Droga do Polski

Z prof. dr. hab. Ryszardem Kaczmarkiem rozmawia Stanisława Warmbrand

- Gdyby rzecz całą przełożyć na system rzek, to do głównego nurtu, który ruszył z impetem w 1918 roku, myślę o II Rzeczypospolitej, dobiegł nurt dotąd poza dorzeczem, nurt zgoła inny w budowaniu „naszości”, nurt niosący trwające setki lat zachodnioeuropejskie związki cywilizacyjne, czyli Górny Śląsk. I cezura – rok 1922.

- Powiem, być może, herezję – w 1918 roku tak na prawdę nie chodziło już o niepodległość. Ta sprawa została już przesądzona wcześniej i zgodziły się na nią wielkie mocarstwa. Od 1917 roku było jasne, po deklaracjach polityków na Zachodzie, że Polska powstanie. Państwa tzw. centralne – czyli Niemcy i Austro-Węgry też o tym zadecydowały, podpisując akt 5 listopada 1916 roku. Jesienią 1918 roku były dwa inne pytania; jaka Polska to będzie i kto będzie w tym państwie rządził?

- Polska…?

-To właśnie to pytanie: gdzie jest ta Polska w 1918 roku? Gdzie są jej granice?

- Polska. Miejsce na mapie Europy…?

- Tak, to był wielki dylemat. Czy granice z tego okresu, kiedy Polska zaczęła tracić niepodległość, czyli sprzed pierwszego rozbioru w 1772 roku. Tylko miejmy świadomość, co by to oznaczało, gdybyśmy granice tak wytyczyli… czyli tak, jak sobie to wyobrażał Piłsudski, po utworzeniu federacji daleko wysuniętej na wschód. Granica Rzeczypospolitej przebiegałaby około 300-400 kilometrów od Moskwy, a więc tyle samo ile w okresie międzywojennym trzeba było od granicy jechać do Berlina. Bylibyśmy w zupełnie innym miejscu Europy.

- Bylibyśmy w takim miejscu bezpieczni?

- Jaki byłby stan naszego bezpieczeństwa, gdyby granice tak się ukształtowały? Bez Górnego Śląska, może także bez Pomorza Wschodniego i tylko częścią Wielkopolski? Niewątpliwie nie mielibyśmy problemu z rewizjonizmem niemieckim. Myślę, że Niemcy byli gotowi pogodzić się z utratą części Wielkopolski, aczkolwiek było to dla nich dość bolesne… Za to z pewnością brak górnośląskiego okręgu przemysłowego i Pomorza oznaczałby konieczność podporządkowania interesów gospodarczych i politycznych Rzeszy Niemieckiej, ze względu na słabość tak ukształtowanego Państwa Polskiego. Pewnie z czasem ziściłaby się w części idea Berlina narzucenia hegemonii państwom w Europie środkowo-wschodniej.

- Na cóż była Niemcom Wielkopolska? Bezpieczeństwo granic? Gospodarność? Bogactwo?

- Na pewno wszystkie te powody, ale jeszcze bym dodał przyzwyczajenie, że to są Niemcy. Może nawet bardziej Prusy niż Niemcy. Bo jeżeli Niemcy podpisywały w 1918 roku rozejm, to zakładali, że w traktacie pokojowym nie dojdzie do aneksji i przedwojenne granice Rzeszy Niemieckiej pozostaną bez zmian. W ogóle nie dopuszczali myśli, o utracie jakichkolwiek własnych terytoriów, może poza Alzacją i Lotaryngią… Jednak w Berlinie, jak już mówiłem, w kwestii Wielkopolski był pewien obszar kompromisu z Państwem Polskim.

- Przesunięcie na wschód?

