|
Koła powozu zaskrzypiały przeraźliwie, a ten wysoki pisk kręcących się
opornie osi rychło zamienił się w żałosny zgrzyt metalu i drewna. W chwili, gdy
ucichły jakiekolwiek odgłosy toczących się kół, powozem szarpnęło, konie zaparły
się kopytami w grunt drogi, ale nie dały rady ruszyć do przodu. Wóz zatrzymał
się.

Pamiątkowa karta pocztowa nawiązująca do pobytu w Tarnowskich Górach Goethego.
Własność Sklep „Kolekcjoner” w: Historia Tarnowskich Gór, Muzeum w Tarnowskich
Górach, Tarnowskie Góry 2000
Jan Wolfgang, którego niespodziewane dźwięki i
nagły bezruch, który nastał po kołyszącej monotonii jazdy, wybudziły z krótkiej
drzemki, w jaką zapadł zaraz po wyjeździe z uliczek Tarnowskich Gór, przeraził
się na dobre. W panicznym geście zasłonił rękami głowę, kolana uniósł do góry i
skulił się na siedzeniu jakby powóz za chwilę miał rozpaść się, a ona sam wypaść
na zewnątrz. Przypomniały mu te odgłosy dźwięki, jakie towarzyszyły wywrotce
wozu, w którym w młodości pędził zbyt szybko ulicami Frankfurtu. Przypłacił
tamten wypadek silnym krwotokiem i długim kurowaniem się w łożu. Po chwili
jednak, dostrzegając panujący bezruch, wyjrzał niespokojnie na zewnątrz. Przez
małe przeszklone okienko drzwi dyliżansu nie zdołał wiele dostrzec. Dlatego
szarpnął klamkę i uchylił drzwi na oścież.
Wysunął głowę i spostrzegł konie niespokojnie przebierające kopytami w miejscu.
Po krótkiej jeździe jeszcze nie były na tyle zmęczone, żeby szukać odpoczynku.
Woźnica i jego pomocnik niecierpliwie pochylali się nad przednim kołem. – Co się
stało?- zawołał do nich Jan Wolfgang.
- Ośka nie wytrzymała tych wertepów, trzeba będzie wymienić, a dopiero trochę
ujechaliśmy drogi – odparł starszy woźnica, na którego wszyscy w świcie księcia
wołali Maks. Jego nieco młodszy pomocnik zwany Francem z przepraszającym
uśmiechem na twarzy przytakiwał słowom swojego pana.
- Trzeba wysiąść z powozu, bo go będziemy dźwigać – krzyknął Maks.
- Co z bagażami? – zaniepokoił się Jan Wolfgang i z przerażeniem spojrzał na tył
powozu, gdzie na półce spoczywały liczne kufry z minerałami zebranymi podczas
podróży i waliza z jego ubiorami i rzeczami osobistymi.
- Kufry mogą zostać – pocieszył go woźnica.
Jan Wolfgang nałożył na głowę trójgraniasty kapelusz i wysiadł z powozu. Miał
pecha, bo nie zauważył kałuży, która rozciągała się w pobliżu wozu, i wdepnął
świeżo wyglansowanymi butami z wysokimi cholewami do mętnej burej wody
wypełniającej zagłębienie na polnej drodze. Szybko wyskoczył z kałuży ochlapując
sobie przy okazji spodnie i kaftan. – Do pioruna! – zaklął. Szybko otrzepał
ubiór z brudnych mokrych plam i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że zaklął
prawie tak samo jak ci prości kuźnicy i gwarkowie wytapiający żelazo z rudy na
podtarnogórskich polach. Z wstydem pomyślał o tym, jak szybko pozbył się
dworskich manier podczas tej podróży po krańcach królestwa pruskiego.
Po opuszczeniu powozu Jan Wolfgang rozejrzał się wokół. Stali pośrodku
brązowawej drogi na jakimś wzniesieniu górującym nad Tarnowskimi Górami. Za
plecami w dolinie rozciągały się zabudowania mieściny, w której Jan Wolfgang
wraz ze świtą książęcą spędził ostatnie dni. Jeszcze nie minęła mu złość
spowodowana wdepnięciem w kałużę, dlatego z lekkim grymasem niesmaku spojrzał na
wieże kościołów górujące nad spadzistymi dachami kamienic. Częściowo budowle
Tarnowskich Gór zasłonięte były przez wał faszyny i jedną z trzech bram
wjazdowych do miasta. Widok mąciły też liczne mgiełki i szare chmury wiszące na
niebie.
