Montes Tarnovicensis - Tarnowskie Góry

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Obcy

Opowiadanie

Ani ja, ani nikt inny nie mógł być świadkiem ciągu wydarzeń, który rozpoczął się wieczorem w karczmie przy północnej stronie tarnogórskiego rynku, gdzie jak zwykle zasiadła grupka mieszczan, sącząc ze szklanic piwo warzone w tutejszym browarze.

Rozprawiano o tym, co się w mieście w ciągu dnia wydarzyło, i użalano się, że na nowym cmentarzu za Bramą Wrocławską ciągle nie ma kościółka czy nawet kapliczki.

Narzekano, że interesy źle idą, górnictwo podupada, gwarkowie, jako i cały lud, biedni. Do tego jeszcze studnie coraz głębsze kopać trzeba, bo Sztolnia św. Jakuba, co to ją wpierw górmistrz Rapp, a potem Trapp budowali od Sowic przez Blaszynę, by aż do Liszcza doszła, zysków już prawie wcale nie daje, ale wciąż wodę spod miasta, a więc i ze studni ściąga.

Utyskiwano, że jeden jest tylko bogacz w mieście – Gruzełko. Kiedyś mistrz górniczy dorobił się jako gwarek, a teraz suknem handluje i szczęście nadal mu sprzyja. Dobry był kiedyś z niego kompan, ale od czasu jak burmistrzem został, nieużyty się zrobił i skąpy okrutnie.

– W pierwszej ławce kościoła się rozsiada, w strojne szaty się ubiera, trzewiki ze srebrnymi klamrami nosi, ale na kościółek dać nie chce, i już. A w miejskiej kasie pustawo, bo ostatnie pieniądze kilka lat temu na nowy ratusz poszły – skrzywił się karczmarz.

Niechętny się zrobił Gruzełce od czasu, gdy ten drogie wina do domu sprowadzać zaczął i rzadziej do jego karczmy zaglądał. W dodatku kazał strażnikom zbyt głośnych gości z gospody wyrzucać nim zmierzch zapadnie, choćby i pieniądze na piwo jeszcze mieli.

– Mądry był zawsze, ale teraz zbytnio się nad ludzi wynosi i nieomylnym robi – pokiwał głową stary gwarek, co z nim kiedyś miał kopalnię do spółki i z niejednego szybu razem z nim kruszec srebra dobywał.

Z najciemniejszego kąta karczmy przysłuchiwał się tym rozmowom i narzekaniom jakiś gość, który chyba właśnie do Tarnowskich Gór przybył.

Kiedy mu oberżysta trzy grosze reszty przy szynkwasie wydał, podszedł do mieszczan i zapytał:

– Powiedzcie mi, zacni panowie, u kogo mógłbym tu dziś za grosz marny przenocować i gdzie mogę spotkać owego Gruzełkę?

– O robotę tu teraz ciężko, więc takich jak ty burmistrz każe z miasta wypędzać, a czasem i kijów na drogę dokłada – odezwał się najstarszy z piwoszy, przyglądając się połatanym szatom nieznajomego. – Ale jeśli koniecznie chcesz ryzykować grzbietem, to przyjdź jutro na rynek, gdzie się Gruzełko codziennie pośród straganów przechadza, swym bogactwem pyszni i mądrością popisuje. Zobaczysz i rozpoznasz go na pewno, bo on, tak jak i ty, postawny, choć – tu uśmiechnął się lekko – lepiej ubrany.

– Nocleg najtaniej wyjdzie cię w Rowie Blaszyńskim – roześmiał się jakiś młody wesołek. – Niedaleko stąd.

Wystarczy, byś przez płot przeskoczył, a grosz oszczędzisz i nogi możesz w wodzie wymoczyć, bo jutro bardzo będziesz ich potrzebował.

– Cicho bądź, bo gdy kto grzecznie pyta, grzeczną odpowiedź dać należy – skarcił go stary gwarek. – Skoro chcesz płacić grosz marny, to może w małym domku przed Lubliniecką Bramą przenocują cię na podłodze – objaśnił przybysza .

Ten podziękował, podniósł z podłogi mały węzełek i wyszedł w noc. Wrócił po jakiejś godzinie, by zapytać:

– A ile potrzeba talarów, by taki kościółek na cmentarzu pobudować?

– Przywędrowałeś tu dopiero dziś, trzy grosze masz, za jeden nocować chcesz i za pozostałe masz zamiar kościół postawić? – roześmiał się karczmarz, co pytanie o nocleg słyszał.

– Ja nie, bom nie murarz, ale może jakiś chętny się tu jednak znajdzie i da więcej – odparował nieznajomy.

– Ile więc trzeba?