- Wiązało się z całym szeregiem problemów, które dla nas, w XX wieku, były już nie do rozwiązania. Straciliśmy nie z naszej winy wiek XIX. Nie byliśmy już dawną szlachecką republiką z XVII-XVIII wieku, która była w jakiś sposób atrakcyjna dzięki ustrojowi, dzięki przywilejom szlacheckim dla kształtujących się na tych terenach narodów… W XX wieku byliśmy biednym państwem na dorobku po zaborach i niszczącej ekonomicznie wojnie, nie mogliśmy już odgrywać tej roli jak I Rzeczpospolita w stosunku do Ukraińców, Litwinów, Białorusinów. Rodzące się od nowa państwo polskie nie miało na to ani środków, ani siły, ani możliwości, żeby konieczną wszędzie tam modernizację przeprowadzić. Nie zapominajmy przy tym, iż wiek XIX obudził tam nie istniejącą wcześniej w ogóle, albo tylko istniejącą w wąskim kręgu elit władzy odrębną świadomość narodową.

- Marzenie o republice szlacheckiej…?

- Tak, po 1918 roku okazało się, że to już tylko marzenie. Była inna możliwość – porzucić historyczne granice z 1772 roku i starać się o granice dostosowane do nowego modelu państwa, który zatriumfował w XIX wieku w całej Europie – państwa narodowego. Polski wtedy nie było na mapie Europy, ale było jasne, że Polska w takim wypadku nie będzie się musiała odwoływać tylko do granic historycznych, lecz także będzie starała się stworzyć homogeniczne etnicznie społeczeństwo. Ale to oznaczało bolesną rezygnację z dużej części dawnych terenów Rzeczypospolitej na wschodzie, bo tam polskość była wysoce wątpliwa. Dawało to jednak szanse polskim roszczeniom co do Wielkopolski, a również innych terenów, które bardzo dawno temu, w średniowieczu znajdowały się w państwie Piastów, ale na których pozostała etnicznie polska ludność.

- Problemy graniczne…

- Tak. Ta druga możliwość budowania II RP w oparciu o wspólnotę narodową tworzyła może jeszcze więcej problemów na granicach niż federacja.

- Jak wyszło?

- Jak zazwyczaj w historii granice ukształtowały się trochę jak chciał Piłsudski, a trochę jak Dmowski i Korfanty. Nie zrezygnowaliśmy ze Wschodu, chociaż cofnęliśmy się, patrząc z perspektywy roku 1772 do Zbrucza i Niemna, ani na zachodzie osiągnęliśmy tyle, ile żeśmy chcieli – w Wersalu, a potem podczas powstań śląskich i plebiscytów. W efekcie państwo polskie nie stało się również homogeniczne narodowościowo, bo żyło w nim aż 30% mniejszości narodowych. W dodatku walka o granice przyniosła nam konflikty prawie z wszystkimi sąsiadami...

- Strumyk, który dopłynął do rzeki, zwanej II Rzecząpospolitą… Ile w tym dążeniu do Polski było poczucia narodowego?

- To jest nie do ocenienia, bardzo różnie w zależności o poszczególnych byłych zaborów, lub obszarów o które Polska walczyła. Jeśli posługujemy się danymi sprzed I wojny światowej dla Górnego Śląska, to na tym pruskim Śląsku, w tzw. rejencji opolskiej ludność polskojęzyczna sięgała 56%, ale gdyby zobaczyć jak to się rozkładało, to skonstatujemy, że dominacja polskojęzycznych mieszkańców to jest wschód Górnego Śląska. Granica językowa przebiegała tuż za Opolem, nie licząc miast, które były już w zasadzie w większości niemieckie. Dalej na zachód to już były tereny niemieckojęzyczne, co nie oznacza, że nie mieszkali tam Polacy.

- Naród to tożsamość językowa?