Jan Wolfgang usiłował odnaleźć wzrokiem dworek, w którym spędził parę ostatnich
nocy. Mimo usilnych starań nie dostrzegł niziutkiego budynku ze stromym dachem i
oknami na poddaszu, bo zasłaniały go masywniejsze budowle szkół i świątyń.
Właściwie to ten mieszczański ledwo jednopiętrowy domek ze spadzistym dachem, w
którym piętro przypominało pokoje na poddaszu rodzinnego budynku Jana Wolfganga
we Frankfurcie, podobny był do wiejskiej chaty. Zresztą większość budynków w
odczuciu Jana Wolfganga przypominała bardziej wiejskie murowane stodoły niż
porządne miejskie budowle. Nawet przesławne tarnogórskie kamienice z podcieniami
nie mogły równać się z reprezentacyjnymi budynkami wielkich miast w Rzeszy czy
we Włoszech. Dlatego Jana Wolfganga od początku pobytu w Tarnowskich Górach
śmieszyły przechwałki miejscowych na temat zabudowy tej mieściny. Zresztą nie
tylko to. Była bowiem w odczuciu Jana Wolfganga ta mieścina mocno opóźniona w
szkolnictwie, a wiedza o teatrze mieszczan brała się z obejrzenia kilku
przedstawień objazdowej trupy kuglarzy. Niewiele lepiej było ze znajomością
dzieł filozofów czy najnowszej literatury. Mimo woli znowu pomyślał Jan Wolfgang
o minionej nocy i kobiecie, która towarzyszyła mu do białego rana.
Początkowo ta dość urodziwa dama, jakaś narzeczona tutejszego radcy górniczego,
tego który był w grupie oprowadzających świtę księcia po kopalni Fryderyka,
wzbudziła nawet zainteresowanie Jana Wolfganga. Poznali się wieczorem na suto
zakrapianej winem kolacji w budynku starostwa. Nazywała się Henrietta. To imię
zaskoczyło Jana Wolfganga swoim na poły francuskim brzmieniem, ale zagadka
szybko wyjaśniła się. Jej ojciec był Francuzem zamieszkałym w Tarnowskich
Górach. W dodatku człowiekiem dość majętnym i chwalącym się pochodzeniem od
najlepszej szlachty. Zatrudniony w kopalni Fryderyk odróżniał się od reszty
górniczej kadry zapędami poezjotwórczymi. Tenże Filip Boscamp zamęczał Jana
Wolfganga podczas kolacji recytowaniem swoich przydługawych poematów, które
wyróżniały się wyłącznie prostymi rymami i opisami pracy gwarków. Mocno znużony
zwiedzaniem kopalni Jan Wolfgang zdawkowo pochwalił rymopisarstwo Boscampa.
I to chyba sprawiło, że Henrietta tak nachalnie zaczęła zagadywać gościa.
Wypytywała go o nowinki ze świata. O to co Jan Wolfgang obecnie pisze. Gdy
usłyszała, że po ostatniej podróży do Wenecji napisał cykl epigramów włoskich,
rozanielona szczebiotała o swoim umiłowaniu włoskiej poezji mistrzów Renesansu.
Mocno znudzony Jan Wolfgang zainteresował się dopiero rozmową z Henriettą, gdy
ta zapytała go o „Cierpienia młodego W”. Chyba tylko z miłości własnej, a i z
powodu ciekawości wsłuchiwał się w zachwyty swoim młodzieńczym dziełem.
Nie przypuszczał Jan Wolfgang, że po kilkunastu latach może jeszcze kogoś
fascynować jego miłosna opowieść o żałosnym samobójcy. Sam już od dawna uznał
miłość za siłę niszczącą człowieka. I wcale nie było mu w głowie naśladować ani
nikogo namawiać do pójścia w ślady nieszczęsnego kochanka. Tymczasem ta młoda
osóbka o niewinnych różowych usteczkach, oczach jak fiołki, kręconych jasnych
włosach aż piała z zachwytu nad głębią miłości.
- Chciałabym spotkać w życiu kogoś, kto pokochałby mnie tak mocno, że gotów
byłby umrzeć z tego powodu – rozmarzyła się Henrietta.
