|
Zwęglanie drewna odbywało się w jamach ziemnych. Układano w
nich warstwami polana, a na wierzchu kładziono zielone gałęzie. Stos taki
zapalano z boku, a kiedy już zaczął się palić, wierzch obkładano mchem i
przysypywano ziemią. Przy małym dostępie powietrza wypalanie trwało około 5 dni.
Węgiel z tego był miernej jakości przy dość dużym zużyciu surowca, którego
pozyskanie ówczesnymi prymitywnymi narzędziami było bardzo uciążliwe.

Mielerz wraz z szopą i narzędziami węglarza
Następna epoka, epoka żelaza, stawiała znacznie wyższe wymagania. Przede
wszystkim ogromnie wzrosło zapotrzebowanie na węgiel drzewny. Wiekowe
doświadczenia doprowadziły do tego, że zaczęto zwęglać drewno w naziemnych
mielerzach.
Wypalanie tym sposobem okazało się na tyle dobre, że sporadycznie stosuje się go
i dziś. Ważną przy tym rolę odgrywa, a raczej odgrywał, wybór miejsca pod
mielerz. Najodpowiedniejszy był grunt gliniasty z domieszką żwiru i piasku.
Ceniono sobie miejsca, mające spód przesuszony, więc częstokroć zakładano takowe
na dawniejszym stanowisku. Zaczynano od postawienia „duszy”, t.j. słupka, obok
którego umieszczano trzy u góry związane żerdzie. „Duszę” obkładano smolnymi
drzazgami, korą brzozową i suchymi gałązkami. Następnie przystępowano do
układania drewna, co wymagało wprawy i doświadczenia. Polana stawiano tak, by
jak najszczelniej do siebie przylegały i były pochylone w stronę środkowego
słupa pod kątem około 70°. Drobne luki i szczeliny wypełniano gałęziami lub
wiórami.
Już przy układaniu starano się uzyskać kopulasty kształt mielerza. Następnie
całość obkładano gałęziami i robiono „oponę”, czyli powłokę z darni, mchu czy
liści paproci i całość przysypywano ziemią, celem utrudnienia dostępu powietrza.
Na koniec wyjmowano „duszę” i pochodnią na długiej tyczce zapalano środek
mielerza. Wypał musiał być kontrolowany tak w dzień jak i w nocy. Dostęp
powietrza regulowano poprzez przebijanie w oponie otworów o średnicy około 3 cm
lub zasypywania spękanych miejsc. Trwał on, w zalezności od wielkości mielerza i
gatunku zwęglanego drewna, od tygodnia do całego miesiąca. Drewno suche zwęglało
się szybciej i dawało lepszy produkt, staranne i powolne zaś wypalanie
przynosiło więcej masy.
Dawni węglarze rozróżniali dwa gatunki węgla - twardy i miękki. Twardy
uzyskiwano z drewna dębowego, bukowego, grabowego i jesionowego, miękki
natomiast z brzozy, olszy, osiki i drzew iglastych. Dobrej jakości węgiel miał
(i ma) barwę błękitnoczarną, lśniącą, dawał się względnie łatwo łamać a przy
uderzeniu dzwonił. Palił się krótkim błękitnym płomieniem bez dymu, zapachu i
trzeszczenia.
Wypalanie nie mogło obyć się bez ognia. Od dawien dawna obowiązywały więc w tym
zakresie przepisy przeciwpożarowe. Te późniejsze z 15 listopada 1853 r. tak to
ujmowały w paragrafie 42. „Węglarz, który samowolnie wybrał miejsce pod mielerz
albo oddalił się na ponad 100 kroków od zapalonego mielerza, będzie ukarany
grzywną od 5 do 10 talarów. W razie powstania z tego powodu pożaru należy
postępować zgodnie z paragrafami 285 - 290”. Dmuchając na zimne, niektórzy
właściciele pozwalali w swych lasach tylko zimą wypalać węgiel.
Węgiel drzewny mierzono na worki (40 - 50 kg) i beczki o podobnym ciężarze
zawartości. Do przewozu zazwyczaj używano dużych koszy o wymiarach 5 x 2 i
wysokości ponad 1 łokcia (łokieć 0,628 m). Wchodziło do niego 8 worków lub
beczek. W hucie jednak przeładowywano to do mniejszych, bardziej poręcznych
koszy.
Hutnictwo było głównym odbiorcą węgla drzewnego - ale nie tylko. W średniowieczu
węglarze z okolic większych o rozwiniętym rzemiośle miast, mieli nawet obowiązek
sprzedaży swego produktu na targawisku.