- Definicji narodu mamy bez liku. Oczywiście jest też taka, etniczna. Ale przecież są i inne. Na przykład ta wywodząca się z tradycji francuskiej wspólnoty obywateli o tych samych prawach, czyli narodu politycznego, gdzie język odgrywa rolę drugoplanową. To państwo kształtuje taką wspólnotę, chociaż wspólna tradycja, historia i język, są jej ważnymi elementami składowymi.. To problem samoidentyfikacji całej Europy. A w Europie środkowo - wschodniej w szczególności, ponieważ tutaj to jednak wspólnoty narodowe rozumiane etnicznie dążyły do budowy własnych państw.

- Plebiscyt?

- Za Polską głosuje na Górnym Śląsku w 1921 roku 40% mieszkańców. Tylko pamiętajmy, o co pytano! Nie, czy jesteś Polakiem, czy Niemcem, tylko, czy chcesz być obywatelem państwa polskiego czy niemieckiego. Wracamy więc do pojęcia narodu i tutaj jasno da się zauważyć, że pytanie dotyczyło kwestii państwa, a więc narodu politycznego, a nie identyfikacji narodowościowej, której podstawą jest język i historia. Pytanie do jakiego narodu należysz, nigdy nie było stawiane. Wyznaczenie tego typu granicy między ludźmi niekiedy dramatycznie stawało w przypadku konfliktu, na przykład powstań śląskich czy II wojny światowej, ale podanie precyzyjnych danych liczbowych ilu było Polaków a ilu Niemców jest praktycznie niemożliwe.

- Wynik 40% to sporo… I jest to dla mnie wynik zdumiewający. Dlaczego aż w takim stopniu optowano za Polską?!

- W miastach, poza Bieruniem Starym, wyniki plebiscytu nie były aż tak optymistyczne. Na terenach wiejskich i w małych miejscowościach widać z kolei we wschodnich powiatach wyraźne zwycięstwo polskie. Dobrze to pokazuje przykład Katowic, w samym mieście zwyciężyli wyraźnie Niemcy (85%), ale w tzw. ziemskim powiecie katowickim, który sięgał na wschodzie aż po Mysłowice i Brzęczkowice za Polską głosowało aż 56%. W Pszczyńskim 70% głosowało za Polską… Za Polską optowano w większości także w Rybnickim, ziemskim Bytomskim, Tarnogórskim, Lublinieckim, Strzeleckim, Toszeckim, …

- In summa, in summarum – 40% pytanych Ślązaków chciało mieszkać w Polsce. Być obywatelami Polski. Powtórzę pytanie – dlaczego?

- Po pierwsze – Niemcy ich rozczarowały, i to nie tylko dlatego, że przegrały wojnę. Rodziło się zasadne pytanie – co to za państwo, w którym władca ucieka, abdykuje, a w państwie trwa chaos, niepewność tego, co przyniesie przyszłość. Inaczej mówiąc bo trwała najpierw rewolucja, bo jacyś spartakusowcy, bo komuniści, a potem brakło politycznej stabilności… Ale to nie jest najważniejsze. Zawsze, trzeba pamiętać, że dla ludzi najważniejsza jest ekonomia. A tu, na Śląsku, w 1918, 1919 roku bieda aż piszczała. I wojna światowa była dramatycznie ciężka, w szczególności dla ludności na zapleczu. Mówimy o tzw. zimie głodowej z 1916 na 1917 rok, o utracie wszystkich oszczędności, o szalejącej w latach 1918-1919 epidemii „hiszpanki”, a do tego braku perspektyw na wyjście z tego kryzysu pokonanego państwa niemieckiego. To było przejście z biedy wojennej do jeszcze większej biedy powojennej. A przed rokiem 1914 to było społeczeństwo, jak na ówczesne stosunki w Europie, nieźle sytuowane, a nawet w części bardzo zamożne i przez kilkadziesiąt lat na przełomie wieków XIX i XX dające swoim obywatelom ciągle coraz lepsze warunki życia. I nagle, po czterech latach przychodzi wielki krach. Z wielkich Niemiec niewiele zostało – nie z Prus, ale z tych zjednoczonych Niemiec. Nie było władcy, nie było jedzenia, nie było oszczędności, nie było wiadomo, co dalej. A jeszcze do tego po Wersalu świadomość, że Niemcy mają płacić przez 70 lat olbrzymie odszkodowania. Wszyscy wiedzieli, że to nie abstrakcyjne państwo, ale wszyscy obywatele przez całe życie będą płacić… Ludzie nie myślą w długiej perspektywie historycznej, ale w perspektywie własnego życia. Ta perspektywa wtedy wyglądała dramatycznie źle: bieda, bezrobocie, stagnacja. Strajki wybuchały jeden po drugim, bo ludzie nie mieli za co żyć. Po co komu takie państwo bez perspektyw i jeszcze nie dające gwarancji bezpieczeństwa?