- Śliczna panienko, trudno ci będzie kogoś takiego znaleźć w tej krainie
górniczego trudu i ludzi myślących konkretnie, gdzie w cenie są skarby
wydobywane z trzewi ziemi i wszystko to co temu służy. Sądzę nawet, że
otaczający cię młodzieńcy bardziej uwielbiają oglądać maszynę ogniową
odwadniającą złoża kruszców niż twoją ponętną kibić – zbił ją Jan Wolfgang nieco
żartobliwie z tropu.
Ale żartobliwy ton poety jeszcze bardziej rozochocił panienkę do poważnych
rozmów. Wydęła zalotnie usta, nabrała powietrza w płuca i z falujących nerwowo
piersi wyrzuciła cały potok słów. Mówiła tak szybko, że sam Jan Wolfgang ledwo
nadążał za tokiem jej myśli.
- To właśnie wśród ludzi prostych można znaleźć najszczerszych miłośników. Nie
są oni jak dworacy zmanierowani sztuką i wykwintnością życia. Prosty wieśniak
czy gwarek mocniej potrafi pokochać, dlatego zamiast zachwycać się
wyrafinowanymi grami miłosnymi powinieneś panie więcej uwagi zwrócić na tychże
zwykłych ludzi – urwała nagle i łapczywie łykała powietrze ustami.
Jan Wolfgang żachnął się gwałtownie. Lekko uniósł na rzeźbionym krześle i
opadając nań łokciem potrącił szklanicę z piwem. Spieniony płyn rozlał się po
stole, mocząc obrus. Prawie natychmiast podbiegł jakiś sługa i aksamitną ścierką
przetarł blat, a na plamę narzucił małą haftowaną serwetkę. – Pardon – wybąkał
Jan Wolfgang. Sam nie wiedział, dlaczego odezwał się po francusku. Może chciał
być bardziej elegancki. Kiedy zaczął mówić, Henrietta była już spokojna i z
zaciekawieniem wsłuchiwała się w jego słowa.
- Ja wybrałem zwykłą robotnicę z manufaktury za towarzyszkę życia, dlatego nie
wierz panienko w literaturę, bo to są piękne słowa i marzenia o szczytnych
ideałach przelane na papier – odparł po cichu. Nawet nie był pewien czy w gwarze
panującym w biesiadnej sali dobrze go usłyszała. Sięgnął po kielich i pociągnął
spory łyk wina, chłodząc rozpalone gardło i nawilżając wysuszone usta. W tej
samej chwili pomyślał o swojej o wiele lat młodszej od niego Christine, zwykłej
robotnicy z wytwórni kwiatów, z którą był już prawie dwa lata. To nic, że
odrzucili ją mieszczanie i dworacy, nawet rodzina, kiedy właśnie ją sobie
upodobał i nie zamierzał z nią rozstawać. Ale czy warto o tym opowiadać tej
panience z mieściny na krańcach królestwa. Czy jest w stanie zrozumieć jego
wybór, skoro tak bardzo wierzy w miłość. A przecież jego to uczucie po wielokroć
zawiodło na manowce.
Już w dzieciństwie zawiódł się na ukochanej Małgorzacie. Poświęcił się dla niej
zeznając przed sądem i ratując przed skazaniem, a ta przyznała, iż zawsze
traktowała go jak dzieciaka i pozwalała sobie jedynie pocałować go w czoło. A ta
Aneta, dla której napisał pierwsze miłosne wiersze. Dla niej też niewiele
znaczył. A potem miłość do Charlotty, którą nakłaniał do zerwania z
dotychczasowym narzeczonym. Bezskutecznie aż tak, że w końcu kupił im ślubne
obrączki i był świadkiem na ich ślubie. To tę historie opisał w „Cierpieniach
młodego W”, a samobójcę kochanka odwzorował z postaci przyjaciela, który targnął
się na swoje życie z niejasnych powodów. Może cierpiał na jakąś dziwną
chorobliwą melancholię. I potem zdziwiony dowiadywał się, jak wielu młodzieńców
po przeczytaniu jego miłosnej opowieści poszło w ślady samobójców. Ilu ubierało
granatowy frak ze złotymi guzami, żółtą kamizelkę i buty z cholewami, do tego
nosząc długie rozwichrzone włosy. Mimo woli uśmiechnął się Jan Wolfgang do
swoich myśli, bo sam tak chodził odziany. Ale z tego stroju teraz, po latach,
nosił tylko buty z cholewami i długie już posiwiałe włosy.
