|
Plac Wolności
„W imię Ojca i Syna przejechała mnie maszyna. Na placu Wolności leżą moje
kości” – taki wierszyk można było często usłyszeć w ustach tarnogórskich dzieci
jeszcze kilkadziesiąt lat temu.
Najczęściej dziecięca rymowanka służyła do
wyliczania i wybierania uczestników gry w ganianego. Jednak rymowanka ta nie
została na pewno ułożona przez dziecko. Z owego wierszyka przebija bowiem
nastrój powagi i nutka tragikomizmu. Wspomniana maszyna to zapewne lokomotywa, a
kości należą do kolejarza, który nieopatrznie znalazł się na torach. Wszakże od
końca XIX wieku Tarnowskie Góry stają się miastem kolejarzy. A już w okresie
międzywojennym, po wybudowaniu magistrali kolejowej Śląsk-Port Gdynia, w każdej
tarnogórskiej rodzinie był jakiś kolejarz. Domyślać się można, że autorem
wdzięcznej rymowanki był anonimowy kolejarz, który zakpił sobie z mnogości
wypadków na torach oraz uświęconego w mieście miejsca upamiętniającego ofiary
wszelakich wojen.

A jeszcze na początku XIX stulecia plac u
wylotu ulicy Krakowskiej był miejscem poboru myta, bo w tym miejscu znajdowała
się Brama Krakowska. Po rozebraniu wszystkich miejskich bram, co stało się około
roku 1832, pusty plac na skrzyżowaniu ulic i dróg w rozrastającym się mieście,
aż prosił się o zagospodarowanie. Uczynili to mieszkańcy, bo to z ich inicjatywy
w latach 1896-1897 na placu ustawiono na cokole figurę cesarza Wilhelma I,
cesarza Niemiec. Właściwie to mieszkańcy postanowili uczcić pomnikiem pamięć
tarnogórzan poległych w wojnach toczonych przez Prusy z Danią, Austrią i Francją
w latach 1864-1871. Ale zabrakło im funduszy, bo przeprowadzona zbiórka
społeczna nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Pieniędzy było za mało, więc
mieszczanie posłużyli się fortelem i poprosili o dofinansowanie pruskie władze,
które chętnie sfinansowały budowę cesarskiego pomnika. Nazwiska poległych
tarnogórzan wyryto jedynie na cokole pomnika. Sam pomnik miał pecha, bo w 1920
roku wysadzili go w powietrze powstańcy śląscy, choć niemiecka prasa pisała o
bandytach niszczących pomnik.
Prawdziwą demonstracją polskości były wydarzenia, jakie rozegrały się pięć lat
później. W jedną noc z soboty na niedzielę 9 sierpnia 1925 roku nieznani
mieszkańcy Tarnowskich Gór położyli na placu płytę z białego marmuru z napisem:
„Nieznanemu Żołnierzowi, poległemu za Ojczyznę i Wolność”. Na wieść o ułożeniu
płyty straż zaciągnęli obok powstańcy śląscy. A liczni mieszkańcy składali obok
płyty kwiaty i wieńce. Płytę kilka tygodni później wmurowano w ścianę kościoła
parafialnego, bo tak chciał szybko utworzony społeczny komitet.
Trzeba przyznać, że plac Wilhelma, bo tak nazwano pierwotnie otoczenie
cesarskiego pomnika wraz z utworzonymi alejkami i skwerami, nie miał szczęścia
do pomników. Po likwidacji pomnika Wilhelma I, z którego ocalał tylko cokół
przechowywany pieczołowicie w Kopalni Zabytkowej Rud Srebronośnych, na placu
nazwanym już w międzywojniu Placem Wolności, zbudowano w 1945 roku pomnik
żołnierzy radzieckich. Ten klasyczny przykład radzieckiej dominacji miał być
hołdem złożonym przez tarnogórzan sowieckim wyzwolicielom. Jednak sami
mieszkańcy mieli do pomnika uczucia dość zróżnicowane, od nienawiści poprzez
obojętność do akceptacji. Jak wspominają najstarsi mieszkańcy Tarnowskich Gór
początkowo pomnik wdzięczności zbudowany był z metalowych łusek pocisków i bomb,
które rozsiane były po wojnie po całym mieście. W styczniu 1945 nad miastem
lotnicze pojedynki toczyły ze sobą niemieckie i radzieckie samoloty, tracąc
łuski nad dachami domów. Po wojnie młodzież szkolna w czynie społecznym zbierała
pozostałości lotniczych pocisków i układała na placu Wolności.