- Polska dawała nadzieję? Państwo, które przez 123 lata nie istniało, które, w nowych granicach, dopiero powstawało…?

- Tak! Polska dawała nadzieję. Po pierwsze, co najmniej symbolicznie, była państwem zwycięskim. Należała do grona państw zwycięskich, co było efektem działań Komitetu Narodowego Polskiego. Mogła, jak się wydawało, skorzystać z wygranej Ententy w I wojnie światowej.

- Państwo Polskie…

- Nie było jeszcze wiadomo, jakie to państwo będzie, ale o ile można sobie było wyobrazić biedne i złamane klęską Niemcy, to Polska jawiła się jako kraj stosunkowo dobrze rokujący na przyszłość.

Górnoślązacy, szczególnie ci polskojęzyczni, czytający polską prasę – wiedzieli, że to państwo było kiedyś potężne, wielkie, sięgało daleko na Wschód, było związane z wielkimi historycznymi zwycięstwami… Dobrze było znaleźć się w takim państwie. Tym bardziej, że miało być demokratyczne, przyjazne dla robotników i chłopów, nie podzielone na uprzywilejowane i ubezwłasnowolnione stany. Nie zapominajmy przy tym o pokrewieństwie językowym. Na co dzień Górnoślązak mówił po polsku, albo po śląsku, ale zarówno on rozumiał jak mówią w innych dzielnicach Polski, jak i jego zazwyczaj rozumiano bez trudu.

- Szkoła – obowiązkowa i powszechna od XVIII wieku sprawiła, że wszyscy znali niemiecki…

- …ale w komunikacji na co dzień używano zazwyczaj na wschodnim Górnym Śląsku śląskiego. To był ważny element poczucia wspólnoty. Sprawdzian? Jeżeli do Niemca mówiło się po polsku lub po śląsku – nic nie rozumiał. Jeżeli zwróciło się rodzimą mową do Polaka – w znacznym stopniu ten komunikat był dla niego jasny. Była jeszcze jedna rzecz – bardzo zręczna polska propaganda, podtrzymująca przekonanie o tym, że w Rzeczypospolitej będzie lepiej; że Polska będzie sprawiedliwa – bo to nie będzie Polska szlachecka, to będzie nowa, demokratyczna Polska, gdzie każdy robotnik będzie miał pełnię swoich praw i nie będzie już ścigany za to, że mówi po polsku, że będzie polska szkoła.

- Najważniejsze?

- Że będzie bogata. Że górnośląski przemysł w połączeniu z obszarami rolniczymi, które są w Polsce, zaowocuje bogactwem nie tylko na papierze. Że Polska zapewni dobrobyt każdemu Ślązakowi.

- Dowody?

- Ależ były i to jakże ważne w życiu codziennym! Jak Górnoślązak jechał do Królestwa Kongresowego, albo do Galicji, to na pewno z jednym nie miał problemu; z kupowaniem towarów spożywczych – były dla niego tanie i powszechnie dostępne! U siebie miał kartki i margarynę zamiast masła.

- W Polsce nie będzie ersatzu?