– Z osiemset na początek – odezwał się ten gwarek, co przybyszowi radę dawał. – To duża suma i nikt tu takiej poza Gruzełką nie ma, a on dać nie chce. Sam pastor kilka razy z nim rozmawiał i prosił. Nadaremnie.

– To może teraz ja porozmawiam z nim jutro na rynku, a i słówko „proszę” wypowiem – powiedział z namysłem nieznajomy.

– Próbuj, a nie zapomnij wpierw zdjąć czapki, bo on ma się teraz za wielkiego pana, z byle kim gadać nie chce i sam ci ją gotowy swoją laską zrzucić. Potem będziesz musiał nogi i opuchniętą głowę moczyć – ozwał się znad pełnej znów szklanicy mocno już rumiany młody wesołek. – Strasznie głupi mi się wydajesz, bo już cię ostrzegli.

Przybysz przyjrzał mu się bacznie, ale widząc, że temu oczy mocno błyszczą, ruszył w stronę drzwi.

– Może zdejmę i klęknę, jak będzie trzeba. Potem zobaczymy, co się stanie – zakończył rozmowę.

Na drugi dzień, gdy na rynku zebrało się już sporo ludzi, zaczepił przechadzającego się pośród mieszczan burmistrza.

– Witaj, możny panie! Tyś to jest ów sławny Gruzełko? Mówią po gospodach, żeś bogacz i że Boga chwalisz, a na cmentarzu nawet kapliczki nie ma. Powiedz mi, proszę, prawdę mówią?

Gruzełko zmierzył natręta wzrokiem od stóp do głów i odburknął:

– Obcy jesteś. Przybłęda. Jakie twe prawo mnie krytykować? A w ogóle masz ty, oberwańcu, jakieś imię, bo u nas nawet psy je czasem miewają.

– Nie krytykowałem cię wcale, tylko pytałem grzecznie o to, czy ludzie prawdę mówią. Ale uderz w stół, a nożyce się odezwą i powiedzą, że na imię mi...Jakub – odpowiedział rozmówca, patrząc śmiało na burmistrza. – Jeśli jednak tu jakiś pies takie miano nosi, to nazywaj mnie jak chcesz. Możesz nawet - Obcy.

Kilku mieszczan uśmiechnęło się niepewnie, a jeden powiedział półgłosem – To burmistrz Jakub Gruzełko.

Ten zaś, nieco już rozeźlony, pogroził natrętowi laską.

– Obcy, nic ci do tego, co miejscowi gadają, i nic ci do naszego cmentarza! A od moich pieniędzy wara, powsinogo! Wszystkim wara!

Obcy nie zmieszał się wcale i przemówił lekceważąco:

– Słyszałem też, żeś skąpy, nieużyty i wszystkie pozjadałeś rozumy, ale to ostatnie wcale mi się prawdą być nie widzi.

Licząc w duszy, ile to razów każe zuchwalcowi wymierzyć nim go z miasta wypędzi, burmistrz, chcąc się przed mieszczanami raz jeszcze swą mądrością popisać, gniew powściągnął i zapytał niedbale:

– A mi się widzi, że chcesz rozmawiać ze mną jak z równym, czapki przede mną nie zdejmując? Skąd ty właściwie jesteś?

– Ze świata – odpowiedział krótko Obcy.

– A czapka, Obcy, czapka – przypomniał mu burmistrz.

– Też ze świata ze mną tu przyszła – wyjaśnił ten grzecznie, jakby nie rozumiał, o co tamtemu chodzi.

– Widzę, kpie – wycedził przez zęby Gruzełko – że chciałbyś się ze mną na języki i rozumy mierzyć. Wysoko sięgasz, ale niech ci będzie. Najpierw jednak czapkę przede mną zdejmiesz, a potem dasz mi zagadkę. Jeśli jej nie odgadnę, dam ci dziesięć talarów. Potem ja tobie zadam jedno pytanie. Jeśli nie będziesz umiał na nie odpowiedzieć, dasz mi tylko pięć.

Przekrzywił lekko głowę, wskazał palcem na węzełek Obcego i zapytał ze złośliwym uśmieszkiem:

– Ale, ale... masz ty w ogóle pięć talarów, obdartusie? Jeśli nie masz, to cóż, nic od ciebie nie wezmę. Postanowiłem już nawet, że cię do lochu za zuchwałość nie wtrącę, a wolno puszczę. Tylko te łachmany tu zostawisz i nagi pójdziesz w świat, tam skąd przyszedłeś. Może cię nawet w swej łaskawości piętnastoma kijami na drogę opatrzę, byś mógł obnosić po świecie dowód na to, żeś mądrzejszego spotkał.

Część mieszczan, która poprzedniego wieczora narzekała w gospodzie na burmistrza, teraz uśmiechnęła się służalczo, słysząc jego dowcip i pamiętając o tym, że Obcy o nocleg za grosz marny pytał.