Od tysiąca lat, a może już wcześniej, w południowej części Śląska węgiel drzewny
używano prawie wyłącznie do wytopu żelaza. Tu była Puszcza Świerklaniecko -
Lubliniecka i Bory Stobrawsko - Turawskie. Zresztą prawie wszędzie szumiała
puszcza, więc drewna było pod dostatkiem. Sprzyjało to rozwojowi hutnictwa.
Najpierw było to tzw. hutnictwo poligonowe. Gdzie znaleziono rudę, najlepiej w
pobliżu jakiejś rzeki lub wody, bo jej kawałki wymagały parokrotnego płukania,
tam wypalano węgiel drzewny i w ziemnych ocembrowanych dymarkach wytapiano
żelazo. Od XIV wieku zaczęto budować kuźnice, częstokroć z murowanymi już
dymarkami. Kuźnice zaś wznoszono nad rzekami i zasobniejszymi w wodę potokami,
do tego z groblami, spiętrzającymi w stawach wodę. Za pomocą koła wodnego
poruszała ona urządzenia miechów nadmuchu i młotów mechanicznych.
Zaprzestano używać niskowydajnych rud darniowych i zaczęto sprowadzać znacznie
wydajniejsze z Piekar, Miasteczka, Boronowa i innych miejsc. Węglarze zbyt mieli
zapewniony, jednak swój towar musieli przez pośredników dowozić do hut.
W kuźnicy warstwami układano węgiel drzewny i rudę, a nadmuch w rozpalonej
dymarce wytapiał żelazo. Po skończonym procesie spuszczano go do obok
znajdującej się niecki ziemnej. Tą zanieczyszczoną żużlem bryłę zwano „wilkiem”,
częściej jednak „bochnem”, bo przypominała bochenek chleba. Bryłę tą
wielokrotnie przekuwano aż do uzyskania żelaza kowalskiego, nadając mu kształt
sztaby. Ulepszanie tego produktu następowało w fryszerkach, czyli świeżarkach,
poprzez wyżarzanie czy ponowny przetop. Podnosiło to jednak znacznie zużycie
węgla drzewnego.
Teraz zróbmy krótki rachunek.
Do wytopu 1 tony żelaza wraz z procesem świeżarkowym potrzebne było około 9 ton
węgla drzewnego. Do uzyskania zaś 1 tony takowego, zużywano 5 - 6 m3 drewna
średniej jakości. Tak więc wyprodukowanie 1 tony żelaza pochłaniało około 50 m3
drewna.
Od połowy XVIII wieku przez całe stulecie nad górnym biegiem Małej Panwi, nad
Stołą i Liswartą pracowało przeszło 50 kuźnic i kilkanaście wielkich pieców. Nic
więc dziwnego, że w niektórych lasach prawie całość rocznych cięć przeznaczano
do zwęglania. Tak było np. w dobrach koszęcińskich, do których też od roku 1826
należały lasy tworogowskie (było tu 8 zakładów hutniczych).
W latach siedemdziesiątych XVIII wieku zaczęły z Anglii napływać wieści, że tam
do wytopu żelaza używa się koksu. Dyrektor Wyższego Urzędu Górniczego hr. Reden
sprowadził tu paru angielskich inżynierów, by zapoznać się z nową technologią.
Pilnego współpracownika znalazł w osobie Jana Ferdynanda Koulhaasza, kuźnika z
Kuczowa.
Pierwsze próby koksowania górnośląskiego węgla, a robiono to w zwykłych
mielerzach, wypadły niepomyślnie. Istniejące kopalnie wydobywały węgiel nie
nadający się do koksowania. Koulhaasz zaczął więc szukać i koło Bytomia natrafił
na właściwy. Teraz, po paru próbach, bezproblemowo wytopił stal, poprzednio
której wyprodukowanie było raczej dziełem przypadku, a nie umiejętnościami
mistrza kuźniczego. Koulhaasz, 3 km poniżej Kuczowa, wybudował stalownię i tam
osiadł. Władze natychmiast miejsce to nazwały Stahlhammer.
Są to dzisiejsze Kalety.
Ciągły postęp doprowadził do tego, że prymitywne kuźnice i inne małe zakłady nie
potrafiły sprostać konkurencyjności dużych hut. Maszyny parowe zastąpiły koła
wodne, a wielkie piece na koks oraz nowe technologie w procesach hutniczych,
wyparły z rynku liche żelazo z kuźnic. Ostatecznie z końcem 1883 r. całkowicie
zanikło hutnictwo nad górnym biegiem Małej Panwi i jej dopływami.
Węgla drzewnego nikt już tu nie potrzebował.
Edward Goszyk
|