|
Według starych zapisów: „by leśną patokę pozyskać, robiono w starych drzewach na
wysokości 20 stóp ciosnką (ciosnka, piesznia, topór to narzędzia do dziania
barci) otwory wysokości 3 stóp (około 1 m.), 6 cali szerokie i 10 cali głębokie
strojne na krzyż laskami, czyli drewienkami, na których pszczoły odciągały
plastry miodu. Dłużnie zaś zatykano deską, posiadającą w środku otwór wlotowy.”
Nasuwa się pytanie, dlaczego człowiek utrudniał sam sobie pracę wokół barci,
drążąc je tak wysoko. Przy tym bowiem musiał się posługiwać powrozem bartnym i
drabiną.
Powód był oczywisty - niedźwiedzie. Obroną przed ich chciwością były samobitnie.
Wspinający się po drzewie niedźwiedź, chcąc dobrać się do plastrów miodu,
odtrącał przeszkadzającą mu kłodę, która zawieszona na lince ruchem wahadła
uderzała zwierza, i to tym boleśniej, im silniej była odpychana. W końcu
niedźwiedź albo spadał z drzewa, albo kapitulował przed tym prostym wynalazkiem
bartników.
Borek taki, który czasami grodzono ostrokołem, przeważnie posiadał 60 barci.
Hodowli pszczół w dzisiejszym znaczeniu w ogóle nie znano, więc kiedy 1/3 barci
była zasiedlona, był to już wynik dobry.
Ostatniego miejscowego niedźwiedzia w okolicy odstrzelono w r. 1756 koło
Boronowa, chociaż znany jest też przypadek upolowania takowego w r. 1771 koło
Rud Raciborskich. I chociaż nie było już niedźwiedzi, niektórzy bartnicy
pozostali wierni tradycji, bo też był inny szkodnik - człowiek. Większość jednak
swe barcie działa w kłodach, które ustawiano już w pobliżu swych domostw.
W r. 1826 majątek Tworóg wraz z paru tysiącami hektarów lasów nabył właściciel
Koszęcina Adolf książę Hohenlohe - Ingelfingen. Dwadzieścia lat później
stanowisko leśniczego w Tworogu objął Wilhelm Carl Prieur. On to pod koniec
swego życia spisał swój życiorys oraz wiele ciekawostek, także z życia
dworskiego w Koszęcinie. W notatkach tych jest ciekawy opis poboru dziesięciny
miodowej z całego zasięgu rozległych koszęcińskich włości:
„Niezbyt przyjemne było dla mnie cięcie dziesięciny miodowej. Wszyscy posiadacze
pszczół musieli oddać 10-tą część swych żniw miodowych i woskowych dla panów a
za to otrzymywali drewno na ule, na podkłady i gonty do przykrycia pasieki.
W okresie miodobrania przejeżdżałem dużym wozem drabiniastym z wsi do wsi,
otoczony chmurą pszczół i wynajdywałem sobie u pasiecznika jeden pień, który w
przybliżeniu odpowiadał 10 -tej części.
Było 10 uli, to wyciąłem cały pień, a w zależności od ich ilości więcej lub
mniej. Jednak wycinać było trzeba, chociażby była tam tylko woszczyna. Miód
wrzucano do wożonych beczek i odstawiano do Koszęcina. Likwidacja serwitutów
zniosła i ten stary przymus, a dla pszczelarzy nie wydawano już drewna na ule.
Początkiem lat 60-tych zapanował tu zgnilec, który zrujnował prawie wszystkie
pasieki. Jak poumierali starzy pasiecznicy, to przestano interesować się hodowlą
pszczół.
Jeszcze początkiem lat pięćdziesiątych, które były bardzo pomyślne, hodowla
pszczół była bardzo rozwinięta. Kurek w Olszynie, Jach w Mikołesce, Krzywański w
Nowej Wsi, każdy z nich miał ponad 100 pni pszczół i u każdego z nich mogłem
wyciąć 10 uli. Stanowiska o 10 - 50 pniach to nie była żadna rzadkość i po
jednym objeździe przywoziłem wielką liczbę cetnarów dla dworu, ale także
opuchniętą twarz.
Dawniej pszczelarstwo musiało być bardzo dochodowe. W Mikołesce był pański ogród
bartny, a stary sołtys Sołtysek w Nowej Wsi był dozorcą i musiał dozorować
wszystkie barcie leśne. W setkach starych sosen, były dość wysokodziane barcie
leśne. Ja sam ściąłem niejedno takie drzewo. Taki sposób był jednak bardzo
uciążliwy, więc teraz barcie robi się w klocach dla lepszego dozoru. Hodowla
pszczół była rozwinięta aż do roku wystąpienia zgnilca. Niektórym padły
wszystkie pnie a z tym też chęć postarania się o nowe. Obecnie prawie nie ma już
pszczół i teraźniejsza generacja nie jest tym zainteresowana. Poza Kummlerem i
mną tylko dwóch właścicieli posiada parę uli, a jak stare pnie się rozwalą
pszczelarstwo u ludzi upadnie. Czy robię na tym interes, czas pokaże. Tegoroczna
sroga zima poczyni mi chyba sporo strat ; jeżeli przetrzymają dwa roje, będę
zadowolony. Nie chcę robić na tym żadnych geszeftów, chcę się tylko tym
zajmować.”
Przed około stu pięćdziesięciu laty, bo tego okresu dotyczą opisywane tu
wydarzenia, pszczelarstwo było jeszcze w powijakach. Na serio biologią tych
owadów zajął się dopiero ks. Jan Dzierżoń z Karłowic koło Brzegu. Zreformował
pszczelarstwo, wynalazł ruchomą zabudowę wnętrza uli i na ten temat opublikował
parę dzieł. Pierwsze w r. 1847.
W Nowych Piekarach w r. 1850 ukazało się tłumaczenie w języku polskim: „Nowe
udoskonalone pszczelarstwo”. Były też inne tłumaczenia np. (Lubliniecka Gazeta
Powiatowa - 1860 nr 1.): „Książka Dzierżonia o pszczelarstwie została przez J.
Lompę w Woźnikach przetłumaczona na język polski i jest do nabycia u księgarza
Ernesta Guntera w Lesznie. Na polecenie rządu królewskiego zwracam na to
szczególną uwagę i polecam jej nabywanie. - Lubliniec, 28. 12. 1859 - starosta
Carl ks. von Hohenlohe”. Dziś wiemy, że barbarzyństwem było wycinanie zawartości
całego pnia, nawet plastrów z czerwiem, ale dawniej nikt tym się nie przejmował.
Zapotrzebowanie na miód i wosk było ogromne, więc i pobór dziesięciny
bezwzględny.
Edward Goszyk
|