|

Utopiec stróżował u wylotu tarnogórskiej sztolni „Fryderyk”,
dlatego wszyscy zwali go Frycek. Sztolnia ta odwadniająca kopalnie rud rejonu
Bobrownik Śląskich i Suchej Góry odprowadza wody podziemia do nurtu rzeki Dramy
tuż przed Zbrosławicami. Pilnujący tego miejsca nie może dopuścić do
przedostania się tą drogą na powierzchnię ziemi niepożądanej istoty. To, co
gnieździ się pod ziemią niech tam pozostanie, wszelkie robactwo i duch wszelaki,
tak jak to, co stworzone dla powierzchni najlepiej niech na niej sobie żyje. W
przeciwnym wypadku, gdy przyjacielu zaburzysz ustanowiony ład - nieszczęście
murowane. Kiedy przez nieuwagę straszydło jakieś na wierzch się przedostanie,
wiele czasu upłynie zanim świat do normy wróci. Człowiek powinien pod ziemię
wchodzić dopiero po śmierci. Jeśli gwarku kopiesz krecie chodniki w poszukiwaniu
skarbów - zamiast bogactwa możesz znaleźć także wiele przykrych niespodzianek, a
pierwszą jest rychłe skonanie! Ile nieszczęść ludzkich zapisano na krzyżach
nagrobnych tarnogórskich cmentarzy, tego nie zliczy nikt, nawet najlepszy
olbornik, a jemu nie umknie w liczeniu najmniejszy nawet urobek. Chociaż, kto
wie, czy urzędnikowi temu chciało by się liczyć gwarkowskie nieszczęście, bo dla
niego tragedią jest jedynie strata zysku, a nie któregoś z mrowia śmierdzących
kopaczy.
Jeśli nie spotkał gwarek pod ziemią śmierci, to jego szczęście, ale na pewno
dokopać musiał się wody, wszędobylskiej wilgoci, która psuła gwarkom robotę i
zdrowie. Mogli także gwarkowie natknąć się nieraz w kopalnianych labiryntach na
skarbnika - wartownika podziemnych zasobów, któremu należy zawsze po
przyjacielsku przytakiwać i ustępować drogi, a najlepiej w żadne konszachty nie
wchodzić. Głównie z powodu skarbnika musiał utopiec Frycek wachtować, bo ten bez
wyraźnej potrzeby na wierzch nie wychodzi. Jeśli chce wyrównywać porachunki z
gwarkami niechaj to robi pod ziemią. Ruda pazurami, bez mała wyszarpana skale
dawała im i ich rodzinom jeść oraz co na grzbiet założyć, ale to, co ich pod
ziemią gnębi, oraz wszelkie moce skarbów pilnujące niech do słońca się nie
pchają, niech gwarkom na powierzchni przynajmniej dają święty spokój, chwilę
wytchnienia przy piwie w szynku, przy żonie i dzieciach w domu.
W pogodny dzionek stróżował utopiec jak zwykle u wylotu sztolni. Leżał w cieniu,
nogi moczył w strumyku. Od czasu do czasu w garście nabierał wody, zraszał nią
krzaki, aby opadające na łeb krople chłodziły rozpalone czoło. Jednym okiem
wwiercił swój wzrok w czerń sztolni. Woda wypływała z podziemia zmieniając
momentalnie na słońcu swoją tonację głębokich szarości i połyskującej czerni.
Tuż za kratą wmurowaną dla bezpieczeństwa w otwór sztolni, robiła się mieszaniną
kryształowych błysków, a nabierając jeszcze dodatkowo ochoty do śpiewu szemrała
orzeźwiające murmurando
Drugim okiem łypał Frycek na żonę, która gotowała obiad. Panierowała łopianowe
kotlety na mrowisku, a zapach leśnej zupy aromatyzowanej dzikim czosnkiem
doprowadzał do obłędu jego apetyt. Całość kucharskiej magii poprzedzająca
posiłek stanowi najlepszą przyprawę. Utopiec nigdy nie grymasił przy jedzeniu,
uważał żonę za najlepszą kucharkę w świecie demonów.
Gdy tak dojrzewał do spożycia obiadu wdychając zapachy, coś niepokojącego
zauważył u wylotu sztolni! W czeluściach zamigotało światełko gwarkowskiej
lampki, a potem za kratami ukazała się postać! Utopiec rzucił się do wody i
przemieniony w gibką rybę podpłynął do krat. Tu natychmiast wrócił do dawnej
postaci przyjmując pozycję gotowości do bójki. Wracaj! - warknął do kogoś, kto
stał w chodniku. - Nikt cię tutaj nie chce, wracaj, bo zawołam pomoc.
- Szczęść Boże Utopku!
- Boga nie wzywaj na daremno, ale kiedy mi dobrze życzysz, ja ci życzę jeszcze
lepiej, żebyś sobie poszedł z Bogiem, czy bez do swojego świata.
- Daj spokój - zjawa odzywała się metalicznym głosem. Był to Skarbnik w
przebraniu starego gwarka. Siwowłosy, brodaty, najprawdziwszy Skarbnik z kopalni
srebra!
- Przyszedłem tylko poradzić się w ważnej sprawie. Sowicie się odwdzięczę.
- Jedną radę już ci daję bez zapłaty. Wracaj! Naprawdę, wracaj!!!
- Posłuchaj złośniku. Wiem, że całe życie spędzasz w wodzie, powiedz, czy ona ci
nie szkodzi?
- Nie szkodzi! To wszystko, co chcesz wiedzieć?
- Gwarkowie też tak mówili - Skarbnik nie dawał za wygraną. - A mnie od tej wody
w kopalni skręca w krzyżu. Ledwo się tutaj dowlokłem. Pomóż mi, a odpłacę ci
czystym srebrem.