Ten jednak nie speszył się wcale i wyjął ze swego węzełka pięć nowych błyszczących talarów.

– Pewnie je ukradł albo fałszywe – skwitował zaskoczony nieco burmistrz.

– W zakładzie wygrałem – zapewnił Obcy. – Z takim, co uczciwy był, honorowy i dużo wyżej od ciebie swój rozum cenił.

– Obrotny masz ozór, więc podwoję swą stawkę, ale też liczbę kijów za zuchwałość, gdy przegrasz, i za to, że przede mną czapki nie zdejmujesz.

No, zaczynaj – warknął rozeźlony już mocno Gruzełko. – A uważaj na słowa, byś ich nie żałował, gdy do rozrachunku między nami przyjdzie.

– Bacz i ty na nie, byś nie był stratny i szat drzeć nie musiał, że mi przed chwilą wygraną zapewniłeś – odciął się Obcy, dotykając swej czapki. Po chwili zdjął ją demonstracyjnie szerokim gestem i zadał swoją zagadkę: – Duże i małe. W kawałkach, a całe. Obszerne i ciasne. Ciemne, a jasne. Tępe i ostre. Krzywe, a proste. Jakubie, co to jest?

Burmistrzowi oczy zwęziły się ze złości, że mu Obcy po imieniu śmie mówić, lecz pohamował się i zamyślił. Po chwili nieznacznie rozejrzał się po rajcach i zaprzyjaźnionych mieszczanach, jakby pomocy szukał. Ale ich nagle zainteresowały gołębie siedzące na kalenicy ratusza.

Skrzywił się więc, wyjął z sakiewki dwadzieścia talarów i rzucił Obcemu pod nogi ze słowami:

– Hardy jesteś, więc ukłonisz mi się teraz za to, że cię obić już na początku nie kazałem. Ale słowo się rzekło. Masz talary, bo nie wiem, czego dotyczy zagadka. A teraz ty mi powiedz: co to jest?

Obcy przyklęknął, pozbierał powoli monety, część wrzucił do swego węzełka i spokojnie odpowiedział:

– Zgodnie z umową daję ci przy świadkach pięć talarów, bo właśnie zadałeś swoje pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. Nikt nie zaprzeczy, że taka była umowa. Najpierw ja pytam, potem ty. Ukłoń mi się za to, że na twoje słowa uważam i prawdę w oczy mówię, choć ty mi bez dowodów łajdactwo zarzuciłeś.

I teraz on wysypał Gruzełce talary pod nogi.

Burmistrz poczerwieniał ze złości, ale wiedział, że szacunek u mieszczan całkiem straci, gdy w tej chwili każe strażnikom Obcego do lochu wtrącić.

Ten zaś patrzył mu wyzywająco w oczy i gdy usłużni mieszczanie zebrali z ziemi talary, oznajmił:

– Jutro znów mnie tu zobaczysz, bo chcę ci dać jeszcze jedną szansę, abyś mógł dowieść swego rozumu. Naostrz go jednak przez noc, bo tępy był dzisiaj.

Jeśli znów przegrasz, to cię burmistrzem już nie obiorą.

Po tych słowach odwrócił się, wmieszał w tłum i zniknął w przesmyku pomiędzy kamieniczkami otaczającymi rynek.

Przez całą noc Gruzełko głowił się nad tym, jaką by zagadkę zadać Obcemu, żeby swe pieniądze odegrać, respekt u mieszczan odzyskać i zniewagi nie podarować. Myślał, myślał, aż wymyślił.

Nazajutrz w otoczeniu miejskich strażników sam go odszukał na rynku wśród ludzi, którzy zaraz ich obstąpili szerokim kołem.

– Obiecałeś mi rewanż – zaczął niby to uprzejmie Gruzełko – więc sprawdzimy przemądrzały łobuzie, który z nas jest lepszy. Ale dziś ja pierwszy zadam ci pytanie i udowodnię, że wszystkiego nie wiesz, choć po karczmach przesiadujesz.

Żeby zaś nikt nie myślał, że chcę cię oszukać, na tym papierze, który w ręce trzymam, napisałem odpowiedź. Słuchaj uważnie, bo gdy zadam pytanie, nie będziesz miał wyjścia i będziesz musiał na nie odpowiedzieć – dokończył z jadowitym uśmieszkiem.

– Jeśli odpowiesz dobrze, dostaniesz przy świadkach dwadzieścia talarów. Jeśli odpowiesz źle, dasz mi dwadzieścia pięć, a na odwachu sam zaświadczę, że ci się już od wczoraj piętnaście kijów na drogę należy.

Nie wiadomo, czy to przez chmurę, która akurat zakryła słońce, Obcy poszarzał na twarzy. Z wahaniem dotknął swej czapki, zdjął ją, głowę przed burmistrzem spuścił i uklęknął, jakby chciał go o coś prosić.