W latach tuż powojennych pomnik żołnierzy radzieckich spotkał podobny los jak
figurę cesarza Wilhelma. Członkowie antykomunistycznego podziemia wysadzili w
powietrze pomnik wdzięczności. Sprawców uwięziono, a na placu Wolności zbudowano
betonowy pomnik w kształcie gwiazdy z kolumną pośrodku i betonowo-stalowymi
zniczami. Płomienie paliły się w zniczach jedynie podczas świąt patriotycznych.
W takie dni obok zniczy, których płomienie zasilał gaz z doprowadzonej do
pomnika instalacji, wartę trzymali dwaj żołnierze. Jako dziecko podziwiałem
zawsze z gromadką szkolnych kolegów i koleżanek cierpliwość wartowników, którzy
potrafili stać nieruchomo przez godzinę, a my małe brzdące podchodziliśmy do
nich i sprawdzaliśmy, czy żyją. O tym, że wartownicy to żywi ludzie
przekonywaliśmy się, obserwując powieki żołnierzy. Jeżeli co jakiś czas mrugnęli
powiekami, był to dla nas znak, że należą do świata żywych. Z rzadka któryś z
żołnierzy mruczał do nas podenerwowany: Dzieci, idźcie stąd! Na więcej nie
pozwalał mu regulamin wojskowy. Prawdziwym widowiskiem były też zmiany warty,
którym towarzyszyły marszowy krok i szczęk karabinów. Nie mówiąc o salwach
honorowych, którymi żołnierze okraszali pierwszomajowe manifestacje lub obchody
rocznicy rewolucji październikowej. Ulubioną zabawą dzieci było zbieranie łusek
po ślepakach.
Niestety pomnik żołnierzy radzieckich czekał marny los. Został decyzją miejskich
władz zburzony w 1992 roku. Przez kilkanaście lat miejsce po zniszczonym pomniku
straszyło przechodniów ciemno-zieloną plamą. Dopiero dwanaście lat później plac
wybrukowano i przebudowano. Przy okazji zasypano podziemne szalety, zwane
metrem, istniejące obok placu Wolności od czasów międzywojennych. Na środku
placu wbudowano podczas remontu żelazną pompę wodną. Pompa stała się jedyną
ozdobą na bruku, na którym zamiast manifestantów często goszczą ze swoimi
kramami miejscowi kupcy, organizując okolicznościowe jarmarki.
Sztanga bezrobotnych
Dziś już mało kto pamięta w Tarnowskich Górach, gdzie znajdowała się
przesławna sztanga bezrobotnych. Jedynie w umysłach najstarszych mieszkańców
miasta kołacze się pamięć o metalowych rurach okalających skwerki wokół
dzisiejszego Placu Wolności.
Rury ulokowane na murkach otaczających Plac
Wolności od strony wszystkich okolicznych ulic i chodników pojawiły się w
czasach, gdy plac zyskał nazwę Wilhelma od ustawionego na nim pomnika cesarza
Niemiec. Figurę pruskiego władcy zjednoczonych Niemiec ustawili tarnogórzanie ku
pamięci mieszkańców poległych w wojnach toczonych przez Prusaków w XIX wieku.
Dzięki pomnikowi plac stał się eleganckim skwerem miejskim i miejscem spacerów
mieszczan. Do wypoczynku skłaniały mieszkańców ławki ustawione obok klombów i
trawników.
