|
Szacunek dla ludzkiej biedy i człowieka zagubionego potrzebującego pomocy wyniósł z domu. Sam nie należał do najbogatszych.
Rzadko skupia się w człowieku tyle dobrych cech, zdolności i chęci poznania. Skomplikowany los zaważył na jego życiu, nadał mu kierunek, z którego już nie wracał. Uczył się miłości nie tylko do Boga, uczył, że świat może obejść się bez wojen i przemocy.

Z rodzicami w Świerklańcu
W domu było wiele książek z bibliotek. Na ścianach portrety wybitnych Polaków: Kościuszko, Bem, Pułaski. Towarzyszyły mu nie tylko święte obrazy, jak w wielu śląskich domach, ale także wizerunki Mickiewicza, Słowackiego, Konopnickiej.
Czytać umiał zanim jeszcze poszedł do szkoły. Z niedaleko położonego pałacu Donnersmarcków słyszał czasami muzykę. Stawał wsłuchany w dźwięki przy okalającym park i pałac płocie. Towarzyszył jego dzieciństwu także śpiew matki. Wspomnienia o domu i matce przekazywał później kolegom udręczonym jak i on wojenną tułaczką. Nie mógł wiedzieć jaka gehenna wojenna go czeka.

Wigilia w Norwegii - czytanie listów z domu.
7 marca 1938r. w Tarnowskich Górach z willi na Karłuszowcu został przeniesiony po roku nowicjatu do Włocławka. Zauważono tam jego nieprzeciętne zdolności i oddanie. Seminarium Duchowne znalazło się w trudnej sytuacji. Zbliżała się wojna. Klerycy kopali rowy. Kiedy w 1939r. skończył filozofię przeniesiono go do Michelina.
Po wybuchu wojny aresztowano ks. biskupa Kozala i wielu innych księży. Alfred wrócił do Włocławka. Ostrzeżony przez znajomego Niemca o zamiarze jego wywiezienia, uciekł. Najpierw znalazł się w Neuss am Rhein. Tam podjął pracę jako pielęgniarz. Chorym poświęcał się więcej, aniżeli sądzono, że może. Choć zakonnik - kamilianin, nie uniknął powołania do wojska.
|
|
W koszarach w Westfalii w Münster modlił się gorąco, aby los mu dopomógł. Wierzył w modlitwę. Bał się wyjazdu do Jugosławii. Bardziej fascynowała go północ, biegun, Eskimosi, itp. Szkolnym kolegom opowiadał przed wojną, że odwiedzi biegun północny, zobaczy renifery. Nawet nazwano go wtedy "Eskimos".
Niemcy traktowali młodego adepta na księdza dziwnie łagodnie. Jego marzenie o północy miało się prawie spełnić. Znalazł się w Norwegii, a potem także w Finlandii. | |  |
|
Tam jednak czekały go najcięższe przeżycia. Brak chleba, głód, straszny mróz. Koledzy z przerażenia i tragedii odbierali sobie życie. Alfred pocieszał, organizował coś do zjedzenia, schron dla ochrony przed ostrzałem. Pracował w łączności, kuchni, piekarni. Z zabitego muła ugotował gulasz. Zrobił śląską wodzionkę. Zorganizował ołtarz polowy i wpajał kolegom wiarę i nadzieję.
Zaprzyjaźnił się z miejscową ludnością. Na weselu Lapończyków, choć w mundurze niemieckim był honorowym gościem. Wiedzieli, iż on ich nie skrzywdzi. Nauczył się jeździć na nartach.
Uczył się przede wszystkim przetrwania. Podczas jednego z nalotów, gdy widział jak obok umierają w straszliwych męczarniach koledzy, nie wytrzymał i krzyczał przerażony - mamo. Zorza polarna, tak niezwykła i wspaniała, jawiła się niemalże jak cud. Klękną razem z kolegami i prosił o przeżycie. Te tragiczne chwile utwierdziły go w decyzji pozostania księdzem.
Po powrocie opowiadał o Narwiku, Alta, Petsamo, o wydarzeniach pod Murmańskiem i o późniejszych obozach w Norwegii, potem w Niemczech w Lilienburgu, Lubece i Hamburgu. Tak aż do 1946r.
Wrócił na studia, choć nie łatwo nadal wytrwale dąży do celu, zostania księdzem i służenie innym.
W 1949r. został wikarym w Zabrzu. Po paru miesiącach przeniesiono go do Lipna i znowu z powrotem do Zabrza. Kolejne zadanie to wikary i kierownik Postulatu w Białej koło Prudnika. Stał się potrzebnym wszędzie tam gdzie trzeba coś wprowadzić i uporządkować: Taciszów, znowu Biała, później rok profesury w Austrii i kapelan w szpitalu w Linzu.
Powrót i znów Zabrze, Taciszów, Biała. W 1962r. został superiorem, a dwa lata później dodatkowo proboszczem w Zabrzu. Kolejne lata spędził w Białej.
W 1971r. osiągnął najwyższą godność zakonną w kraju - został Prowincjałem.
Cała lata to nie tylko wspinanie się po drabinie godności i urzędów, ale i ciężka praca: zajęcia z młodzieżą, organizowanie teatru, zespołów muzycznych, muzeum, gdzie znalazły się rzeczy zachwycające historyków sztuki. Nie jest mu obca wiedza o rzeźbie i malarstwie. W jego zbiorach znaleźć można było piękne meble, obrazy, rzeźby, a także kieł mamuta, skamieliny, muszle. Książek miał wiele, czyta, zbiera, pożycza innym
Nie obcy był mu ogród. Sadzi drzewa. Zwozi kamienie. Ratuje także zapomniane nagrobki niemieckie. Taciszów słynie z pięknego, starego parku położonego obok parafii, tam znajdują się dwie piękne stacje krzyżowe i kapliczka Matki Boskiej w pniu 100-letniej lipy.
Taciszowski kościół zbudowany ze starej stodoły, budynki mieszkalne dla młodych adeptów na księży, dzwonnica, to dzieła, które pozostały po nim. 1 sierpnia 1983r. zapisuje: "Taciszów - tylko proboszcz. Potem nazywa się już tylko starszym ministrantem". On o niezwykłej wrażliwości, wierny do końca swym ideałom, swoim życiem uczył niedowiarków. Na pamiątkowej tablicy ufundowanej przez przyjaciela, ludwisarza Zbigniewa Felczyńskiego, napisano: "Nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą"
Prawdziwy człowiek, którego pamiętać będziemy z cygarem w ręku, sportowych butach, jadącego na rowerze z kamiliańskim krzyżem na piersi.
Zmarł 30 kwietnia 1997r. Chorobę traktował z pokorą.
Pozostawił także jeszcze jeden symbol: "Śląski Dzwon Nadziei - Nasze Sumienie". Ofiarował go w 1996r. aby służył i pomagał innym.
Gabriela Horzela-Szubińska |