Ten, milcząc, uśmiechał się złośliwie. Trwało to chwilę, aż Obcy nagle zerwał się z kolan i jakby milczenie burmistrza biorąc za zgodę, odwrócił się, chcąc najwyraźniej uciec z rynku.

Ale tylko trzy szybkie kroki zrobić zdołał, a już go strażnicy otoczyli, nie pozwalając dalej iść. Spojrzał ze strachem na ich groźne, wąsate twarze. Teraz przed nimi na kolana padł, głowę w ramiona schował i zaczął się trząść tak, jakby razy już mu spadały na plecy.

– No, panie Jakubie Obcy ze świata, nie masz wyjścia! Musisz odpowiedzieć na pytanie, bo taka była umowa – szydził Gruzełko. – Co to, źle się czujesz?

Obcy zerwał się na równe nogi, roztrącił strażników, podszedł do burmistrza i trzęsąc się ze śmiechu, powiedział głośno i wyraźnie: – Dobrze!

– A teraz płać dwadzieścia talarów, bo warunek postawiłeś, że gdy nie będę miał wyjścia, muszę odpowiedzieć na twoje pytanie „dobrze”. Wszyscy to słyszeli i widzieli, że wyjścia nie miałem. Ty mi wtedy zadałeś pytanie, a ja ci na nie odpowiedziałem tak jak chciałeś. Czy nie uprzedzałeś mnie, bym na twe słowa uważał? Uważałem.

Gruzełko zamachnął się na niego laską, ale Obcego zasłonił stary gwarek z karczmy, mówiąc z lekkim uśmiechem:

– Honor chcesz stracić? Choć widać, że to frant kuty na cztery nogi, w prawie jest. Wszyscy słyszeli, co sam jeszcze przed chwilą mówiłeś, i widzieli jak było.

Kiedy Obcy schował wygraną, niespodziewanie zaproponował: – Zadaj, Jakubie, swoją zagadkę. Jeśli jej nie odgadnę, zwrócę ci wszystko, co przegrałeś wczoraj i dziś. Jeśli dam dobrą odpowiedź, nie wezmę od ciebie nic. Może to „nic” pomnożyć zdołasz, gdy sam się tą laską w głowę stukniesz.

Zgromadzeni spoglądali na burmistrza z oczekiwaniem, by jednak swą mądrość okazał, zwłaszcza teraz, gdy niczego przecież przegrać nie może. Ciekawi też byli, jaką łamigłówkę obmyślił dla Obcego.

Burmistrz opanował gniew, skinął głową i zapytał:

– Ledwo, ledwo już tu w mieście żyje, nie płaci w karczmie, a wciąż pije. Co to jest?

Obcy dotknął swej czapki, podszedł powoli do tego wesołka, który go w karczmie zaczepiał, nocleg w rowie proponując, i powiedział:

– Myślałbym, że to ty, bo ledwo, ledwo żyjesz, a wciąż pijesz. Ale widziałem, jak karczmarz od ciebie pieniądze bierze, więc to nie możesz być ty. Czy wiesz, kto to? Ten, zawstydzony, tylko pokręcił głową.

– Nie może też chodzić o ciebie – zwrócił się Obcy do karczmarza – bo choć w swojej karczmie nie płacisz, a pijesz, to wcale ledwo, ledwo nie żyjesz.

Potem rozejrzał się wokoło i spytał:

– Może wy wiecie?

Nikt się nie odezwał, więc Obcy dalej się zastanawiał:

– Daremne moje słowa, bo tak naprawdę pytanie brzmiało przecież nie kto, lecz co to może być?

Spojrzał na przelatujące gołębie i potarł czoło.

Mieszczanie z uznaniem patrzyli na Gruzełkę, kiedy Obcy podszedł do niego i ukłonił mu się w pas.

– Trudna to dla zgromadzonych tu zagadka, a i dla mnie niełatwa – przyznał, zdejmując czapkę.

Potem nachylił się ku Gruzełce i coś mu do ucha szepnął. Po chwili wyjął kartkę z ręki stojącego jak słup soli burmistrza i przeczytał odpowiedź. Uśmiechnął się, kartkę za pazuchę schował i lekkim krokiem skierował się ku Bramie Krakowskiej.

Burmistrz patrzył za nim bez słowa. Nikt z mieszczan nie miał śmiałości zapytać go o rozwiązanie zagadki, bo każdy się już domyślił, że Obcy ją odgadnął.