- Ani margaryny, ani chleba żołnierskiego, ani chleba z dodatkiem mąki kartoflanej, ani piwa, w którym trudno się będzie doszukać jego prawdziwego smaku.

- Ani, jak to było pod koniec Wielkiej Wojny na Wełnowcu – zupy z trawy a na omastę cuchnący tłuszcz zabezpieczający blachy w cynkowni …

- Tylko będzie prawdziwe „tuste” z polskich świń. Nie możemy jednak oczywiście wszystkiego sprowadzić tylko do ekonomicznego interesu. Tak też nie było.

Ciąg dalszy na str. 10

Ciąg dalszy na str. 9

Pamiętajmy, że była także grupa takich Górnoślązaków, która była głęboko patriotyczna, ukształtowanych głównie pod wpływem polskiej tradycji romantycznej i młodopolskiej. W Polsce jej przedstawiciele widzieli spełnienie swoich aspiracji życiowych. To ludzie już przed I wojną światową bywający w Krakowie, w Warszawie, oczytani w polskiej prasie, literaturze. Ich poczucie polskości nie różniło się od tego w Galicji czy Kongresówce. O nich możemy mówić jako o Polakach na Górnym Śląsku.

- Rok 1910. I śląskie pielgrzymki do Krakowa. Pod Pomnik Grunwaldzki w 500., rocznicę bitwy…

- To jest część tego właśnie procesu. To dzieje się przede wszystkim na przełomie wieków. Przechodzenie „do Polski”, na drugą stronę granicy, było elementem procesu, który już Bolesław Limanowski nazywał „unarodowianiem” Górnoślązaków. Pomnik to tylko jeden z przykładów. Ślązacy jeździli do Krakowa na spektakle teatralne; bywali na „Weselu” Wyspiańskiego…

- Tomasz Wrona, historyk z Mysłowic, często przywołuje postać swojego przodka, kupca, który, „przy okazji” przywoził z Krakowa polskie książki. Czytać po polsku – rzecz niełatwa…

- Pierwsza polska gazeta społeczno-polityczna na Górnym Śląsku to już połowa XIX wieku, chociaż trzeba było wtedy sprowadzać z Galicji ludzi, żeby ją redagowali. Ale przed I wojną światową mamy już wiele polskich tytułów prasowych. Nakłady polskich gazet są olbrzymie – od najbardziej popularnego „Katolika” przez „Nowiny Raciborskie”, „Gazetę Robotniczą”, „Górnoślązaka” Korfantego itd. Polskie modlitewniki – nieraz nawet po śląsku, ale większość po polsku, były przedrukami tego, co ukazywało się na terenach polskich, a więc zapoznawały z literackim językiem polskim. Książki – sprowadzane z Galicji, albo drukowane na Górnym Śląsku, również we fragmentach w polskiej prasie dawały także wzorce językowe. Tak poznawano twórczość, przecież wtedy współczesnego polskiego pisarza Henryka Sienkiewicza, bardzo popularnego na Górnym Śląsku! Ukazywał się za kordonem w gazetach, w odcinkach, a tu, u nas, drukowane były także fragmenty jego powieści!

- Po sąsiedzku Wielkopolska. Całe rody zapuściły tu, na Śląsku, korzenie – Mrowcowie, Rożanowiczowie…

- Adam Napieralski… Przemieszczali się w obrębie tego samego państwa pruskiego. Zazwyczaj dobrze wykształceni – osiedlali się tu, tu prowadzili interesy, zakładali drogerie, apteki, tworzyli chóry… Uzupełniali brakujące ogniwo w strukturze społecznej – klasę średnią. Na tej samej zasadzie przyjeżdżali też Niemcy, niemieckie mieszczaństwo. Było tu jak w Kalifornii w XIX wieku. Złota u nas, na szczęście, nie było. Ale zarobić pieniądze, nawet duże, było łatwiej niż w ustabilizowanych społecznościach w innych częściach Rzeszy Niemieckiej… Przed Wielką Wojną marek mających parytet w złocie na Śląsku nie brakowało.

