą. W przypadku ucieczki wyegzekwowanie wygranej było trudne albo niemożliwe. Ale o wiele groźniejsze były interwencje babć przesiadujących w oknach. Staruszki groźbami i krzykiem skutecznie przepłaszały amatorów gry w piny, oskarżając ich o niszczenie muru i obijanie elewacji.

Szczyt popularności dziecięcej gry w piny przypadł na wczesne lata 60. XX wieku. Potem stopniowo zainteresowanie grą zanikało na rzecz gier planszowych, ping-ponga i piłki nożnej.

Do dziś pamiątką po grze w piny są stare poobijane na brzegach monety, które spoczywają w szufladach niegdysiejszych młodocianych hazardzistów.

RYCH