|
Śląska Wielkanoc
Moje wspomnienia z dzieciństwa są zawsze związane ze wzruszeniem. Tradycje moich Babć, Ciotek i Matki, żyją w mojej rodzinie do dziś, chociaż wiele osób już odeszło. Została jednak tradycja, a wraz z nią pamięć o bliskich, a nieobecnych. To jest w niej najpiękniejsze we wszystkich dziedzinach życia.

Od wczesnego dzieciństwa pamiętam moja babkę Bertę. Ubrana w śląski strój, na co dzień skromny i wygodny, a bardzo strojny w niedzielę, była ślązaczką, która prezentowała sobą prostą wiejską kobietę, a jednocześnie oczytaną i inteligentną szlachciankę.
Widzę Ją siedzącą przy żelaznym piecyku - żeleźnioku, a zbliżały się święta wielkanocne, pochylona nad zdobieniem ugotowanych uprzednio w łuskach cebulowych jajek - kroszonek. Kroszonki skrobało się ostrym narzędziem we wzory, które znajdowano zarówno na starej porcelanie, malowanych fartuchach, jak i starych wzorach przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Były też zawsze jajka ze wzorami zajączków, piskląt i palemek. Te wręczało się chłopcom od dyngusu.
Zapach migdałów roznosił się po izbach. Robiono po kryjomu marcepan. Według starej, acz współcześnie trochę zmienionej receptury. Lepiły Babcie ręcznie bez foremek, śliczne zajączki, jakieś kury, jajeczka ozdobione różyczkami, koszyczki, a nawet świńskie łby, które wręczano co bardziej niesfornym dzieciom w czasie wielkanocnego święta.
Taki świński łeb, otrzymał swego czasu dziadek. Oj, było wesoło!
Na Wielkanoc w pierwsze święto, jeszcze przed wojną, za oknami łąka mojej Babci był zielona i ukwiecona, a blisko domu wił się przez ogród czysty strumień. Mosteczek na nim był z brzozy, a kwitnące wokół wiosenne kwiaty dawały wrażenie sielanki i poczucie bezpieczeństwa.
Familia wraz z sąsiadami, zaczęła już wcześniej przygotowania i ruszyła z miotłami w obejścia. Zamiatano, a był to rytuał obowiązkowy, wszędzie, gdzie tylko można było. Bielono zabudowania, czyszczono podwórka, place i rynsztoki, a każdy właściciel posesji musiał zamieść połowę ulicy przy której miał dom. To zresztą robiono w każdą sobotę przez cały rok.
W oknach czysto umytych, wykrochmalone białe, haftowane firanki lub obszyte koronką, te wisiały w kuchni. Szydełkowane wisiały w pokojach. Podłogi lśniące, wypastowane lub wyszorowane do białości „Dylówki”. Na podłogach dziergane przez gospodynie dywaniki. Dzieci pomagały chętnie. Przynosiły wodę z pobliskiej pompy w konewkach, zanosiły w słomiankach chleb do piekarza i potem przynosiły go upieczony z powrotem, oblizany ze wszystkich stron z mąki. Pachniało kołoczem i wędzonką. Gęś pod stołem
wysiadywała jaja i syczała na nas.
W Wielki Piątek, wczesnym rankiem ja, siostra i brat (tacy co rok to prorok) wyrzucani byliśmy z łóżek. Myć się w potoku - wołała Babka Berta i wymachiwała ręcznikiem. Mycie odbywało się przy akompaniamencie okropnego wrzasku, woda była lodowata, a brat Zbyszek zjechał razu pewnego z glinianego brzegu i zanurzył się po szyję. Jak tradycja to tradycja.
Wrzucaliśmy jeszcze witki do wody. Miały płynąć daleko, bardzo daleko, za siedem rzek i wzgórz. Pamiętam kiedyś, a potok był silnie wezbrany, mojego brata, który postanowił wyruszyć w rejs w starej drewnianej balii z klepek, którą wyciągnął z zakamarków szopy, pamiętającej jeszcze pradziadków. Spuścił ja na wodę , brat szybko wsiadł i równie szybko zobaczyliśmy dno balii. Łopatka do węgla - miała służyć za wiosło - gdzieś znikła, a brat opity rudą wodą został wyciągnięty na brzeg.
Nie wiem dlaczego, ale najpiękniejsze chwile i najpiękniejsze kroszonki zapamiętałam z 1943r. Nie było wówczas wędzonki, zajączków z marcepanu, nie było Ojca. Matka z trójką dzieci zdana była tylko na siebie - ojciec był żołnierzem karnej, niemieckiej kompanii. Matka zdobyła u sąsiadów 3 jajka (pracowała u gospodarzy za różne wiktuały), ugotowała i pomalowała kredkami. Tradycyjnie większość członków rodu to niedzielni malarze, więc kroszonki były śliczne. Położone w rozwidlonych korzeniach
kasztanowca, nad tym strumykiem, wyglądały jak baśniowe skarby. Już nigdy nie umiałam oddać w tradycji szukania przez dzieci kroszonek w ogrodowych zielonych schowkach, tego naturalnego piękna.
Zawsze zanosiliśmy koszyczki z wiktuałami na święcone do kościoła. Koszyczek był ozdobą stołu, nie mówiąc o drożdżowych lukrowanych babach, a w wazonie bazie i owies zdobiony pozłótką. Główne danie to oczywiście szynka, jajka i chrzan. U nas jajka gotowane z kminkiem, nie przyjęły się, choć są do dziś serwowane w śląskich domach. Po południu kołocz i kawa, a dzieciom łuski kakaowe z mlekiem. Często dla nas były kołoczki o niezrównanym smaku. Na wywarze z szynki żurek, a w świątecznym obiedzie
nie zabrakło oczywiście klusek, rolad i kiszonej lub czerwonej kapusty.
Gabriela Horzela-Szubińska |