|
Czas niezwykły musi przebiegać w niecodziennej scenerii, toteż
przygotowaniom do świąt towarzyszyły zawsze zabiegi porządkowania - szorowano
ściany i podłogi, omiatano powały, sprzątano obejście. Wszechobecna dziś choinka
pojawiła się najpierw w śląskich miastach, w pierwszej połowie XIX wieku w
domach mieszczan niemieckiego, a w drugiej - również polskiego pochodzenia. Na
wsi aż do początków XX wieku symboliczną bożonarodzeniową dekoracją był
wierzchołek lub gałązki drzewka zwisające z sufitu i zdobione jabłkami,
orzechami, drobnymi ciasteczkami i papierowymi łańcuchami, a przede wszystkim „betlejka”
- szopka betlejemska ze żłobkiem. W przeciwieństwie do krakowskich
odpowiedników, wzorowanych na strzelistych kościołach, śląska „betlejka” jest
szopą, szałasem pasterskim lub górską grotą wypełnioną gipsowymi, glinianymi lub
drewnianymi figurkami. Obok postaci wziętych z Ewangelii pojawiali się tam
śląscy chłopi, handlarze, Żydzi. I to nie tylko w domowych „betlejkach”, ale i w
stajenkach ustawianych w kościołach, skoro czytamy u Jerzego Pośpiecha, że pod
koniec XVIII w. władze zabroniły np. gliwickim franciszkanom ustawiania takich
figurek wokół żłobka „żeby położyć kres wybujałej fantazji religijno-ludowej”.
W wigilijny dzień obowiązywał ścisły post - i to wszystkich domowników, łącznie
z dziećmi. Wielu starszych wspomina, że rano dawano dzieciom odrobinę zbożowej
kawy, a potem aż do wieczerzy nikt nie pił już nawet kropli wody. Starano się
też niczego nie pożyczać, żeby szczęścia nie pozbyć się w ten sposób z domu.
Po południu, zanim pierwsza gwiazda wskazała czas siadania do stołu, we wsi -
zwłaszcza przed dworem dziedzica i probostwem - rozlegały się strzały. To młodzi
chłopcy strzelali z biczów na wiwat. A że były one długie, niejednokrotnie
zabawa ta kończyła się okaleczeniami, toteż z czasem została przez władze
zakazana.
Stół nakrywano odświętnie i bardzo starannie, bowiem uważano, że wstawanie od
niego podczas wieczerzy to zła wróżba. Warto zwrócić uwagę na zachowaną do dziś
niezwykłość tego posiłku - uroczyste biesiadowanie odbywa się przy stole
zastawionym wyłącznie postnymi potrawami i w towarzystwie tylko najbliższych
osób. Wieczerza miała religijny, a więc podniosły charakter - ubierano się
uroczyście, posiłek rozpoczynała modlitwa inicjowana przez ojca rodziny, a
podczas spożywania potraw nie wypadało śmiać się czy hałasować ani rozmawiać na
tematy frywolne.
Łamanie się opłatkiem nie było tak powszechne jak dzisiaj, ale na nakrytym
białym obrusem stole obowiązkowo stały krzyż i świece. Często pojawiało się
dodatkowe nakrycie - dla samotnej osoby, zbłąkanego wędrowca, dla kogoś
biednego, dla samego Pana Boga lub na pamiątkę bliskich, którzy odeszli.
Wspomnieniem stajenki betlejemskiej były podczas wieczerzy siano i słoma.
Liczba potraw wigilijnych zależała od zamożności domu i często wieczerza nie
należała do szczególnie wystawnych - od codziennej różniła się tylko tym, że
pojawiały się na stole potrawy szykowane wyłącznie raz w roku, na tę okazję.
Najczęściej zaczynano od „siemieniotki” - wywaru z konopi, do którego dodawano
gryczaną kaszę, a czasem też groch. Obowiązkowym składnikiem wieczerzy były
potrawy z makiem, który podobnie jak ziarna zbóż, suszone owoce, miód, grzyby i
orzechy symbolizował urodzaj i płodność, a także łączność z zaświatami. Czasem
napełniano makiem tzw. „puczki” - rodzaj pączków wkładanych do glinianego garnka
i zalewanych odrobiną roztopionego masła, ale najczęściej podawano „makówki” -
zmielony mak z dodatkiem bakalii ugotowany na mleku, przekładany warstwami
bułek, ciasta lub klusek. Jedną z najstarszych obrzędowych potraw jest „moczka”
- gęsty sos na zasmażce z masła i mąki z różnymi dodatkami. Wielość i
zróżnicowanie tych dodatków (są wśród nich m.in. piernik, bakalie, suszone
gruszki, pasternak i ciemne piwo) sprawiają, że niemal każda śląska rodzina może
poszczycić się nieco innym smakiem tej potrawy sporządzanej wg przepisów
przekazywanych pieczołowicie od wielu pokoleń. Ryby pojawiały się początkowo
tylko w bogatszych domach. Powszechnie uważano, że należy skosztować choć
odrobinę z każdego wigilijnego dania, co gwarantować miało pomyślność w kolejnym
roku.