Utopiec najchętniej odesłałby go do wszystkich diabłów, ale odrobinę żal mu się
zrobiło demona. Sam bowiem mając przepuklinę wiedział, co znaczy choroba.
Obiecane srebro też kusiło.
- No, co? Wiesz jak mi pomóc? -zapytał Skarbnik.
- Nie! Jeszcze nie wiem, ale się zastanowię - odpowiedział mądrze, bo tylko
mądra istota potrafi się do niewiedzy przyznać. Intensywnie myślał, jak
postąpić. Zrobi z niego durnia, to odechce się Skarbnikowi przychodzić, a jeśli
pomoże? Srebra zarobionego nie zmarnuje?
Drapiąc się po głowie, bo niezawodnym jest to sposobem ruszenia pomyślunku, w
końcu wymyślił - mrówki. Unikalny sposób na wszystko - myrmekoterapia - pomogła
już niejednemu. Otworzył więc kratę, Skarbnik wyszedł i mrugał oczyma, bo
oślepiło go słońce. Utopiec widząc niezgrabne ruchy jego obolałego ciała pomógł
mu zrobić kilka kroków w kierunku mrowiska. Skarbnik szedł niezbyt ochoczo, bo
pomijając dolegliwości, był na tyle mądry, żeby nie ufać utopcowi do końca.
- Chodź Skarbniczku, chodź, zaraz poczujesz się lepiej. Kiedy doszli do celu
Frycek kazał choremu wstrzymać oddech i zamknąć oczy, a potem z całej siły
pchnął go w sam środek mrówczej społeczności. Co się działo, trudno opisać.
Określenie „piekło na wodzie” może obrazować część tego widowiska. Mrówki
oblazły Skarbnika. Były wszędzie! We włosach, w brodzie, pod ubraniem. Miotał
się jak opętany i wył jak stado wilków. A przekleństwa, jakie usłyszał utopiec!
Czego tam nie było, same soczystości, skąd Skarbnik znał takie wyrazy?
Strząsając z siebie mrówki pognał duch kopalni w kierunku sztolni.
- Chyba mu pomogło - rzekł Frycek do żony śmiejąc się, aż mu przepuklina
bulgotała.- Leciał jak młodzik jaki. Niewdzięcznik! Nazwał mnie rozdeptaną
ropuchą.
Następnego dnia na środku mrowiska znalazł utopiec garniec czystego srebra. To
była zapłata za wielką przysługę oddaną Skarbnikowi. Władca i dozorca
kopalnianych skarbów poczuł się lepiej, ba, całkiem dobrze. Dolegliwości
wprawdzie miały nawroty, ale ta terapia skutkowała zawsze. Między dwoma demonami
wywiązała się nić porozumienia, która mogła trwać wieki całe, ale jak to w życiu
bywa licho nie śpi.
Jednym z felerów Frycka była przepuklina. Jeśli bardzo mu dokuczała trzeba ją
było wpakować do brzucha. Stosował wtedy prostą terapię - zamieniał się na kilka
dni w nietoperza i zwisał nogami do góry. Najczęściej wieszał się w reptowskiej
wieży kościelnej - dla bezpieczeństwa przed innymi demonami, które miejsc
poświęconych się boją.
Zdarzyło się, że w czasie, gdy utopiec przebywał na kuracji w Reptach, Skarbnika
także złapała niemoc. Wyszedł na zewnątrz kopalni i zamiast na swojego
uzdrowiciela natknął się na zastępujących Frycka w obowiązkach jego synów.
Rzadko można było ich spotkać na brzegu, bo całymi dniami straszyli ryby w rzece
i podglądali córki sąsiada. Obolały Skarbnik wyłuszczył im swoje potrzeby, a oni
będąc z natury okrutnymi niegodziwcami w lot zrozumieli, że okazja się
nadarzyła, aby nabić kabzy.
- Z całym szacunkiem dla wiedzy naszego ojczulka stwierdzić musimy, że są
lepsze, nowsze metody leczenia reumatyzmu - rzekł jeden z nich robiąc tak mądrą
minę, że Skarbnik uwierzył.
- Przyjdź waćpan jutro, a otrzymasz lek doskonały.
Kiedy Skarbnik zjawił się następnego dnia poczęstowali go mocnym trunkiem. Czy
był to sam miód półtorak, czy pomieszany z ziołami, nie wiadomo, ważne, że
Skarbnik nigdy nie pijący mocnych win upił się i jak dziecko zasnął na brzegu
Dramy. Wtedy synowie utopca zaczęli wynosić tarnogórskie srebro, a że każdy
przestępca jest nad wyraz zachłanny robota przeciągnęła się. Skarbnik po jakimś
czasie przetrzeźwiał. Zobaczywszy, co się dzieje wpadł w gniew. Przemienił
niegodziwców w ryby, w czarne pstrągi i na wieki uwięził w sztolni.
Kiedy Frycek wrócił z leczenia zapłakana żona opowiedziała mu o całym zdarzeniu.
Utopiec bardzo się zmartwił i chciał sprawę załagodzić. Długo mógł sobie wołać
przez kratę na Skarbnika! Duch obraził się na dobre i już nigdy nie pokazał się
w wylocie sztolni. Całe skarby tarnogórskich podziemi schował tak, że gwarkowie
zbyt wielkiej korzyści z pracy nie mieli. W efekcie upadło górnictwo w
Tarnowskich Górach, ludzie jednak żyją, razem z nimi żyją wszystkie demony, a
czarne pstrągi do dziś pływają w tarnogórskiej sztolni.
Jan Drechsler
Utopce Doliny Dramy, Zbrosławice 2005
Rys. Mirosław Ogiński
|