|
O szlachetnym pochodzeniu księdza Kokota już wiemy, jego
exlibris eksponowany w książkach będących jego własnością ukazuje nam co czytał
i co kupował do swojej biblioteki. Kupował nie tylko dzieła pisane łaciną,
dotyczące życia religijnego, nabywał też wszelkie nowości, a poezje, które
często czytał parafianom, jego samego fascynowały. Uwielbiał Goethego, posiadał
dużo jego dzieł.

Książki z biblioteki ks. Kokota
Wypożyczał też każdemu, kto o to prosił książki, tak, że musiał założyć
specjalny katalog i rejestr wypożyczających. Powstała więc prawdziwa biblioteka.
Zamawiał też książki dla dzieci i młodzieży, na półkach znalazło się dużo
klasyki. Przeważały książki niemieckich pisarzy, ale było też wiele polskich
autorów.
Z Niemiec, gdzie często jeździł, przywoził ogromne paczki, co parafian
szczególnie cieszyło, bo „będzie co czytać” mawiali.
Katoliccy Polacy mogli liczyć na księdza, który otaczał ich opieką szczególną,
próbował integrować środowiska.
Sam wydał zeszyt z pieśniami ślubnej procesji do Piekar, oraz książeczkę
modlitewną dla Bractwa św. Barbary.
Ksiądz nie dbał o dobra doczesne dla siebie, aczkolwiek otaczał się przedmiotami
wyjątkowej urody. Piękne meble, srebrna zastawa, kryształy, mógł to mieć, bo w
spadku rodzinnym otrzymał tyle, że mógł sobie pozwolić na pewien luksus. Wybrał
życie skromne. Kiedy cały swój majątek przeznaczył zakonowi O.O.Kamilianów,
ludzie, którzy często wytykali mu posiadanie jakichś dóbr, zrozumieli, że był
księdzem z powołania. Oddał więc oprócz pieniędzy ze spadku, piękne meble,
srebrną zastawę, obrazy i ukochaną swoją bibliotekę - a było tego wieleset
tomów.
Dzięki przekazanemu majątkowi i składkom śląskich sponsorów, hrabiów,
właścicieli kopalń i zapisowi ks. Nerlicha, udało się wybudować zakład dla
uzdrowienia nałogowych pijaków.
Naużerał się schorowany ksiądz z ludźmi przeciwnymi budowie tego zakładu. Ale
kiedy w czerwcu 1907 roku zakład uroczyście poświęcono, był szczęśliwy. Pochód,
który wtedy wyruszył z miasta, nie miał sobie równych do dnia dzisiejszego.
Zablokował wtedy plac Wolności, aż po nowo wybudowany Zakład. Z przekazów
wynika, że księdza Kokota siłą wpakowano do powozu hrabiego Donnersmarcka, był
już bardzo chory, źle się poruszał.
Był duszpasterzem od 1896 roku do chwili swojej śmierci 26 lutego 1908r. Przez
wiele godzin ludzie stali na mrozie, by dowiadywać się o stanie zdrowia
ukochanego księdza.
Kiedy ogłoszono jego śmierć, zaszlochało miasto na placach i ulicach.
Na cmentarz św.Anny gdzie został pochowany odprowadzało go tylu parafian, że
trzeba było regulować ruch. Pielgrzymki wędrowały na cmentarz przez wiele
dni.Paliły się świece, rozmodleni parafianie żegnali swego pasterza.
Ksiądz Kokot zasłynął z jednej ludzkiej cechy, której niestety pozbawieni są
niektórzy nasi duchowi przywódcy. Był otwarty w rozmowach z ludźmi, nie odmówił
spotkania z biedakami, i słuchał co mają do powiedzenia. I pomagał. Dożywiał
biedaków, biednym dzieciom kupował tabliczki i rysiki do szkoły, często też
buty.
Jeszcze w latach 50-tych XX wieku żyło wielu parafian, którzy pamiętali księdza,
słyszeli też opowieści swoich rodziców i dziadków.
Popularny „Kokotek” lub „Hahn” przetrwał w pamięci.
Ojciec Alfred Karch, znany Kamilianin urodzony w Świerklańcu,wiele lat później
zainteresował się życiem księdza Kokota. To Ojciec Karch uratował kilka pamiątek
po księdzu, wspaniały secesyjny kredens z witrażykami, zastawę, trochę książek,
porcelanę, dokumenty.
Pokazywał te pamiątki w refektarzu w Parafii w Taciszowie.
Mówił wtedy: „Takim księdzem chciałem zawsze być”.
Książka z numerem katalogowym 242 ma przepiękną okładkę. Wydana w 1872 ma tytuł
:”de lutte Pudel” Hanne Nute. Wydana jest bodaj w gwarze westfalskiej. Z tego
wynika, że ksiądz Kokot znał tę gwarę, inaczej nie kupiłby tej pięknej książki
tylko dla samej okładki.
A znalazłam ją w stercie zakurzonych niemieckich książek w antykwariacie.
Kupiłam ją by oddać hołd tarnogórskiemu księdzu, skromnemu, dobremu człowiekowi,
który zmarł blisko 100 lat temu.
Gabriela Horzela - Szubińska
|