Trzeciego dnia Obcy stanął przed Gruzełką w ratuszu i zaczął tak:

– Wiem, że jesteś na mnie zły, ale ja właściwie nie potrzebuję twoich pieniędzy. Chciałem ci tylko, Jakubie, nosa utrzeć i pokazać, że wcale nie jesteś taki mądry jak myślisz. Mówią, że zdobyłeś swoje skarby uczciwie, więc może ci ich nie zabiorę. A musisz wiedzieć, że mógłbym. Tak, tak – pokiwał głową – mogę je zabrać. Zwłaszcza głupcowi, Jakubie. Mam taką moc. Wystarczy, że rzucę urok i stracisz wszystko!

– Ty? Mnie? Zabrać? – roześmiał się Gruzełko. – Przyznaję, że nie wiem, jak ci się udało rozwiązać moją zagadkę, ale teraz ubawiłeś mnie i dam ci dwadzieścia pięć talarów, jeśli pokażesz mi próbkę swojej mocy. Ha, ha, ha!

Obcy przyglądał mu się przez chwilę, a potem wyjrzał przez okno na rynek.

– Sam mi je wszystkie dasz, gdy tylko zechcę. Ale na razie podejdź tu – zakomenderował. Wyciągnął rękę w stronę handlujących przy straganach, mówiąc: – Wszystko wiesz o tym mieście i o ludziach, więc wskaż mi stragan, na którym dziś sprzedają najdroższy towar.

Gruzełko wskazał mu mieszczkę w szarej sukni, która właśnie odmierzała sukno dla jakiejś klientki.

– To sukno jest tu dziś najdroższym towarem, ale nie należy do niej - poinformował Obcego.

– Nieważne, czyje jest – skwitował Obcy – bo wystarczy tylko, że popatrzę na tę kobietę przez chwilę, dotknę swej czapki, jak przy każdym naszym zakładzie, a potem...

– Chyba pamiętasz, co zawsze działo się potem? – spytał, patrząc badawczo na burmistrza. – Widzę, że pamiętasz. Stanie się to, co zechcę. Tym razem, kiedy stojąc tu, obok ciebie, zdejmę czapkę, ta kobieta podrze sukno na strzępy. Wtedy ty dasz mi sto dwadzieścia pięć talarów. Masz tyle, Jakubie? – zapytał z kpiną w głosie.

– Mam i dam! Nawet sto pięćdziesiąt – roześmiał się na cały głos Gruzełko. – Toż to biedna pani Gąska. Zresztą, jaka z niej pani? Sprzedaje nie swoje, a moje sukno. Jest ono warte dwadzieścia pięć talarów, czyli więcej niż jej nędzna chatynka. Żadne czary ni uroki na nią nie podziałają, bo pobożna jak mało która. Ale zakład już przyjąłem, bo nie zaprzeczysz, że wyrzekłem słowo: dam!

Obcy kiwnął głową na znak, że się z nim zgadza, a Gruzełko mówił dalej:

– Przyznasz, że jednak i ja mam prawo postawić swoje warunki, by zakład nie był jednostronny.

– Czy tak nie będzie uczciwie, oczajduszo? – zapytał, przechylając głowę.

– Jesteś w prawie – potwierdził Obcy, a Gruzełko posłyszał w jego głosie delikatną nutę niepewności.

– Widzę, hultaju, że przyniosłeś ze sobą swój węzełek, i wiem, że masz w nim moje talary, bo słyszałem jak dzwonią, gdy tu wszedłeś – zaczął pewny swego Gruzełko. – Jeśli ci się teraz nie uda, a nie uda się na pewno, to na początek oddasz moje trzydzieści pięć talarów, a dalsze pięć dodasz z dobrej woli. Bo po co ci one, skoro w lochu gnił będziesz. Tam sobie czapkę możesz zdejmować, gdy tylko pomyślisz, kto z nas w rozumie lepszy.

Obcy zawahał się, ale przyrzekł:

– Dodam swoje pięć talarów z dobrej woli, w potrzebie. Zapamiętaj dobrze, co mówię – dorzucił jeszcze jakoś dziwnie poważnie. – Z dobrej woli, w potrzebie! Jeśli ty dotrzymasz słowa, to i ja go dotrzymam, choć mi zostanie tylko grosz.

Stanął przy oknie, a burmistrz przyglądał się, jak przykłada palec do czapki i marszczy czoło, patrząc na panią Gąskę.

Ta po chwili podniosła głowę i spojrzała w okno ratusza. Gdy Obcy zdjął czapkę, stanęła jak skamieniała i wpatrywała się w niego niczym zaczarowana.

Nic poza tym przez dłuższą chwile się nie działo i burmistrz tryumfował, uśmiechając się coraz szerzej. Już sięgał po węzełek Obcego i chciał wołać strażników, gdy Obcy nagle odsunął okiennicę przymkniętą przez wiatr i zasłaniającą Gruzełkę. Ku jego zdumieniu Gąska nagle, jakby w szale, rzuciła się ciąć, szarpać i rwać na kawałki sukno znajdujące się na straganie.

