|
Piekarnia Johanna Balli
Leży przede mną stara fotografia z 15 marca 1948r. wykonana przez znanego fotografa tarnogórskiego Adamka. Któż Go nie znał? To dzięki zawodowym fotografom, możemy dziś oglądać stare domy, bo nikt nie robił swoim aparatem zdjęć zrujnowanych chat, czy innych starych domów. Adamek i Melcer w swoim dorobku mieli dużo takich zdjęć.

Dom przy ul. Gliwickiej 9
Budynków, które fotografowali dla pamięci potomnych już nie ma. Choćby ten widoczny na zdjęciu w czasie jego ostatecznego upadku przy ul. Gliwickiej 9. Obecnie w tym miejscu jest targowisko.
Chata kryta była gontem, potem papą. W 1948r. dach się ostatecznie zawalił, odsłaniając komin piekarni, która tam od lat funkcjonowała.
Właścicielem budynku i piekarni był Johann Balla. Informacje te można znaleźć np. w Adressbuchu znanego drukarza i handlowca Adolpha wydanego w 1909r. Jest to prawdziwa skarbnica wiedzy o dawnych Tarnowskich Górach. Z adresów i reklam dowiadujemy się o życiu miasta i okresie jego wielkiej prosperity.
Wróćmy do starej chaty ze zdjęcia. Piekarz Balla słynął z dobrych wypieków, a do jego sklepu po kołoczki i mohnkranze przybywali ludzie z różnych okolic. Obok w tym samym budynku miał sklep rzeźnik Karol Piwowarczyk, potem 2 izby wynajął zegarmistrz Bayer.

Ruina dawnej piekarni
Balla dał się poznać jeszcze w czasie I wojny światowej. Przetrwała pamięć, choćby ze względu na jego szlachetność. Udzielał pomocy biednym, rozdając chleb. Miał także „księgę”, w której zapisywał towary brane na „borg”. Piekarze w czasie wojny zawsze mieli ten sam dylemat. Nie potrafili odmówić chleba głodnym ludziom. Jeśli rzeźnik przeznaczył kości, czy podroby na ten sam cel, można było jakoś przeżyć.
I wojna światowa wspominana była przez ludzi, nie tylko, iż rodziny traciły na niej swoich bliskich, ale także że głodowano.
Warto przytoczyć kilka takich zdarzeń, jakie zapisały się w pamięci starych tarnogórzan. W opowieściach tych, kobiety widziane są, jak ratują swoje rodziny przed głodem w różny sposób. Władze dbały o wojsko. Ludność cywilna zdana była na siebie. Przydział żywności na kartki był marny. Kwitł więc handel wymienny. Swoista kontrabanda miała charakter wręcz charytatywny.
Kobiety wyjeżdżały więc pociągiem do miejscowości, gdzie na targu można było wymienić sukienkę ślubną, czy męski garnitur na żywność. W Siewierzu i Zawierciu proponowano kiszoną kapustę, maślankę, ser czy masło, czasami świńskie łby, słoninę czy drób. Przywożono owoce i ziemniaki. Masowo przywożono łój, którym kraszono grochówki, wodzionki i inne śląskie proste potrawy.
Na stacji w Tarnowskich Górach żołnierze nie próżnowali. Odbierano często przywożone towary. Były przygotowane pojemniki na kiszoną kapustę i maślankę. Przez długi czas tarnogórzanie bawili się opowieścią jak to jedna z kobiet na pytanie, znudzonego ciągłym odbieraniem i wylewaniem z baniek kapusty i maślanki żołnierza, „Czy to jest maślanka?”, odpowiedziała: „Tak!”. Okazało się jednak, że to była kapusta. Pojemnik trzeba było opróżnić.
Rodziny by przeżyć chodziły na wykopki. Dominia Donnersmarcków na Segiecie, pola nakielskie i pod Radzionkowem były oblegane prze dzieci i starszych. Przekopywano pola, aby znaleźć kartofle, marchew, buraki. Kłusownictwo dawało czasem zająca, bażanta lub nawet sarnę. Zarządca na koniu ze szpicrutą był postrachem. Do kłusowników strzelano.
Piekarza Ballę i rzeźnika w domu przy ul. Gliwickiej dziś nazwalibyśmy sponsorami.
Nawoływania czeladników, gwar i stukot końskich kopyt na ulicy to przeszłość, ale czy musimy zapominać ostatecznie? Zadumajmy się nad przeszłością, utrwalajmy ją w pamięci i przekazujmy młodym. Warto było jeszcze wykonać zdjęcie ruiny, starego budynku przeznaczonego na rozbiórkę. Jego jeszcze piękną fasadę z festonami, jakąś figurą, czy zdobienia naczółkami. Nie zamykajmy za sobą drzwi, których nikt inny już nie otworzy.
Gabriela Horzela-Szubińska
Roman Wolniszewski
Rycina i zdjęcie ze zbiorów autorów |