- Nie drwij już tak o panie. Nie kpij z naiwnej panny! – krzyk Henrietty wyrwał
go z zamyślenia.
- To nie tak jak myślisz panienko- usprawiedliwił się, trzepocąc gwałtownie
dłońmi.
Dostrzegł, że kolacja dobiegała już końca. Większość gości wstawała od stołu i
zmierzała do wyjścia. Na dworze zapadał już mrok i służący wnieśli do sali
świeczniki z zapalonymi świecami. Dodatkowo we wnęki w ścianach wsuwali
rozpalone łuczywa.
Jan Wolfgang uniósł się znad stołu. Skłonił lekko głowę w stronę swojej
rozmówczyni i zamierzał opuścić biesiadną salę. Wtem podbiegł do niego Filip
Boscamp i Wilhelm Reden, minister pruskiego króla, i ujmując z obu stron pod
ramiona powiedli z sali do sieni i po krętych kamiennych schodach do góry na
piętro do komnaty kominkowej. – Czeka nas jeszcze jedna niespodzianka miłościwy
panie! – wykrzyknął mu do ucha trochę już podpity Boscamp. Poetę rozeźliła
trochę ta nagła nachalność w końcu zupełnie obcych mu ludzi, a w swojej
kilkutygodniowej podróży z księciem weimarskim spotykał podobnych
prowincjonalnych urzędników bez liku. I co ciekawe jakoś wszyscy byli do siebie
podobni w tym przekonaniu o własnej wiedzy i ważności. Dlatego po wejściu do
sali na piętrze Jan Wolfgang z przekąsem rzekł coś na temat pożytków płynących z
kaflowych pieców i stosowania przeszklonych latarń, o których ci miejscowi
przemądrzali gwarkowie zapewne nie słyszeli. Taktownie pominęli milczeniem jego
cierpkie uwagi. Widocznie nie chcieli zrażać do siebie wielkiego poety i
ministra rządu księcia weimarskiego, a może obawiali się, że nie dotrzyma im
towarzystwa.
Kiedy Jan Wolfgang usiadł w rzeźbionym fotelu w rzędzie dla gości, zauważył, iż
księcia Karola Augusta nie było już w środku, podobnie jak kilku ludzi z jego
najbliższej świty. Ale obecność pruskiego ministra i dyrektorów urzędu
górniczego i tak w znacznym stopniu uświetniała spotkanie, na które licznie
przybyli miejscowi rektorzy, kapłani i górniczy urzędnicy. Zasiedli skromnie w
masywnych ławach z pulpitami, takich jakie zwykło widywać się w kościele. Widać
wszyscy oczekiwali zapowiadanej niespodzianki. I trzeba przyznać, iż udało się
miejscowym zaskoczyć Jana Wolfganga. W duchu poeta spodziewał się bowiem
jakiegoś wykładu naukowego na temat maszyn parowych lub kruszców zalegających
pod ziemią wokół miasta, a tymczasem ci dziwni gwarkowie zaproponowali mu
poetyckie zmagania. Aż prychnął ze złości, gdy Boscamp oznajmił to na głos
wszystkim zgromadzonym na piętrze budynku starostwa. Jeszcze dodatkowo ten
zabawny wieniec laurowy upleciony na kształt starogreckich wiszący na ścianie,
który miał być nagrodą dla najlepszego rymopisa. I to on znany w połowie Europy
poeta miałby stawać w poetyckie szranki z tymi kopaczami rud, oburzył się w
myślach Jan Wolfgang.
Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, już na środku sali sam Filip Boscamp
recytował rozwlekły poemat o ziemi gwarków i lasów, gdzie sowy puchają a woda
spływa podziemiami. Nagrodzony brawami Boscamp ustąpił miejsca swojej córce,
która z uniesieniem wykrzyczała miłosny wierszyk o pasterzu i rusałce z rybnej
rzeczki. Owe popisy przeplatane były brawami publiczności. I to siła oraz
długość oklasków miała decydować o przyznaniu wieńca laurowego. Jan Wolfgang
zapamiętał jeszcze tylko kantora z miejscowej ewangelickiej fary, który wygłosił
nie za długi wiersz o Boskiej chwale, oraz tego dziwnego radcę górniczego. Zwał
się Georg de Geselius i co Jan Wolfgang odnotował w pamięci cały czas snuł się w
jego pobliżu zarówno na kopalni jak i na uczcie w starostwie. Szczególnie
uważnie przysłuchiwał się dyspucie poety z Henriettą, której był narzeczonym.
