|
 Chciałem się
dowiedzieć co i jak myśli o Śląsku i Ślązakach rektor naszego uniwersytetu,
nasi senatorowie, wybitni lekarze, artyści.
I dowiedziałem się! Jedni – jak na przykład muzycy: Artur Rojek i Ireneusz
Dudek, mówią pięknie i mądrze słowami pełnymi ciepła i przywiązania, inni z
trudem maskują swą niechęć i lekceważenie.
Odkryłem także zaskakującą zależność: ci, którzy o Górnym Śląsku powinni
mówić i pisać najpiękniej i jak najlepiej, hołubić go i nim się chwalić –
wyrzekają się go, zohydzając jego obraz ile się da. Mam tu na myśli szefów
czasopism regionalnych, począwszy od tego największego, głównego inicjatora
– „Gazety Wyborczej”.
Dariusz Kortko już w tytule zwierza się: „Wkurza mnie Śląsk”, by później
zwięźle to uzasadnić.
Pani Senator Bochenek twierdzi, co prawda, że naczelny katowickiego dodatku
„Gazety” musi bardzo kochać ziemię, na której mieszka, skoro - dla dobra
sprawy, przymusza się do takiej prowokacji. Ja uważam, że na tę prowokację
złożyły się poglądy autora absolutnie szczere. Ktoś, kto z całego pisania i
mówienia Kazimierza Kutza zapamiętał tylko to, że ze Śląska koniecznie
trzeba wyjechać i ubolewa, że nie potrafił tego zrobić, na Górny Śląsk musi
patrzeć z wielką niechęcią. „Nie chce ale musi” babrać się tym wszystkim
wokół.
Jan Mazurkiewicz – redaktor naczelny Górnośląskiego Tygodnika Regionalnego
„Echo” wychodzącego w Tychach, urodził się i mieszka w Gliwicach. Też nie
lubi Śląska, bardziej jednak nie cierpi Ślązaków. Czuje się wśród nich obco,
gdyż ojciec pochodzi z Lidy i „kresowe klimaty przeważają w poczuciu mojej
tożsamości”. „Wkurza mnie przede wszystkim mentalność Ślązaków. Ślązacy są
dla mnie zbyt racjonalni i hermetyczni. Brak im spontaniczności, ułańskiej
fantazji ... Wkurza mnie ich pazerność i przywiązywanie do dóbr
materialnych” – pisze.
Trzeba być zaprawdę wybitnym znawcą spraw śląskich (w końcu jest się tym
szefem regionalnego pisma), by od Ślązaków oczekiwać ułańskiej fantazji!
Panie Janie. Po kilkudziesięciu latach spędzonych na Górnym Śląsku powinien
pan wiedzieć, że w czasach, gdy Polacy fantazjowali na koniach, Ślązacy
pracowali i budowali domy. Mozolnie też gromadzili majątek. Nie był
oszałamiający, zdobyty kosztem wielu wyrzeczeń, z myślą o przyszłości
licznej rodziny. Olbrzymi jednak w porównaniu z dobytkiem zawartym w
węzełkach przybyszów. W każdym bądź razie wart był pilnowania przed zakusami
ludzi „ o innych klimatach” mimo ryzyka posądzenia o hermetyczność i
pazerność.
Można by na te wypowiedzi machnąć ręką. Słyszeliśmy już większe brednie, a
na inwektywy w większości jesteśmy uodpornieni. Nie zadziwia nas też fakt
całkowitego niezrozumienia spraw śląskich, czy też niesamowitego ich
wykoślawiania. Na łaskę zrozumienia trzeba zasłużyć. Ale najpierw trzeba
chcieć.
Najważniejsze w gazetowym forum jest to, kim są ci, którzy Śląska nie
cierpią. Są to te same osoby, które w innym miejscu zastanawiają się jak
promować Górny Śląsk, jak w tym zamierzeniu dorównać do najlepszych!
W normalnym świecie rzadko można spotkać antyfeministę prowadzącego pismo
dla kobiet. Na Górnym Śląsku podobnego typu anomalie zdarzają się często.
Wciąż odczuwamy skutki centralistycznego zarządzania górnictwem przez ludzi,
którzy nie posiedli (bo nie mogli) jednej setnej wiedzy fachowców
miejscowych. Nie od dziś wiadomo, że kierownictwo służb mundurowych (głównie
policji) zasilane jest głównie z Częstochowy. Obsadzanie nie-Ślązakami
kierowniczych stanowisk w środkach masowego przekazu (gdyż opisywana
sytuacja ma też miejsce w radiu i w telewizji) bierze się jeszcze z
dawniejszego (zakorzenionego mocno, okazuje się) przekonania, że Ślązacy źle
posługują się (w mowie i w piśmie) językiem polskim i są mało przebojowi.
Powiecie Państwo, że się czepiam. Oczywiście, że tak. Trzeba skończyć z
szarogęszeniem się na Górnym Śląsku osób mających do rodowitych jego
mieszkańców stosunek jak do Indian Guarani.
Należy zadbać, by w sprawach dotyczących promocji i kształtowania wizerunku
naszego regionu głos decydujący mieli ci, którzy ten region dogłębnie
poznali i uznali za swój (niezależnie od miejsca swego pochodzenia). Jak
długo jeszcze będzie można u nas otwarcie, bezkarnie, bez żenady oświadczać
publicznie: mam was w d....!
Proszę odpowiedzieć na pytanie: jak długo pełniłby jeszcze swoją funkcję
redaktor naczelny gazety regionalnej w Kielcach, który oświadczyłby
publicznie, że regionu świętokrzyskiego nie lubi, a jego mieszkańców to już
absolutnie nie może znieść? A dlaczego taka pogadanka jak niegdyś z „Misia z
okienka” przechodzi w Katowicach bez echa? Bo autor wie, że w branży takie
poglądy są powszechne, a tym samym aprobowane! Niechęć do Ślązaków znów jest
trendy i głosząc ją nie tylko się niczym nie ryzykuje, lecz zyskuje raczej.
I szerzy się w czasopismach lokalnych ignorancja i przekłamanie.
Przykłady? W „Dzienniku Zachodnim” Oskar Troplowitz jest „Żydem polskiego
pochodzenia”. W 1912 roku, gdy w Gliwicach Troplowitz wypuszczał na rynek
krem „Nivea”, miał on tyle wspólnego z Polską, co z Mandżurią. W „Gazecie
Wyborczej” dziennikarz sportowy pisze, że po porywających meczach w
„Spodku”, siatkarze udadzą się do Kędzierzyna-Koźla, po czym „znów wrócą na
Górny Śląsk”!
Końcowym efektem prac nad wspomnianą promocją województwa śląskiego jest
tzw. kluczowe przesłanie – hasło główne. Małopolska firma, która na zlecenie
Urzędu Marszałkowskiego opracowała „Strategię komunikacji marketingowej” i
zgarnęła zapewne kupę forsy, zaproponowała, by takim hasłem było: Śląskie.
Pozytywna energia.
Ten finalny produkt studiów nad strategią jest wart funta kłaków – jak pisze
Michał Smolorz. Każdy dzieciak wie, że dobre hasło reklamowe musi być
oryginalne. To powyższe jest tak oryginalne jak powiedzenie: ty jesteś
piękna jak róży kwiat.
Tych kilka najświeższych przykładów pokazuje, że w wielu przypadkach skazani
jesteśmy na ślepego przewodnika. Wciąż też – używając innego porównania –
boimy się wytknąć, że król (czy jakieś pośledniejsze królewiątko) jest nagi.
|