|
Obyczajowość i kultura wiejska (chłopska) zetknęła się na Górnym Śląsku z
kulturą miejską, robotniczą, osiągając niespotykane gdzie indziej efekty
(jak chociażby cała tradycyjna kultura górniczego stanu). Cała ta sytuacja
społeczno-ekonomiczna, polityczna i cywilizacyjna połączona z głęboką
religijnością rzutowała na wzorce zachowań, nawyków, na wizję świata i
człowieka – tworzyła określony typ osobowościowy. Był on zakodowany w
tradycji i w sposobie życia. Kazimierz Kutz zapytany o to, jak czuł się w
środowisku łódzkiej szkoły filmowej, powiedział: „ Byłem w niej odmieńcem
(...) To znaczy, że ja wyrosłem w określonej kulturze, w określonym systemie
wartości – ze wszystkimi jego zaletami i wadami. To jest mój kod
nieuświadomiony, ale on mi narzuca takie a nie inne widzenie świata”.
Spróbujmy rozszyfrować te kody. Proces wykształcania się śląskiej tożsamości
tak określił socjolog Wojciech Świątkiewicz: „Odczytywanie własnej
tożsamości poprzez identyfikację z familią i społecznością krajanów,
poszerzone o afiliacje kościelne cieszyło się pierwszeństwem wobec innych
odniesień: narodowych, językowych, politycznych, kulturalnych. Stąd
uzasadnione jest przekonanie o specyfice kulturowej Górnego Śląska
zorientowanej wokół wartości rodziny, więzi regionalnych, religijności, a
także pracy”. W rodzinie śląskiej, poprzez fakt czuwania nad przestrzeganiem
określonych zasad, nie było taryf ulgowych i pobłażania, nie uzewnętrzniało
się więzów emocjonalnych (dzieciom trzeba przoć, ale nie trzeba im tego
okazywać), elementem jednak dominującym był szacunek dla drugiej osoby,
uwzględnianie jej integralności, uznanie godności i wiedzy życiowej
najstarszych.
Jak podkreślił ksiądz arcybiskup Damian Zimoń: „Krzesanie osobowości dzieci
było stanowcze, pełne zainteresowania, lecz pozbawione absolutyzmu, dającego
przecież niewielkie efekty w wychowaniu. Wymagania szły w parze z
konsekwentnym wzorcem osobowym rodziców, najlepszym budulcem autorytetu.”
Tak było w domu wybitnego kardiochirurga, profesora Andrzeja Bochenka: „W
domu obowiązywała zasada solidnej, dokładnej pracy, rodzice uczyli szacunku
do niej. (...) Dobry przykład rodziców był dla mnie i mojego brata wartością
najwyższą”. Inny wybitny lekarz – profesor Franciszek Kokot swego ojca tak
wspomina: „Był bardzo wesoły i bardzo zdolny. Miał światły umysł, pomagał mi
rozwiązywać różne problemy i oceniać zdarzenia. Myślę, ze po ojcu
odziedziczyłem niektóre zdolności, ale wydaje mi się, że mnie przewyższał
potencjałem intelektualnym.”
Dotykamy tu fenomenu, jakim była na Górnym Śląsku osobowość ojca. Prawie w
stu procentach był to człowiek posiadający jedynie podstawowe wykształcenie,
wykonujący ciężką pracę fizyczną. A przecież, jak wiemy z własnego
doświadczenia, czy z przekazów (jak chociażby przytoczonych wyżej), posiadał
rozległą wiedzę życiową i szeroką skalę zainteresowań. Wytłumaczyć to można
jakimś zakorzenionym w podświadomości pędem ku wyższym wartościom i
łatwością w przyswajaniu wiedzy (co potwierdzają cytowane wyżej
spostrzeżenia badaczy i podróżników).
Zamknięty w kręgu: fabryka, kopalnia – familok, czytał bardzo wiele i to w
dwóch językach. Na Górnym Śląsku czytelnictwo (zarówno jeśli chodzi o
wypożyczanie książek, jak i prenumeratę czasopism) biło wszelkie światowe
rekordy. W Paprocanach koło Pszczyny na 1000 mieszkańców było 300 stałych
prenumeratorów. Mroczny świat podziemi zastępowały barwne wizje malarskie,
dalekie horyzonty obserwowało się oczami hodowanych ptaków. Czasu wolnego
nie było wiele – do pracy dochodziło się wszak pieszo (czasami wiele
kilometrów). Towarzystwa gimnastyczne, kółka zainteresowań, teatry
amatorskie, chóry i orkiestry dęte nie narzekały jednak na brak chętnych. A
matka? Dla kultury śląskiej matka jest tradycją, śląskością, tożsamością.