Prezenty pod choinkę przynosiło u nas nowo narodzone Dzieciątko - na pamiątkę
darów złożonych w stajence, a dzieciom w nagrodę za dobre zachowanie. Oczywiście
liczba i okazałość tych podarków bardzo różniła się w poszczególnych domach,
jednak Dzieciątko bywało zwykle znacznie hojniejsze od wcześniejszego Mikołaja.
Wigilia uchodziła za czas stosowny do wszelkich rytuałów chroniących domostwo i
do zaglądania w przyszłość. Wierzono, że cała przyroda wraz z człowiekiem
odczuwa radość z przyjścia na świat Zbawiciela, toteż włączano ją w wigilijne
obrzędy. Gospodarz podawał bydłu resztki potraw wigilijnych, by dobrze się
chowało, a z siana lub słomy obecnych w izbie podczas wieczerzy kręcono
powrósła, którymi obwiązywano drzewka owocowe, żeby lepiej rosły. Często
towarzyszyła temu formuła magiczna, pokrzykiwanie lub wręcz grożenie drzewku
ścięciem przez gospodarza. Obserwacja słońca, księżyca i gwiazd miała dać
odpowiedź, jakiej pogody należy się spodziewać w nadchodzącym roku. Popularne
były też wróżby dotyczące spraw znacznie bardziej osobistych, zwłaszcza
matrymonialnych.
Nieodzowną częścią Wigilii było uczestnictwo w pasterce - witano nowo
narodzonego Pana, wierząc, że osobisty udział w nabożeństwie zapewnia szczęście
w nadchodzącym roku. Niezwykły czas wigilijnej, podobnie jak sylwestrowej nocy
czynił też bezkarnymi, co więcej - wręcz przynoszącymi szczęście - psoty płatane
przez młodych ludzi sąsiadom. Niejeden gospodarz w bożonarodzeniowy ranek
zastawał wóz czy sanie na dachu stodoły, znikały bramy i furtki, a poranne
słońce na próżno próbowało się przebić przez zamazane wapnem szyby.
A umyć ich nie było można, bowiem w pierwszy dzień Bożego Narodzenia nie godziło
się wykonywać żadnej pracy. Nie wolno było sprzątać ani gotować, a w początkach
XX wieku zabraniano nawet osobistej toalety, ścielenia łóżek czy czyszczenia
butów. Etnografowie dostrzegają w tym zakazie pozostałość pogańskiego kultu
zmarłych , których dusze w tym dniu miały odwiedzać swe domostwa, toteż należało
unikać spłoszenia ich lub rozgniewania.
O ile pierwszy świąteczny dzień spędzano w domu, w gronie najbliższych, o tyle
drugi wypełniały odwiedziny bliskich osób. Do dziś w tym dniu w niektórych
parafiach podczas mszy świętej praktykowany jest zwyczaj święcenia owsa. Ten
znany w całej Europie - bo wywodzący się z rzymskich Saturnaliów - obrzęd,
mający zapewnić dobry urodzaj, Kościół powiązał z postacią pierwszego męczennika
chrześcijańskiego - ukamienowanego św. Szczepana. Owies przynosili do kościoła
synowie gospodarscy i parobcy, gdyż to właśnie oni zajmowali się końmi. Po
poświęceniu owsa obrzucali nim księdza i dziewczęta - zwłaszcza te najbliższe
sercu, bowiem obficie rzucane w stronę panny ziarno świadczyło o jej
atrakcyjności - wierzono, że będzie miała tylu zalotników, ile ziaren uczepi się
jej ubioru. Poświęcony owies miał jednak przede wszystkim zapewnić dostatek w
gospodarstwie - dodawano go do ziarna siewnego i podawano zwierzętom, by chronił
od chorób i robactwa.
Pora kończyć naszą podróż w czasie - na Twojej choince, Szanowny Czytelniku,
zapalają się lampki, na białym obrusie stoją już krzyż i świece, a dzieci z
niecierpliwością czekają na Dzieciątko. Przeszłość staje się teraźniejszością...
Ewa Zuber
na podstawie prac: Jerzego Pośpiecha „Zwyczaje
i obrzędy doroczne na Śląsku” i Anny Zadrożyńskiej „Powtarzać czas początku”
Widokówki ze zbiorów Beaty i Jacka Kalke
|