- Co wnieśli Poznaniacy?

- Inny sposób myślenia. Identyfikację narodową – to byli Polacy. Wnieśli więc polski nowoczesny patriotyzm, poczucie, że Polacy to jeden naród mimo podziału pomiędzy trzy państwa. Stali się – budując organizacje, powołując prasę, niezbędnym elementem wspomnianego procesu „unarodowienia”.

- Polski w kościele…

- Językiem liturgii była łacina. Kazanie to niemiecki albo literacki polski. Niech pani spróbuje taki wzniosły, nabożny tekst wygłosić śląską godką. Możliwe, ale karkołomne zadanie!

- Kościół…

- Był, wbrew deklaracji o jedności, ostry podział. Dokumenty dowodzą, iż mówi się o księżach polskich i księżach niemieckich. Język nie był tu wyznacznikiem – sytuowało księży po jednej lub drugiej stronie to, o czym i jak mówili. Proszę również pamiętać, iż już w połowie XIX wieku działalność społeczna duchownych była bardzo intensywna. Organizacje katolickie, społeczne, rosły jak przysłowiowe grzyby po deszczu. Są w każdej parafii. To inna jakość działalności Kościoła – niemal w duchu II soboru watykańskiego! Jeżeli taki zasłużony dla społeczności duchowny identyfikował się po jednej ze stron narodowościowego sporu, to przyciągał do siebie całą społeczność. Wystarczy wspomnieć tylko księdza Ficka, czy księdza Kapicę.

- W 1922 roku, generał Stanisław hrabia Szeptycki, na koniu, wjechał na Śląsk, na czele polskiego wojska. Wjechał przez graniczny most na Brynicy – wybudowany przez Poznaniaka, przybyłego z Grodziska Wielkopolskiego, Bartłomieja Gowarzewskiego. Po drodze do centrum Katowic witały ich bramy powitalne, inscenizacje z rozbijaniem okowów, przemówienia patriotyczne, śpiewy itd. Z perspektywy XXI wieku mocno widoczna jest teatralność tego wszystkiego…

- Tak wtedy wyglądały uroczystości. Dzisiaj, ta często wywodząca się z młodopolskiej tradycji widoczna w języku przemówień i gestach emfaza, wyszukane słownictwo, chociaż z drugiej strony tak już dzisiaj rzadkie, nam wydaje się archaiczne. Wtedy było jednak niezbędną częścią swoistego teatru, jaki się rozgrywał podczas wszystkich państwowych uroczystości.

- Michał Kurzydło tchnięty duchem Mickiewicza, staje się Grażyńskim...

- Świadectwem teatralności tamtych dni, może i wręcz niekiedy operetkowej scenografii są dokumentalne fotografie, ale, pamiętajmy skąd wzorce – wszak z Krakowa, z teatru, z utrwalającej symbole literatury, szczególnie wielkich romantyków i Sienkiewicza. Po drugiej, niemieckiej stronie było dokładnie tak samo! Narodowa gorączka ogarnęła wszystkich. Tylko zamiast Mickiewicza był Eichendorff, a zamiast Sienkiewicza Hauptmann lub Heinrich Mann.

- Dwie rzeki – ta polska, i śląski strumyk, zeszły się w jedno. Polska marzeń i Polska rzeczywista – rolnicza, XIX wieczna, i Śląsk z najnowocześniejszym przemysłem, związkami z nowoczesną zachodnioeuropejską ideą społeczną, i koszmarną, powojenną biedą. Polska weszła na Górny Śląsk witana z czcią, pieśnią i modlitwą. Tak. To była niebywała narodowa gorączka.

Marzenie o Polsce przybrało realne granice.

 

Okładka Montes nr 94

Okładka Montes nr 94