Gruzełko zbladł, cofnął się od okna i spytał wystraszony:

– Kim ty jesteś?

– Po co pytasz, skoro wiesz? Obcy jestem – odpowiedział przybysz, zakładając czapkę. – Patrz, Jakubie, pani Gąska się dziwi, kto jej twoje płótno na strzępki przerobił. Nic nie wie, że to ona sama. No, dawaj talary, bo zobaczyłeś, co chciałeś. A to, co zrobiłem z tą pobożną niewiastą, również z tobą uczynić mogę, Jakubie. Wystarczy mi chwila, byś swoje pieniądze garściami ze skrzyni przez okno wyrzucił do ostatniego grosza, a może i swe szaty bogate zdjął i zatańczył na rynku przy studni. Którą z nich wybierasz, bo dwie są - zakończył drwiąco.

Gruzełko czym prędzej wręczył Obcemu sakiewkę z obiecaną sumą, a ten wrzucił ją do swego węzełka.

– Dołożę ci jeszcze sto pięćdziesiąt talarów, pod warunkiem że przed nocą po nie do mnie przyjdziesz, a rano wyniesiesz się z miasta i nigdy więcej cię nie zobaczę – powiedział cicho burmistrz, patrząc gdzieś w bok.

Obcy potarł brodę, jakby się namyślał nad jego propozycją.

– A może ja mógłbym unieść więcej? – spytał, marszcząc czoło i dotykając palcem czapki. – Jak myślisz, Jakubie, może nawet wszystko, a nie tylko sińce i guzy, gdy już za bramę wyjdę i twych strażników na drodze w lesie spotkam?

– Dam trzysta pięćdziesiąt i słowo – przyrzekł burmistrz. – Nie! – krzyknął. – Nie zdejmuj jej, proszę! Na Boga Wszechmogącego się klnę, że nie poślę za tobą strażników – zapewnił przerażony przenikliwością Obcego, który odkrył jego podstępny zamysł.

– Skoro Boga Wszechmogącego wzywasz, to dodasz tylko raz tyle. Wart jest tego twój niecny zamiar. Wezmę też twoje słowo – powiedział Obcy. – Ale dasz mi je na piśmie, żeby mnie nikt w tym mieście nie posądził, jak ty mnie posądziłeś o kradzież, choć dowodu nie miałeś. Nim więc odliczysz talary – dodał – napisz na tym papierze: W imię Boga Wszechmogącego daję te słowa i pieniądze.

Gdy burmistrz kończył pisać, Obcy uśmiechnął się jakoś dziwnie i polecił:

– Podpisz imieniem i nazwiskiem, żeby mnie nikt z tobą nie pomylił.

Kiedy atrament wysechł, złożony papier umieścił na stole obok swego węzełka i patrząc na niego ocenił – Za mały on będzie Jakubie, na tę twoją krwawicę, z którą ci się tak ciężko teraz rozstawać przychodzi, choć w skrzyni bezużyteczna leżała.

– Jakoś temu zaradzimy – rzekł, szukając czegoś pod bluzą.

– A mogłeś przecież choćby ściany tego kościółka postawić. Przez wieki by cię tu ludzie sławili, modlili się za twą duszę, śpiewali pieśni, a ty słuchałbyś tego w krypcie – ni to drwił, ni to poważnie mówił Obcy, rozkładając na stole dużą kraciastą chustę. – Do niej wsypiemy twoje szanse i talary. Otwieraj skrzynię i syp – rozkazał. – A licz dobrze, choćby i trzy razy, żeby się wszystko zgadzało. Bo jak nie, to wrócę i...

Reszta słów utonęła w brzęku monet, które załamany Gruzełko wysypywał z kolejnych sakiewek na chustę i liczył trzy razy.

– Zgadza się. Jest tyle, ile chciałeś – powiedział wreszcie, a Obcy głową skinął.

Kiedy burmistrz pochylony zamykał trzy wielkie kłódki przy skrzyni, on zwinął chustę, zrobił na niej węzeł i dla pewności obwiązał go jeszcze skórzanym rzemykiem. Podniósł ją i opuścił na stół, aż zabrzęczały talary. – Ciężka jak twój rozum – pokiwał głową. Potem wziął w rękę swój węzełek i wyciągnął drugą do burmistrza.

– Czas mi się z tobą żegnać, Jakubie. Podaj mi rękę, bo ugodziliśmy się przecież. Ty dałeś słowo i ja dałem swoje. Przemyśl dokładnie wszystko, co powiedziałem, co tu dziś widziałeś i to, co jeszcze zobaczysz. Dokładnie to przemyśl, boś nie tyle głupi, co nazbyt w sobie zadufany. Zbytnio też o swój majątek dbasz, a to, jak sam widzisz, czasem nic nie znaczy. Dziś masz – pokazał palcem na chustę – a jutro możesz nie mieć nic. Ot, tak!

