|
- Siłą konkursu jest osoba samego ks. Jana Twardowskiego,
który jest postacią tak znaną, że dzięki temu łatwiej jest zauważyć nasz
konkurs. Dodatkowym atutem jest fakt, że już po pierwszej edycji z lokalnego
konkursu rozrósł się do skali ogólnopolskiej. Już nas nie dziwi, że przesyłają
na niego swoje wiersze w większości twórcy z drugiego krańca Polski.

Profesor Jerzy Paszek i Krystian Krzemiński w czasie rozdania
nagród w XII
Tarnogórskim Konkursie Poetyckim
Kolejnym elementem są osoby jurorów, którzy są fachowcami i
znają się doskonale na poezji, więc nie ma mowy o pominięciu naprawdę dobrych
utworów – one zawsze są nagradzane.
Na końcu trzeba dodać, że przez to, iż w nazwie konkursu jest
umieszczone nasze miasto jest doskonałą dla niego reklamą. Uczestnicy muszą
zadać sobie trud, by znaleźć to nasze miasto na mapie i przekonać się, jak mylną
ma nazwę.
Wreszcie kiedy przyjeżdżają na rozstrzygnięcie, mogą osobiście
przekonać się o pięknie Tarnowskich Gór.
- Czy ilość prac, których z roku na rok jest coraz więcej, jest problemem,
czy raczej zaletą?
- Ach, to nigdy nie będzie problemem! Niech młodzi piszą jak
najwięcej. Oczywiście istnieje problem natury technicznej, bo jurorzy muszą te
wszystkie prace przeczytać, ale to bardzo dobrze. Po to są jurorzy, by czytali
te wiersze. To, że jest coraz więcej prac, świadczy tylko o tym, że konkurs jest
poważnym wydarzeniem już nie tylko lokalnym, ale od jedenastu lat także
ogólnopolskim. Nas cieszy każda osoba, która chce brać udział w konkursie i
nigdy nie powiemy, że tych prac jest za dużo. Wręcz przeciwnie, niech tych prac
będzie jeszcze więcej!
- A jaki jest poziom tych prac? Czy ilość nie staje przed jakością?
- Oczywiście, nie wszystkie prace są bardzo dobre czy dobre,
ale pamiętajmy, w konkursie startują młodzi ludzie, także małe dzieci. Oni od
razu nie będą pisali wspaniałych tekstów, ten konkurs jest dla nich okazją, by
zobaczyli, czy ich poezja idzie w dobrą stronę. Oni z biegiem lat będą
szlifowali swoje talenty i jestem pewien, że jakiś nasz uczestnik będzie
wspaniałym poetą.
- Czy w nadsyłanych wierszach widać wpływ ks. Twardowskiego?
- Nie zawsze. Nawet jeśli są nuty zamyślenia z ks. Jana
Twardowskiego, to wcale nie jestem pewien, czy autorzy sięgnęli głębiej do jego
tekstów, czy do nich dotarli. Nie jest to bynajmniej zarzut, raczej świadczy to,
że jest sporo wrażliwych młodych twórców, którzy jeśli tylko będą dalej szli tą
ciężką drogą, to mogą daleko zajść w poezji.
Oczywiście, jest część tekstów, które jawnie nawiązują do jego
stylu, ale wydaje mi się, że wiersze ks. Jana są nie do końca dobrze
odczytywane. Dla przykładu – wszyscy powtarzają „śpieszmy się kochać ludzi” i
uznają ten fragment za najważniejszy, a nie zauważają, że dopiero któraś z kolei
strofa jest tą kluczową:
„i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości czy pierwsza jest
ostatnią czy ostatnia pierwszą”.
Ten fragment jest kluczowy, a nie to oklepane już „śpieszmy
się kochać ludzi”.
- Jak z biegiem tych lat zmienili się ludzie, którzy przesyłają swoje wiersze
na konkurs?
- Wydaje mi się, że nie dali się, że cały czas przedstawiają
te same, wysokie wartości. Jeśli jakiś twórca jest z nami od kilku lat, to
śmiało mogę powiedzieć, że jego wiersze w kolejnych latach są coraz lepsze.
Najważniejsze, że w swoich tekstach ci młodzi ludzie są szczerzy, i nawet jeśli
popełniają błędy, to widać, że przelewają do tych wierszy cząstkę siebie.
- Chciałbym teraz zapytać, czy na Pana osobiście poezja lub też osoba ks.
Jana Twardowskiego wpłynęła w jakiś sposób?
- Oczywiście. Jeszcze przed powstaniem konkursu trochę
czytałem o ks. Janie, spotkałem się z jego poezją, ale dopiero od momentu
powstania konkursu moje zainteresowanie nim wzrosło. I muszę przyznać, że tak
naprawdę to przez te wszystkie 12 lat uczyłem się wiele o nim i o jego poezji.
Wcześniej znałem tego księdza dzięki Bolesławowi Luboszowi, który o nim pisywał
i publikował czasem jego poezje.
Ale największą radość sprawił mi tekst zamieszczony w „Gościu
Niedzielnym” w cyklu „Rozmowy pod modrzewiem”. Autorem był ks. Waldemar Wojdecki,
który prowadził rozmowy z ks. Twardowskim. Jeden z artykułów był poświęcony
Januszowi Korczakowi i ks. Jan zwrócił uwagę na mój wiersz Janusz Korczak.
Dla mnie to coś niesamowitego, tym bardziej, że ja tego wiersza ani żadnego
innego, w ogóle księdzu Twardowskiemu nie przesyłałem. Było to dla mnie tak
wzruszające, że napisałem list do księdza Jana, dołączając jeden ze swoich
tomików. Dostałem od niego odpowiedź, która jest dla mnie szczególną pamiątką,
można powiedzieć, że rodzinną pamiątką. Napisał mi:
„Szanowny i drogi Panie całym wdzięcznym sercem dziękuję za
wiersze przesłane mi 21 grudnia 98, jestem wzruszony życzliwością i dobrocią.”
Ta kartka jest dla mnie wielkim skarbem, że ktoś taki jak ks.
Jan Twardowski dojrzał mnie, Krystiana Krzemińskiego. Tym bardziej, że nigdy się
nie spotkaliśmy en face, nigdy nie rozmawialiśmy, nawet przez telefon. Proszę
zauważyć, że to ks. Twardowski dojrzał mnie sam, ja wysłałem mu list, dopiero
jak przeczytałem ten tekst w „Gościu Niedzielnym”.
- Ale może jeszcze Pan zdradzi, co kryje cennego dla Pana jako poety ta
kartka?
- No tak, to dla mnie szczególne słowa, recenzja moich dokonań
poetyckich, wyjątkowa…
- To ja zacytuję:
„Pana dla mnie wiersze mają dobrą duszę, proste,
bezpretensjonalne.
Dziękuję za każde słowo, kropkę i przecinek.
Pozdrowienia na każdy dzień”.
Ks. Jan Twardowski
- Tak… piękne słowa.
- To niesamowita historia. Dziękuję, że podzielił się Pan nią z nami.
Dziękuję za rozmowę.
- Dziękuję bardzo.
Rozmawiał Michał Szymczyk
|