Jan Wolfgang nawet podejrzewał, że de Geseliusa jest po prostu zazdrosny o
wybrankę swojego serca. I tu się mylił. Pojął dopiero teraz, czemu miały służyć
te podchody i podsłuchy. Wcale nie chodziło o kobietę, jemu chodziło o poezję i
o umiłowanie swojego miasta. Właśnie takie uczucia wyraził, gdy recytował:
Choć na rubieżach państwa, lecz jeszcze przy wykształconych ludziach
Co nam z pychą i z prostej dziwaczności
Niebezpieczny poeto ubogiego Wertera zarzuciłeś
Znajdziemy to, co nam wielkodusznie zostawiłeś
I co więcej warte niż żart lub dworne drwinki
Przez światło rozumu na podstawie poczciwości
Co dla prawdziwego szczęścia najbardziej wykształconych ludzi
Lepiej by było, żebyś ty zostawił w ziemi ukryte!
Jan Wolfgang zbladł, gdy usłyszał tak prostacki atak na swoją osobę. Z trudem
opanował złość. Wiedział, że nie może nieroztropnym wybuchem gniewu dostarczyć
kolejnych argumentów temu marnemu górniczemu wierszoklecie, któremu wydaje się,
że przejdzie do historii, atakując wielkiego poetę. Zżymał się, bo mowa wiązana
de Geseliusa nadawała się do wygłaszania na gwareckich jarmarkach albo karczmach
górniczych, tymczasem zachwyceni miejscowi oświeceni ludzie gromkimi oklaskami
nagradzali swojego rymopisa. Ich zachwyt sięgał zenitu tylko dlatego, że zwykły
radca górniczy zachwalał ich stan i rodzinne miasto.
Na szczęście Jan Wolfgang wrócił już do równowagi psychicznej i nie było znać po
nim śladu wzburzenia, gdy umilkły brawa i Boscamp poprosił o wygłoszenie
riposty. W sali zapadło milczenie po tej propozycji, słychać było jedynie
płonące w kominku drwa strzelające iskrami. Wszyscy obecni wbili spojrzenia w
poetę, zawiśli źrenicami na jego ustach. Nawet rozpromieniony aplauzem Georg de
Geselius z napięciem patrzył w twarz Jana Wolfganga.
- Doprawdy zasłużył na laurowy wieniec, wasz miejscowy bard. Chylę przed nim
czoła – powiedział donośnie Jan Wolfgang. Wzbudził tym niejakie rozczarowanie
górniczej braci. Spodziewali się jakiegoś poetyckiego pojedynku, fechtunku na
słowa, a tu tymczasem ten znany w Rzeszy poeta ustępuje pola jakiemuś zwykłemu
radcy górniczemu. Zdumienie zaparło wszystkim dech w piersiach. Z
niedowierzaniem spoglądali na siebie i poetę
- Pozwolicie moi państwo, że już opuszczę to szacowne grono, mocnom utrudzony
dzisiejszym dniem i z ochotą podążę na nocny spoczynek w łożu – dodał równie
głośno Jan Wolfgang.
Nikt nie ruszył się, żeby go zatrzymać, gdy samotnie podążył do drzwi. Stali
znieruchomiali wszyscy gwarkowie i wykształceni mieszczanie. Dopiero na dole w
sieni do Jana Wolfganga dołączył jego wierny sługa. Razem pomaszerowali
uśpionymi uliczkami Tarnowskich Gór do dworku przy górniczym trakcie.
Teraz, kiedy tak stał na polnej drodze i spoglądał na widoczne w dali
zabudowania Tarnowskich Gór, Jan Wolfgang pożałował swojej powściągliwości.