Zawsze będzie kojarzona z czystością, akuratnością, pewnością, dobrym i
uczciwym życiem. Gospodarność, zaradność, religijność to jej cechy. Rodzina
na Górnym Śląsku utrzymywała więzy z jej członkami w różnym stopniu
pokrewieństwa. Jak zauważa ksiądz profesor Szymik, krewny, to po śląsku:
przociel, pochodzący od przoć – kochać. Kilka razy w roku – na odpustach,
urodzinach seniorów, odbywały się zjazdy, gromadzące mnóstwo osób. Ta
serdeczność została przeniesiona na stosunki z mieszkańcami familoka,
kamienicy, sąsiadów. Wyjeżdżano wspólnie na majówki, dzielono się po
świniobiciu, zapraszano na wesela i chrzciny. Te kontakty wpłynęły na
wykształcenie się u Ślązaków cech przydających im więcej pogody i
towarzyskości. Tymi cechami są: humor, wesołość, zamiłowanie do zabawy,
muzykalność. O specyfice humoru śląskiego pisałem obszernie, typowe, śląskie
gry i zabawy znamy dobrze, wrodzona śląska muzykalność pobrzmiewa i niesie
się po naszych miastach i wsiach.
Wartością samą w sobie była praca. Ślązak się poprzez nią określał,
samorealizował. Takie traktowanie pracy jako wartości najwyższej, jej bez
mała sakralizacja, określało zasady, którymi Ślązak powinien się kierować:
rzetelność, pracowitość, uczciwość, sumienność i solidność, szacunek dla
kwalifikacji zawodowych, solidarność i poczucie odpowiedzialności za
towarzyszy pracy. Ich respektowanie lub nie stawało się zasadniczym
kryterium oceny człowieka. Nieważne, czy ktoś był urzędnikiem, czy
chirurgiem.
Cytowany już profesor Franciszek Kokot, światowej sławy nefrolog, wyznaje:
„Żeby w dzisiejszym świecie coś osiągnąć, nie wystarczy być inteligentnym.
Trzeba jeszcze ciężko, solidnie harować”. Robotny – to na Śląsku największy
komplement. Dla mieszkańców innych części Polski było to niezrozumiałe. Dla
Gustawa Holoubka po przeniesieniu się z Krakowa do Katowic: „Najbardziej
zaskakujące było to, że ich (Ślązaków) ocena ludzi kształtowała się w
odniesieniu do ich stosunku do pracy. Właśnie praca była dla nich probierzem
moralności: jeśli ktoś wykonywał ją uczciwie i kompetentnie, jeśli był
fachowcem w swojej dziedzinie – cieszył się szacunkiem i poważaniem.
Natomiast obiboki i nieroby, których zresztą wówczas rzadko można tam było
spotkać, byli wyraźnie dyskryminowani i w naturalny sposób z tej
społeczności eliminowani.” Tym Ślązak różnił się diametralnie od ludzi zza
Brynicy, traktujących często pracę własnych rąk jako dopust Boży. O
różnicach w tym względzie wiedziano już w okresie luźnych kontaktów, skoro w
1922 w Piekarach Śląskich niewidomy „ śląski Wernyhora” witał wojsko polskie
słowami: „wy nas nauczycie pięknie mówić, a my was nauczymy dobrze
pracować.”
Pracowitość więc i wszelkie przymioty ducha z nią związane ( jak te
wymienione wyżej, lecz także hart ducha i wytrwałość) najszybciej kojarzone
są z mieszkańcami Górnego Śląska.
Zofia Kossak- Szczucka w Poznaniu w roku 1932 mówiła: „Wytrwałość.
Wytrwałość jest może cechą najbardziej charakterystyczną w psychice
śląskiej.” Z pracy – najcięższej i najniewdzięczniejszej z możliwych,
Ślązacy stworzyli cnotę.
W tym miejscu dotknęliśmy istoty czegoś, co umyka większości badaczy, co
domaga się osobnego rozpatrzenia: genialnego kreacjonizmu Ślązaków. Praca
pod ziemią – to mówiąc prosto – najgorsza z możliwych. Pod każdym względem.
Ślązacy w ciągu paru zaledwie pokoleń stworzyli z niej niemalże sacrum,
powód do dumy, atrakcję, probierz godności człowieka. Stworzyli wokół niej
przebogaty zespół legend, zwyczajów, obrzędów i uwarunkowań. Chciałoby się
wręczyć temu najwybitniejszemu, zbiorowemu reżyserowi, najwyższą nagrodę. Za
stworzenie dzieła w tak krótkim czasie, tak barwnego i na taką skalę.
|