|
Letni sen
Recenzja Lata miłości Pawła Pawlikowskiego
„Film dziwny”: ani to gatunek, ani kategoria i, po prawdzie, wstyd coś
podobnego pisać. Ale cóż począć - jest to pojęcie niekiedy niezbędne. Bywają
filmy, o których nie do końca potrafimy orzec, czym są, ani też czym nie są; o
których trudno powiedzieć, czy są dobre, czy złe - ale ponieważ jest w nich
rodzaj magnetyzmu, wewnętrznej siły, wrzucamy je właśnie do tego tajemniczego
worka z napisem: „film dziwny”. Tak jest też z Latem miłości Pawła
Pawlikowskiego.
|
|
Kłopot z oglądaniem tego filmu polega na tym, że nieustannie
wymyka się on z rąk. Niestety, nie tylko z rąk widza, ale - jak się wydaje -
także z rąk reżysera: tajemnica Lata… leży gdzieś pomiędzy wielkością a
pretensjonalnością, przy czym dokładnej linii demarkacyjnej nie da się
wyznaczyć. Irytacja i zachwyt sąsiadują ze sobą i nie pozwalają na jednoznaczny
osąd.
Już początek wydaje się zagadkowy: młoda dziewczyna rysuje kredką po ścianie, po
czym wsiada na motor i rusza w drogę. Następuje cięcie i widzimy ją, jak leży
nieruchomo na poboczu. Myślimy sobie: wypadek, ale okazuje się, że wcale nie. W
chwilę potem pojawia się druga dziewczyna, Tamsin, i pyta tę pierwszą o imię. „Mona”,
słyszymy odpowiedź, „ale tak naprawdę Lisa… tyle że wszyscy wołają na mnie Mona”.
Potem ujawnione zostaje, że motor Mony pozbawiony jest silnika.
Logika tej pierwszej sekwencji jest logiką pozoru: wypadek, a jednak nie
wypadek; Mona, a jednak Lisa; motor, ale bez silnika. Widz, który zapamięta
niejednoznaczność tych tropów, będzie podchodził do kolejnych wydarzeń
podejrzliwie, i o to właśnie chodzi. Albowiem na wspomnianej logice pozoru
zbudowany jest mechanizm uwiedzenia, a to on jest głównym tematem tego filmu.
Pytanie tylko, o jakie uwiedzenie tak naprawdę chodzi.
W pierwszym odruchu chce się odpowiedzieć najprościej: jest to historia o
erotycznej fascynacji dwóch młodych dziewczyn z różnych sfer społecznych, a
uwiedzenie ma charakter emocjonalny. Tamsin jest bogata, spędza wakacje w
ogromnym wiejskim domu i tęskni do prostoty, jaką reprezentuje Mona. Z drugiej
strony: Mona ma dość brzydoty swego ubogiego otoczenia, a także religijnej
ekstazy, w której żyje jej brat Phil - i dlatego szuka odmiany, odskoczni;
Tamsin jawi się jako ich gwarancja.
Te odczytania funkcjonują tylko do pewnego momentu, ponieważ jeśli wykażemy się
odpowiednią podejrzliwością, bardzo szybko okaże się, że cała sprawa nie jest aż
tak prosta. Tamsin rzeczywiście objawia się Monie jako ktoś przynależący do
innego świata: do świata dobrobytu, mądrości i piękna. Kiedy Mona po raz
pierwszy odwiedza ją w posiadłości, Tamsin gra na wiolonczeli utwór Saint-Sëansa:
ani chybi, artystka! Potem Mona słyszy cytaty z Nietzschego i Freuda, jeszcze
później - historię życia Edith Piaf. Tamsin wygląda w jej oczach niemalże na
szafarza misterium piękna i mądrości. Później zresztą dochodzą do wyżej
wymienionych zdolności paranormalne.
Mona w to wszystko wierzy, podejrzliwy widz mniej. Ten drugi dostrzega bowiem,
że cytaty z filozofów są popularnymi banałami, nie widzi natomiast, by Tamsin
czytała jakąkolwiek książkę. Okazji do podejrzeń jest zresztą bardzo dużo: czy
ów wiolonczelowy popis nie był czasem zainscenizowany? Wystarczyło przecież, by
Tamsin zauważyła zbliżającą się Monę przez okno. Smyczek w dłoń, i już mamy
„wrażliwą artystkę z tajemnicą”.
Są to uwagi tylko z pozoru ironiczne i w istocie staram się za ich pomocą opisać
wątek, który uważam w tym filmie za najcenniejszy: element świadomej autokreacji,
jaką uskutecznia Tamsin. Mona jest dla niej widzem inscenizowanego spektaklu
cierpienia i tajemnicy. A także rodzajem lustra, które ma potwierdzić istnienie
samej Tamsin w jej własnych oczach. Wydaje się bowiem, że jedynymi słowami,
które Tamsin wypowiada prawdziwie szczerze, są te skierowane do brata Mony: „To
musi być naprawdę ciekawe: wierzyć w coś…”. Tamsin utraciła tę zdolność i
pragnie ją odzyskać poprzez uwiedzenie Mony.
W tym kontekście Mona jest ofiarą, która pokochała nie tyle osobę, co obraz
osoby. Jest to wyrażone bardzo jasno w scenie, w której brat zamyka ją w pokoju:
dziewczyna, zamiast sprawdzić, czy da się jakoś uciec oknem i pobiec do
ukochanej, woli narysować na tapecie jej portret i przywrzeć do niego ustami.
W tym momencie możemy wrócić do kwestii postawionej na początku, czyli do
problemu uwiedzenia. Pawlikowski pokazuje dialektykę uwodzącej i uwodzonej jako
fałszywy układ oparty na złudzie, przy czym wina zdaje się leżeć po obydwu
stronach. Uwodząca kłamie, uwodzona nie łaknie prawdy. Ten sam mechanizm działa
w przypadku dziwacznej sekty założonej przez Phila, przy czym twórcy w tymże
wątku sugerują także, że podobna relacja zachodzi między Bogiem a człowiekiem.
Jako się rzekło, film jest „dziwny”, więc „nic dziwnego”, że zakończenie
pochodzi z jeszcze innego porządku, który do tej pory istniał w filmie w sposób
podskórny. Całość kończy się bowiem jak polityczna alegoria. Bieda została
poniżona przez kapitał, niech gwałt się gwałtem odciska. Osobliwość tego finału
polega na tym, że nie brzmi fałszywie, choć w rzeczywistości jest w nim coś z
pójścia na łatwiznę. Cała owa wieloznaczność, niedopowiedzenia, wywoływanie
duchów i skomplikowanie emocji - po to tylko, by ujawnić, jak brzydkie mogą być
skutki nadmiaru wolnego czasu u dziewczyny z dobrego domu? I żeby dorzucić tezę,
że religia bywa kłamstwem? Niby mało, a jednak film broni się siłą wewnętrznych
napięć, które nie pozwalają na precyzyjną odpowiedź, czy chodziło o to i tylko o
to. Pozostaje coś więcej, ale trudno powiedzieć, czy jest to cokolwiek
podlegającego definiowaniu.
|