Pstryknął palcami, chwycił i uścisnął dłoń oszołomionego zupełnie Gruzełki, zajrzał mu głęboko w oczy, i już od drzwi rzucił:

– Dziś za ciebie i twoje słowo grosza bym nie dał, ale... kto wie? Tylko od ciebie zależy, czy za jakiś czas nie okażesz się go wart. Z tej biednej pani Gąski przykład weź i nie chciej nic za zniszczone sukno, bo wrócę i na rynku przy studni goły jak król Dawid zatańczysz.

– Nie zechcę – ledwo wyjąkał Gruzełko, gdy Obcy, dotykając palcem czapki, zamykał za sobą drzwi.

Dziwny przybysz dotrzymał słowa i burmistrz nigdy go już nie zobaczył, bo on również nie złamał danej obietnicy. Pani Gąska nadal – jakby nic się nie stało – sprzedawała sukno. Żyła skromnie, ale po pół roku rozniosło się po mieście, że ugodziła się z miejscowym cieślą, iż za sto sześćdziesiąt talarów i dwa grosze wyremontuje jej mały dom przed Bramą Lubliniecką.

Zaraz też w ratuszu kazała sekretarzowi sporządzić pismo, w którym przykazała ten dom po swojej śmierci sprzedać, a pieniądze przeznaczyć na budowę kościoła na nowym cmentarzu, bo – wyjaśniła - tak się należy za jej grzech.

– Chyba całe życie na ten remont zbierałaś, ale to i tak razem z działką będzie za mało – ostrzegł ją zaraz pisarz. – Po co to, kobieto? Chcesz dać komuś przykład?

– Burmistrzowi – ucięła kwestię Gąska – daję też dwadzieścia pięć talarów gotowizną, bo coś mu jestem winna.

– A jemu za co? – spytał pisarz. – Bo zapisać muszę.

– Dotrzymuję słowa danego Jakubowi – podyktowała Gąska.

Zapatrzyła się gdzieś w dal za oknem i jakby o tym, gdzie jest i po co przyszła, zapomniała.

Kiedy się otrząsnęła ze swych myśli, wyszła, nic już nie mówiąc, a pisarz sam dopisał nazwisko burmistrza. Kiedy zaniósł Gruzełce protokół z pieniędzmi, powtórzył dokładnie, co się zdarzyło i co powiedziała Gąska. Gruzełko zbladł. Odprawił pisarza, przeczytał protokół w księdze i zaczął gorączkowo kreślić na kartce cyfry, mrucząc do siebie.

– W pierwszym zakładzie przegrałem piętnaście talarów, w drugim dwadzieścia, w trzecim sto pięćdziesiąt, to daje razem sto osiemdziesiąt pięć. Za dwadzieścia pięć talarów straciłem sukna. Dziwne.

Zapatrzył się w okno i wyszeptał do siebie po chwili:

– Coś tu się jednak nie zgadza. Ale zaraz. Ile to ten Obcy chciał płacić za nocleg? Tak, przypominam sobie. Ktoś mówił, że grosz marny, a był tu dwie noce.

Uderzył się w czoło i krzyknął:

– Już wiem wszystko i rozumiem.

Obcy nocował u Gąski i był z nią w zmowie, dlatego ta pobożna kobieta wspominała o jakimś grzechu. Oszukali mnie oboje tym przedstawieniem z darciem sukna na rynku, a ją teraz sumienie ruszyło.

Znów zapatrzył się w przestrzeń za oknem.

– Zaraz, zaraz – przypomniał sobie, co mówił pisarz. – On ją spytał: Chcesz dać komuś przykład?, a ona podyktowała – spojrzał do księgi – Burmistrzowi daję też... Tak. Teraz się zgadza z tym, co mi Obcy przykazywał.

Zapadł mrok, a Gruzełko siedział w ratuszu pogrążony w myślach. Nagle wstał. Zamknął okiennice i nie zapalając świecy, podszedł do skrzyni. Szukając w niej czegoś w ciemności, mruczał do siebie:

– Oj, Jakubie! Jakubie Obcy! Jakub Gruzełko wcale taki głupi ani zły nie jest. Dałeś mi dobrą nauczkę i dotrzymałeś słowa, bo wziąłeś ode mnie tylko słowa na kartce. Ale o czymś chyba jednak zapomniałeś. Wszak obiecałeś też swoje pięć talarów dołożyć, a wrócić tu już nie możesz, bo taka była umowa.

Kiedy potem szedł przez puste ulice miasta w kierunku plebani, uśmiechał się i szeptał sam do siebie:

– Czyli jednak jestem lepszy.

