Pochwała dawnej młodzieży

Miejska Biblioteka Publiczna im. Bolesława Lubosza zaprosiła jesienią ubiegłego roku do tarnogórskiego muzeum na konferencję popularnonaukową: „Tarnowskie Góry w twórczości literatów polskich. Z inspiracji srebrnym miastem”

Bohaterem dwóch prelekcji był Donat Kirsch. Nie mogło mnie w naszym muzeum zabraknąć albowiem okres znajomości, by nie rzec: przyjaźni z Donatem był bardzo znaczący i wywarł wielki wpływ na moje życie. W 1973 roku Julian Kornhauser, mój starszy przyjaciel i asystent na krakowskiej slawistyce, wybitny współczesny poeta, zwrócił się do mnie z „misją” odnalezienia w srebrnym mieście niejakiego Donata Kirscha. Jako opiekun młodych pisarzy krakowskiego oddziału Związku Literatów Polskich wiedział jedynie, że laureat jednej z głównych nagród wydawnictwa „Czytelnik” za debiut powieściowy, studiuje fizykę na UJ i mieszka w Tarnowskich Górach. Namiarów teleadresowych ani na wydziale fizyki, ani gdzie indziej – nie było. Tak więc obarczony odpowiedzialnym zadaniem, dotarłem do przesympatycznej rodziny Kirschów. Donata nie zastałem - był w Warszawie na bankiecie wieńczącym ceremonię wręczania nagród i skarżył się rodzicom, że za dużo w tym miejscu alkoholu i dymu papierosowego (już parę tygodni później przyzwyczaił się do tych dwóch niedogodności). Zaprzyjaźniłem się za to z jego młodszym bratem Aristem i jego kompanami – artystami (studiowali na ASP w Katowicach). Byli niezrównanymi łowcami nieprzeciętnych typów ludzkich i penetratorami najgłębszych tarnogórskich zaułków. Brat Donata należał do innego kręgu znajomych. Wystawiali oni (tak!) sztuki teatralne, robili taneczno-muzyczną oprawę wernisaży (np. Inglota w Bytomiu), kręcili filmy i tworzyli zespół rockowy.

Życie artystyczno-kulturalne ówczesnej młodzieży ogniskowało się wokół kolegi, który posiadał najbogatszy zbiór płyt, cudem sprowadzonych z Zachodu i najlepszy sprzęt. W tamtych latach był to gramofon Phonomaster i magnetofon Dama pik. Godzinami mogliśmy słuchać muzyki i opowiadać o Władcy Pierścieni Tolkiena. Do dziś na balkonie u Pawełka Kuczery widoczna jest mapa Śródziemia namalowana przez Arista. Mieliśmy szczęście. U szczytu popularności były takie zespoły jak: Jethro Tull, Led Zeppelin, Moody Blues, Pink Floyd, King Crimson. Co prawda niektórzy byli bardziej wybredni. Irek Bambynek uwielbiał Franka Zappę, a Romek Szczęsny Talking Heads.

Imprezy w liczniejszym towarzystwie odbywały się w klubach. Nazwa ta – rezerwowana dla nobliwych, dostojnych, angielskich lokali, w naszych, socjalistycznych realiach oznaczała pomieszczenia zakładane w piwnicach, na strychach, w królicorzach, w stodołach. Powstawały one jak grzyby po deszczu. Ja miałem klub „Hong Kong” – czemu go tak nazwałem, nie wiem, u Łukasza Majowskiego przy Rynku siedzibę mieli „Konserwatyści”. Największy i grupujący najciekawszych bywalców i sympatyków był klub Pawła Kuczery na fiśli przy Mickiewicza. Różniły się one wielkością, wyglądem, charakterem działalności w nich prowadzonej, rodzajem zainteresowań klubowiczów. Łączyło ich jedno: atmosfera pełna twórczej inwencji, zapału, poszukiwań. Pomoc i ingerencja rodziców, dorosłych, była niewskazana. Każdy kadr filmiku, obraz na ścianie, akord na gitarze rodził się ze wspólnych, koleżeńskich dyskusji. Nic nie było dane, wszystko było tworzone samorzutnie. Odrzucając treści podawane w komunistycznej szkole, sami poszukiwaliśmy rozwiązań, sposobów na życie, odpowiedzi na najważniejsze pytania. Gdy widzę dziś młodego człowieka zatopionego w smartfonie i nieuleczalnie uzależnionego od gier komputerowych, ogarnia mnie żałość i drżę z niepokoju, by ta choroba nie rozprzestrzeniała się bardziej i nie zabierała więcej ofiar.

Jeśli zaś chodzi o pisarzy polskich i ich związek z naszym miastem, to mogę jeszcze wskazać jednego: Janusza Andermana, który kilkakrotnie był w moim mieście. O jednym z nich – pobycie w domku dróżniczki przy przejeździe kolejowym w Sowicach, wspomina w jednej ze swych powieści. Z tym, że wesoły pobyt w małym domku (niestety nie istnieje) został zainspirowany nie przez srebrne miasto, a bardziej przez srebrzyste tory.

Jan Hahn

 

Okładka Montes nr 96

Okładka Montes nr 96