|
W dniach 18-20 września 1939 roku Franciszek Blachnicki uczestniczył w
ostatniej walce zdziesiątkowanych oddziałów śląskich na przeprawie pod
Tomaszowem Lubelskim.

Franciszek Blachnicki - więzień Oświęcimia
Po kapitulacji podpisanej przez dowódcę armii
„Lublin” gen. Piskora, 20 września dostał się do niemieckiej niewoli.
Ucieka w październiku i wraca na Śląsk. Od razu szuka kontaktu z organizacjami
konspiracyjnymi, które w przeciwieństwie do innych regionów charakteryzowały się
tutaj dużym rozdrobnieniem.
Najwcześniej założoną organizacją (5.11.1939) była Polska Organizacja
Partyzancka.
Jej członkiem - twierdzą żyjący panowie Henryk Jaksik i Teodor Kuna - od
początku stał się Franciszek Blachnicki.
Założyli ją według profesora Rechowicza, Wilibald Pietrek, Władysław Kurek
(zgilotynowani w katowickim więzieniu) i stryj Henryka Jaksika - Jan Jaksik
(zamordowany w Oświęcimiu).
Juliusz Niekrasz w książce „Z dziejów AK na Śląsku” i ks. Adam Wodarczyk -
biograf Blachnickiego, podają informację, że była to Polska Organizacja
Powstańcza, której założycielami w Tarnowskich Górach byli: Blachnicki,
Władysław Kurek i Władysław Wolko.
Obecnie trudno ustalić stan faktyczny, wiemy tylko, że skrót obu organizacji był
POP i że jesienią 1939 roku obydwie wchodziły w skład Służby Zwycięstwu Polski
(do komendy w Krakowie jeździł Blachnicki), później ZWZ i AK.
Możliwe, że Franciszek i Kurek byli członkami obydwu tych grup podziemnych.
Wiosną 1940 roku gestapo zaczyna poszukiwać Blachnickiego.
27 kwietnia aresztuje go w Zawichoście. W maju po aresztowaniu ponad 30 osób,
rozbita zostaje POP.
Po dwóch miesiącach aresztu śledczego w Tarnowskich Górach, Blachnicki zostaje
wysłany do obozu w Oświęcimiu.
Przebywał tam od 24 czerwca 1940 do 22 września 1941r. pod numerem 1201.
Jak zawsze niepokorny i dumny, że jest Polakiem i harcerzem, z 14-miesięcznego
pobytu, 9 miesięcy spędził w kompanii karnej, a prawie miesiąc w bunkrze
śmierci, tym samym co Maksymilian Kolbe. SS-mann, który prowadził go do bunkra,
zapewniał, że z niego już nie wyjdzie. Pomylił się, tak jak wielu innych,
życzących mu najgorszej przyszłości.
We wrześniu 1941 r. został przeniesiony do aresztu śledczego w Zabrzu, a potem w
Katowicach. 30 marca 1942 roku oskarżono go o przynależność do Związku Walki
Zbrojnej.
Z Blachnickim na ławie oskarżonych zasiedli Władysław Kurek i Władysław Wolko.
Blachnicki i Kurek zostali skazani na śmierć przez ścięcie gilotyną, a Wolko na
12 lat ciężkiego więzienia. Oskarżono ich o zdradę stanu oraz pomocnictwo i
podżeganie do zamachu na całość państwa i jego granice.
Na wykonanie kary przyszły ksiądz oczekiwał w katowickim więzieniu do 6 sierpnia
1942 roku. W tym dniu został ułaskawiony przez Ministerstwo Sprawiedliwości
Rzeszy (był to jedyny przypadek ułaskawienia harcerza - konspiratora na Śląsku).
Karę śmierci zamieniono mu na 10 lat ciężkiego więzienia do odbycia po wojnie,
ale do czasu jej zakończenia miał przebywać w obozie koncentracyjnym.
Już w Oświęcimiu rozpoczął intensywną naukę języka niemieckiego, by osobiście
móc pisać listy. W korespondencji obowiązywał wyłącznie niemiecki.
Do naszych czasów w Archiwum Głównym Ruchu Światło-Życie w Lublinie, zachowało
się sporo listów pisanych do rodziny w okresie okupacji.
Początkowo, krótkie listy wysyłane z Oświęcimia, pokazują słabą znajomość
niemieckiego. Ponadto są chłodne i widać w nich, że nie wyzbył się pewności i
nonszalancji, która cechowała go przed wojną.
Dopiero oczekiwanie na śmierć na oddziale B-1 skłoniło go do refleksji nad
życiem, które wcześniej wcale nie nosiło znamion gorliwości religijnej.
Korespondencja z lat 1940-1945 jest świadectwem młodego człowieka, wchodzącego w
życie ze swoimi myślami, pragnieniami, decyzjami i czynami.
W bezinteresownej miłości do Ojczyzny i bliskich nie widział nic nadzwyczajnego,
realizował tylko ślubowanie harcerskie, które pozwoliło mu zachować godność i
przeżyć martyrologię obozów i więzień z podniesioną głową.
17 czerwca 1942 roku siedząc na krześle w celi śmierci poczuł dar głębokiej
wiary w Boga, jako wewnętrzne nagłe olśnienie - wstał i w duchu zaczął krzyczeć:
Wierzę! Wierzę!
W liście z 14 sierpnia 1942 roku powiadamiając rodzinę o ułaskawieniu,
nawiązując do tego dnia zawarł taką refleksję: „...nieocenione życiowe
doświadczenie i mój wewnętrzny rozwój. To obficie wynagradza mi doznane
cierpienia i jest wprost bezcenne”.
Listy pisane po 17 czerwca 1942 roku pokazują już dojrzałość dwudziestodwulatka,
który stwierdza: „Moje życie nie należy już do mnie, więc je ofiaruję Bogu”.
Bóg przyjął ofiarę skazańca - swojego sługi - i pozwolił mu doczekać wolności.
Zapewne 3 lata przebywania w przedsionku ziemskiego piekła potraktował jako
terminowanie przed wstąpieniem na drogę kapłaństwa.
Stanisław Obcowski
Ciąg dalszy w następnym numerze
Fot. ze zbiorów autora
|