Kościelnemu skrybie, który mu z lichtarzem w ręku drzwi otworzył, podał węzełek zrobiony z kraciastej chusty i powiedział cicho:

– Na kościół. Nikt nie zgubił, chociaż znalazłem w mroku. Może i siebie. Bo on wziął ode mnie tylko słowo. Ale swego do końca nie dotrzymał. Jestem lepszy.

Skryba nic z tego nie rozumiał, ale dokładnie wszystko powtórzył plebanowi, gdy już przecięli skórzany rzemyk, rozwiązali węzeł na chuście, liczyli talary, chwalili Boga za to, że burmistrz się odmienił i stał lepszym człowiekiem.

W niedzielę duchowny przemówił do parafian:

– Dzisiejszy dzień, 26 lipca, przejdzie do historii, bo możemy zacząć budowę kościoła na cmentarzu. Mamy już na to potrzebne fundusze. Pani Gąska zapisała na niego swój dom, a teraz doszło jeszcze siedemset pięć talarów i jeden grosz.

Rozłożył kartkę papieru i przeczytał: W imię Boga Wszechmogącego daję te słowa i pieniądze. Jakub Gruzełko.

Burmistrz zdębiał, a pastor, patrząc na zgromadzonych, dodał:

– Gdyby nie serce, a tylko pieniądz się liczył, Jakub Gruzełko byłby lepszy, a może – dodał, uśmiechając się do siedzącego w pierwszej ławce burmistrza – jest naprawdę lepszy.

– Nie! Wcale nie jestem lepszy! – wykrzyknął na cały kościół Gruzełko.

– Nie przeszkadzaj! – szturchnął go w bok stary gwarek. – Wie, co mówi. Przecież powiedział, że nie chodzi tylko o pieniądze i ja się z nim zgadzam.

Uspokój się.

Burmistrz popatrzył na niego i powiedział:

– Człowieku, ja wsypałem do chusty tylko siedemset talarów i trzy razy je liczyłem. To on dołożył swoje pięć. Dotrzymał słowa, choć nie musiał, bo to nie była jego potrzeba i jeszcze włożył tę kartkę. Niczego nie wziął ode mnie.

Niczego! Nawet słowo zostawił. Był lepszy i jest lepszy – powtarzał już cicho do siebie.

– Jak słyszeliście wszyscy, skromnego mamy burmistrza – kontynuował pleban. – A ja długo myślałem, jakiemu świętemu powierzyć opiekę nad nową świątynią i nie mogłem się na żadnego zdecydować. Ale znów pomógł mi i podpowiedział nasz mądry burmistrz, bo gdy odwróciłem tę kartkę, zobaczyłem napis - „Sztolnia św. Jakuba”. Zatem św. Jakub, tak jak był patronem pierwszego budowniczego sztolni i jest opiekunem naszego burmistrza, będzie patronem tego kościoła. Na wieki! – zakończył.

– Nie! – wykrzyknął znowu Gruzełko. – Łaska – zająknął się i ciszej już dokończył – łaska to dla mnie zbyt wielka.

A potem szeptem już tylko powtórzył:

– On jest lepszy. On wiedział i dał dziś za mnie.

– Ale kto? – spytał po cichu stary gwarek.

– Ten Obcy! – wyszeptał burmistrz.

Gwarek rozejrzał się po kościele i pokręcił głową:

– Żadnego obcego tu nie ma.

– Jest – odpowiedział Gruzełko. – Dał za mnie grosz. Swój ostatni grosz.

Mieczysław Filak


***

W latach 1617–1619 na cmentarzu za Bramą Wrocławską wzniesiono kaplicę pogrzebową, którą przekształcono w kościół św. Jakuba, ufundowany przez protestanckiego mistrza górniczego i burmistrza miasta Jakuba Gruzełkę przy współudziale nieznanej z imienia pani Goske. W grobowcu pod bocznym ołtarzem spoczęły doczesne szczątki burmistrza Gruzełki. W 1847 roku do kościoła dobudowano prezbiterium i wieżę. Dziś patronką świątyni jest św. Anna, której imię pochodzi od hebrajskiego słowa hannah – łaska.

Przy północnej stronie rynku nie ma już starej karczmy, w której mieszczanie mogliby się spierać przy szklanicach, czy burmistrz Gruzełko mógłby przewidzieć zmianę patrona tego kościoła.

Sztolnia Jakuba jeszcze we fragmentach „żyje” i „pije” wodę spod miasta, choć nic za nią nie płaci. W tym roku mija 450 lat od czasu, kiedy rozpoczęto jej budowę. Pod jakim domem lub karczmą kiedyś przebiegała, dokładnie nie wiadomo. Na pewno nie wie tego żaden obcy.

Ani ja.