Otaczająca plac rura stanowiąca niziutkie ogrodzenie zieleni na placu od
początku kusiła przechodniów. Fragment rury od strony ulicy Krakowskiej był
najbardziej ponętny. Rura na wysokiej podmurówce wręcz zachęcała do siadania. I
tak też czynili mniej wytworni tarnogórzanie. Siadali tyłkiem na rurze, nogami
wspierając się o murek. Jak kury na przysłowiowej grzędzie mężczyźni - bo
kobiety nie miały tyle odwagi, aby usiąść na stalowej rurce, a może przeszkadzał
im żeński ubiór - oczekiwali na przyjście znajomego bądź najzwyczajniej w
świecie siedzieli i gapili się na przechodniów.
To swoiste miejsce, niezaplanowanego przez twórców skweru, wypoczynku szybko
zyskało nazwę sztangi bezrobotnych. Zapewne gromadzili się tam ludzie, którzy
mieli dużo wolnego czasu i byli mocno obojętni na dobre obyczaje, bo
wysiadywanie na sztandze na pewno nie przynosiło chwały. Na starych zdjęciach
miasta można dostrzec mężczyzn siedzących na sztandze nawet w historycznych
chwilach, przykładowo: wkroczenia niemieckich wojsk do Tarnowskich Gór albo
uroczystych pochodów organizowanych w latach realnego socjalizmu.
Co ciekawe, najbardziej oblężona była tarnogórska sztanga bezrobotnych właśnie w
czasach, gdy w Polsce Ludowej wprowadzono obowiązkowe zatrudnienie mężczyzn. Na
siadających tam panów patrzano podejrzliwie jak na niebieskie ptaki. Często i
gęsto mężczyzn ze sztangi legitymowali ludowi milicjanci, jakby z obawy przed
uszkodzeniem pomnika żołnierzy radzieckich, który postawiono na placu po II
wojnie światowej. Dla wygody mieszkańców w latach 60. dwudziestego stulecia na
chodniku obok sztangi ustawiono nawet ławki. Jednak najczęściej zionęły pustką,
bo panowie jakby z przekory woleli nadal przysiadać na sztandze. Może z wyżej
położonej sztangi lepiej patrzało im się na tętniące życiem ulice.
Ta wysokość sprawiała, że upadek ze sztangi bezrobotnych bywał bolesny. Nieraz
lekarze pogotowia ratunkowego udzielali pomocy osobnikom, którzy nie zdołali
utrzymać równowagi i spadli z rury pod murek. Upadek taki kończył się ogólnymi
potłuczeniami. A zawrotu głowy wcale nie dostawali ci panowie od siedzenia na
wysokości. Bywało, że tracili przytomność w sposób kontrolowany i opadali
plecami na miękki trawnik za plecami. Niejednego dopadł zawał albo wylew właśnie
na sztandze.
Obyczaj zasiadania na sztandze zanikł samoistnie. Nie miały na to wpływu zakazy
władz czy ostracyzm społeczeństwa. Po prostu w śródmieściu tworzono coraz więcej
skwerów z ławkami, gdzie można było wygodnie usiąść w cieniu drzew z dala od
ludzkich spojrzeń. Co ciekawe, ostatecznie sztanga bezrobotnych utraciła swoją
rolę w czasach powrotu do gospodarki rynkowej. Na początku XXI wieku, mimo
sporej ilości bezrobotnych w mieście, już nikt nie siadał na niziutkim
ogrodzeniu skwerów na Placu Wolności, jakby wstydząc się coraz bardziej
zapomnianej nazwy tego miejsca. Ostateczny cios staremu obyczajowi tarnogórzan
zadały władze miejskie w 2004 roku, kiedy to podczas remontu nawierzchni placu
Wolności zlikwidowano wiekowe niziutkie ogrodzenie skwerów i murek od strony
ulicy Krakowskiej.
Teksty: RYSZARD BEDNARCZYK
|