Jednak powinien podjąć rzuconą poetycką rękawicę. Zaimprowizować wierszyk, tak
jak to robił niejednokrotnie podczas biesiad. Wzbudzały przecież zachwyt wtedy
te jego krótkie improwizowane wierszyki zarówno na salonach jak i w zwykłej
karczmie. A tak ujdzie w Tarnowskich Górach za zadufanego w sobie dworaka i
narazi się na podejrzenia o twórczą niemoc. Przecież tak naprawdę to po cichu
podziwiał tych ludzi, którzy z dala od wielkich uczonych wykorzystywali do
wydobycia kruszców najnowszy wynalazek ludzkiej myśli: maszynę parową. To ta
nowoczesna przywieziona z Anglii maszyna ogniowa sprowadziła go do Tarnowskich
Gór, na krańce królestwa. W brulionie nakreślił sporo rysunków pary buchającej z
cylindrów, syczących kotłów rozpalonych na węglowych paleniskach. Nie omieszkał
naszkicować kół zamachowych i tłoków poruszających pompy, które osuszają złoża
podziemnych rud, żeby górnicy mogli wydobyć je z głęboko położonych pokładów. Ta
zionąca ogniem i parą maszyneria sprawiła, że po raz pierwszy w dziejach
ludzkości człowiek uniezależnił się od siły wiatru, mocy słońca i wody czy
mięśni zwierząt pociągowych. W takiej to małej mieścinie dokonywała się tak
wielka rzecz, dlatego uwiecznił ten fakt w szkicowniku dla potomnych.
- Panie! Jesteśmy gotowi do jazdy! – usłyszał nagle wołanie. Nawet nie wiedział,
ile czasu tak tkwił na polnej drodze, oddając się wspomnieniom. Ale z daleka
pochwalił woźnicę i jego pomagiera za błyskawiczną naprawę koła wozu. Omijając
kałuże podążył do powozu. Z ulgą usadowił się na siedzeniu dyliżansu. Ledwo
zasiadł w wozie, gdy z oddali rozległ się tętent końskich kopyt i czyjeś
wołanie. – Zaczekajcie na ważną wiadomość! – nawoływał jakiś młodzieńczy głos.
Jan Wolfgang wysunął głowę na zewnątrz. Po wyboistej drodze pędził w ich
kierunku młodzieniec na brązowym koniu. – Zapewne posłaniec od zaniepokojonego
księcia – mruknął pod nosem. Dopiero po zbliżeniu się jeźdźca do powozu poeta
zrozumiał, że to nie wysłannik księcia lecz pocztowy kurier z Tarnowskich Gór. –
W czym rzecz? – zagadnął młodzieńca, gdy ten zeskoczył z konia.
- Zacny panie, dyrektor kopalni przysyła mnie z prośbą o dokonanie na tym
karteluszku wpisu, który przykleimy w naszej kopalnianej księdze gości. Już
wielu znamienitych person tam wpisało swoje dedykacje – objaśnił jeździec cel
swojego przybycia.
- Wpisać mam wierszyk jak do dziewczyńskiego sztambucha – żachnął się poeta.
- Może być poezja – przytaknął posłaniec.
- Pal cię licho! – machnął Jan Wolfgang lekceważąco ręką.
Nie wysiadając z powozu, sięgnął po karteluszek trzymany przez konnego.
Wygrzebał z kieszeni pióro i po odkręceniu kałamarza zamoczył je w atramencie.
Już wiedział, co wpisze do księgi pamiątkowej kopalni Fryderyk. W mgnieniu oka
narodził się w jego umyśle wiersz będący odpowiedzią na wczorajsze pretensje
Georga de Geseliusa. Zamaszystymi ruchami ręki nakreślił na papierze kilka
krótkich zdań.
Z dala od wykształconych ludzi na rubieżach Rzeszy, co nam to pomoże
Skarby dobywać i szczęśliwie wynosić na światło dzienne
Rozum i rzetelność tylko wspomogą bo oboje są
Kluczami do wszelkiego skarbu który ziemia kryje
Pod wierszem napisał datę 4 sept. 1790 i podpisał się Jan de Wolfgang, chcąc w
ten sposób na odchodnym zakpić z dziwnej maniery zapisywania nazwiska przez
Geseliusa. Kiedy wysuszył atrament i podał młodzieńcowi na koniu, poczuł
niesamowitą ulgę jakby zrzucił z piersi młyński kamień.
- Jedźmy! Ktoś na nas czeka! – krzyknął do woźniców sadowiących się na koźle
dyliżansu. I nie czekając na podziękowanie posłańca, schował się we wnętrzu
powozu. Po chwili usłyszał głuchy stukot kopyt o ubitą ziemię na drodze,
oznaczający, iż posłaniec wyruszył do Tarnowskich Gór. Poczuł też nagłe
drgnienie powozu, który pociągnięty przez konie zaczął wolno turlać się do
przodu, w stronę odległych kopalni soli.
Ryszard Bednarczyk
|