Moje magiczne miejsca

b_200_300_16777215_0___.._montes_images_stories_montes_31_13-panczyk2.jpg

Maria Pańczyk – Pozdziej

Takich magicznych miejsc było w Tarnowskich Górach i okolicy wiele. Niektóre dane mi jest podziwiać po dziś dzień, a inne zniknęły. Nie ma ich, pozostały jedynie w pamięci bądź na wyblakłych fotografiach.

Był schyłek lat 50-tych ubiegłego wieku. Jako małe dziecko wraz z rodzicami i innymi zaprzyjaźnionymi rodzinami jeździliśmy rowerami do Świerklańca. Wówczas to stały tam jeszcze dostojne mury zamczyska z fosą przy drodze i pięknego pałacu w centrum parku. Ten pałac przykuwał uwagę każdego. W dziecięcej wyobraźni widziałam siebie odzianą w strojną suknię kroczącą po pałacowych schodach wprost na brzeg jeziora, które po dziś dzień rozlewa swe wody u stóp budowli, której już nie ma. Było to miejsce zjawiskowe. Pamiętam, że poza wypalonymi i ograbionymi wnętrzami było tam wiele unikatowych malowideł i rzeźb ściennych, łazienki w kaflach, których próżno byłoby dziś szukać w najzamożniejszych domach. I witraże przez które kolorowe światło tworzyło klimat jakiejś prawdziwej tajemnicy. Każda następna tam wizyta to był żal i rozczarowanie. Powybijane witraże, obłupane kafle, połamane balustrady. Ludzie dopełnili aktu zniszczenia, które pozostawił po sobie okupant i wyzwoliciel. A potem już zbudowany na wzór Wersalu pałac pozostał jedynie w pamięci najstarszych mieszkańców.

Maria Pańczyk w wieży widokowej tarnogórskiego parku.
Maria Pańczyk w wieży widokowej tarnogórskiego parku.

Podobnie było z innym pałacem w parku repeckim. Przed laty, gdy wraz z rówieśnikami goniłam po jego ruinach nigdy mi do głowy nie przyszło, że 20 lat później jako początkująca dziennikarka będę z mikrofonem rejestrować tam powstające kolejne obiekty późniejszego Centrum Rehabilitacji. I dobrze że powstał. Szkoda tylko, że wpierw musiała zniknąć budowla, która była swoistą perłą ziemi tarnogórskiej. Dziś, gdy coraz częściej korzystam z lekarskiej pomocy reptowskich medyków i rehabilitantów często odtwarzam sobie w pamięci krajobraz sprzed lat. I zawsze jawi mi się on jako miejsce magiczne. Pewnie i dlatego, że było częścią dzieciństwa.

I jeszcze jedno miejsce, którego dziś nie ma. Na obrzeżach dzisiejszego Zespołu Szkół Technicznych i Ogólnokształcących, u wylotu ulicy Styczyńskiego było kiedyś ogrodnictwo pana Sojki. Olbrzymie zagony kwiatów i szklarnie, w których królowały doniczkowe cyklameny zwane fiołkami alpejskimi i pachnące prymule. Te ostatnie to były kwiaty mojego dzieciństwa. Przed urodzinami mamy czy Dniem Matki ojciec wysyłał mnie do pana Sojki niezmiennie z dyspozycją kupna prymulki. Pewnie dlatego, że był to wówczas kwiat najtańszy, a portfel ojca – nauczyciela nie grzeszył zasobnością. A może i dlatego, że mama bardzo lubiła doniczkową prymulkę ozdobioną kolorową krepą, której brzegi pani Sojkowa zawsze zawijała w rulonik. Ten pachnący kwiat długo radował oczy stojąc na parapecie okna. Razu pewnego wiedziona swoim zauroczeniem kwitnącą przyrodą weszłam do ogrodu Sojków przez dziurę w płocie i narwałam bukiet dla mamy. Przyniosłam go do domu i radośnie obwieściłam - to dla ciebie. Mama spojrzała i zapytała - skąd to masz?

- Narwałam dla ciebie.
- Czyli ukradłaś.
Powrotna droga do domu Sojków była najdłuższą drogą mojego życia. Drzwi otworzył gospodarz.
- Przyszłaś po kwiatki - zapytał.
- Nie ja przyniosłam kwiatki i wyciągnęłam zza pleców bukiet.
Roześmiał się, kazał zatrzymać i powiedział – jak będziesz potrzebowała coś z mojego ogrodu to zawsze przyjdź i powiedz. Dostaniesz.

Takie było wówczas dzieci chowanie. Dziś nie ma już ogrodnictwa pana Sojki i nie ma pachnących prymul. Wyparły je modne gerbery i egzotyczne storczyki czy skrzydłokwiaty.

Na szczęście są jeszcze w Tarnowskich Górach miejsca, których mam nadzieję nikt nie zburzy i nie zniszczy. Jest ich wiele, bo miasto ze swą odległą historią zdołało za sprawą ludzi ochronić i nadal swe cenne zabytki hołubi.

Nie będę przywoływać tych, które są ogólnie znane bo obcujemy z nimi na co dzień. Zaproszę jednak przybyszów do parku miejskiego, który był i jest miejscem spotkań i rekreacji. Górki z których zimą zjeżdżaliśmy na sankach to pozostałość po wydobyciu kopalnianego kruszcu. Zalesione, zadrzewione stały się prawdziwą oazą zieleni dla tarnogórzan. Przepiękne ogrodowe altany, ławki w ustronnych miejscach, to były miejsca spotkań młodych ludzi, którym nie raz przyszło się „urwać” z zajęć lekcyjnych. A szkół w Tarnowskich Górach zawsze było wiele, bo wiele było w ludziach miłości do nauki, do historii, do tradycji. A w wierszu „Tarnowskie Góry” dedykowanym mi przez śp. Bolesława Lubosza czytamy:

O tej odnalezionej porze,
kiedy schodzą się podmuchy
wszystkich pokoleń - w tym miejscu,
gdzie pulsuje środek mojego świata,
codziennie od nowa wprowadzam się
do miasta moich wielkich obowiązków.
Wiem, że tylko tu mogę odnaleźć
niebo i ziemię i ową rozkwitającą
w mrokach roboczych myśl człowieczą.
... Tak będzie po wsze czasy!

 

Maria Pańczyk – Pozdziej
– Senator RP, Honorowa Obywatelka Tarnowskich Gór,
autorka konkursu „Po naszymu czyli po Śląsku”, publicystka Radia Katowice